Za trzy miesiące wychodzę za mąż za mojego narzeczonego, Nicolaja.

No więc, opowiem Ci coś… Za trzy miesiące wychodzę za mąż za mojego narzeczonego, Michała. Wiesz, ja pochodzę z rodziny, gdzie wesela są raczej proste ceremonia, jedzenie, muzyka, tańce i tyle. Ale rodzina Michała ma pewną tradycję: podczas wesela panna młoda musi wznieść toast, podziękować rodzicom pana młodego i wręczyć im symboliczny prezent za to, że ją przyjęli do rodziny. Tylko panna młoda. Nie pan młody.

Jak usłyszałam o tym od jego mamy, myślałam, że żartuje. Powiedziała mi, że tak robi się u nich od pokoleń panna młoda dziękuje rodzicom pana młodego za otwarcie drzwi do rodziny. Dla mnie brzmiało to jak egzamin z bycia akceptowaną.

Od razu zaproponowałam, że wolałabym, żebyśmy oboje, razem, podziękowali obu rodzinom i wznosili wspólny toast. Uśmiechnęła się tylko lekko i powiedziała, że to już nowoczesny wymysł. Na początku Michał nie przywiązywał do tego wielkiej wagi. Ale przy następnej rodzinnej kolacji jego tata powiedział, że u nich wszystko odbywa się z szacunkiem do tradycji. Jego mama dodała, że nie chcą synowej, która przychodzi i zmienia wszystko. Słowo nie chcą zabrzmiało dla mnie trochę dziwnie jakbym była jakąś wolną posadą do obsadzenia.

Gdy wróciliśmy do domu, pogadałam z Michałem. Powiedziałam, że nie odmawiam podziękowania, ale nie chcę sytuacji, w której tylko ja mam się kłaniać, a on nie. Stwierdził, że to tylko gest. Zapytałam, dlaczego ten gest nie jest wzajemny. Nie umiał odpowiedzieć. Powiedział tylko, że nie chce problemów z rodzicami.

Zapropnowałam więc inne rozwiązanie. Wspólny toast, podziękowania dla obu rodzin i symboliczne prezenty dla obu par rodziców. Według mnie to byłoby nawet ładniejsze. Kiedy to zaproponowaliśmy, jego mama od razu zrobiła się poważna: powiedziała, że to rozmywa tradycję. Tata Michała dodał, że jeśli zacznę tak, to potem będę chciała wszystkim rządzić.

I wtedy dotarło do mnie, że tu wcale nie chodzi o toast tu chodzi o terytorium. Żeby nie eskalować sprawy, zaproponowałam, że zrobię to na osobności, przed weselem. Ale jego mama odmówiła. Powiedziała, że musi to być przy wszystkich gościach, żeby pokazanie szacunku było widoczne.

I wtedy poczułam bunt. Ja naprawdę szanuję ludzi, ale nie robię upokarzających gestów. Michał prosił, żebym to zrobiła dla świętego spokoju, bo tak jest od zawsze w wiosce jego taty. A ja powiedziałam coś, czego nigdy chyba nie spodziewałam się powiedzieć przed ślubem: jeśli dla spokoju zawsze ja mam ustępować to nie jest spokój. To jest kontrola.

Teraz Michał jest między mną a swoją rodziną. Moja mama mówi, żebym nie zaczynała małżeństwa od konfliktu z teściami. Moja najlepsza przyjaciółka twierdzi, że jeśli się teraz poddam, potem będę ustępować w gorszych sprawach. A przyszli teściowie już rozpowiadają, że jestem konfliktowa i niemiła.

Dla mnie sprawa jest jasna. Podziękować mogę. Ale nie zaakceptuję zasad, które dotyczą tylko mnie, bo jestem panną młodą. I szczerze nie wiem, czy źle robię, że odmawiam takiej tradycji, jak oni chcą.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

jeden × cztery =

Za trzy miesiące wychodzę za mąż za mojego narzeczonego, Nicolaja.