W GOŚCINIE… DO SYNA…

Nie, przyjeżdżać teraz naprawdę nie musisz. Pomyśl sama, mamo. Droga długa, całą noc w pociągu, a już nie jesteś młoda. Po co ci ten kłopot? Poza tym wiosną pewnie masz w ogrodzie mnóstwo roboty mówił mi mój syn.

Synu, po co? Nie widzieliśmy się od lat. Poza tym chcę zobaczyć twoją żonę, jak mówią, lepiej poznać synową bliżej szczerze przyznałem.

Dobrze, poczekajmy do końca miesiąca, wtedy przyjedziemy wszyscy, na Wielkanoc będzie wolnych dni uspokajał mnie Krzysztof.

Szczerze mówiąc, już miałam się wyruszyć, ale uwierzyłam w jego słowa i postanowiłam zostać w domu i czekać. Nikt jednak nie przyjechał. Dzwoniłam kilkakrotnie do syna, a on nie odbierał. W końcu sam oddzwonił, tłumacząc, że jest bardzo zajęty i nie warto na niego czekać.

Rozpacza mnie przytłoczyła. Przygotowywałam się na przyjazd syna i jego żony oni pobrali się dopiero pół roku temu, a ja jeszcze nie miałam okazji zobaczyć synowej. Krzysztof urodziłem sobie, jak mówią, dla siebie. Miałam trzydzieści lat, nie wyszłam za mąż i postanowiłam mieć własne dziecko.

Może to był grzech, ale tego kroku nie żałowałam. Było ciężko nie było pieniędzy, ledwie wiązaliśmy koniec z końcem. Pracowałam na kilku etatach, żeby moje dziecko nie brakowało niczego. Syn dorósł i pojechał na studia do Warszawy. Żeby mu pomóc w pierwszych miesiącach, wyjeżdżałem do Niemiec pracować, by przesyłać mu pieniądze na czesne i utrzymanie w stolicy. Moje serce matczyne cieszyło się, że mogę wspierać dziecko.

Krzysztof w trzecim roku studiów zaczął dorabiać i sam zarabiać. Po skończeniu uczelni dostał stałą pracę i już sam się utrzymywał. Do domu wracał rzadko, może raz w roku. Ja nigdy nie byłam w Krakowie, choć tam miałem przyjść. Pomyślałem, że gdy syn się ożeni, na pewno pojeżdżę. Zgromadziłem na ten cel 9000 złotych.

Pół roku temu Krzysztof zadzwonił i przekazał długo wyczekiwaną nowinę zamierza się ożenić.

Mamo, nie przyjeżdżaj, najpierw tylko się zaręczymy, a wesela dopiero później ostrzegł mnie syn.

Zasmuciło mnie to, ale co zrobić? Krzysztof przedstawił mi swoją żonę przez wideorozmowę. Dziewczyna wydawała się całkiem porządną, piękną i zamożną. Jej ojciec miał duże interesy. Zostało mi tylko cieszyć się, że wszystko u niego układa się pomyślnie.

Mijały tygodnie, a syn wciąż nie przyjeżdżał. Czułem, że nie mogę już dłużej czekać, więc kupiłem bilety na pociąg, spakowałem domowe jedzenie, upiekłem chleb i wyruszyłem. Przed wsiadaniem zadzwoniłem do Krzysztofa.

No i co, mamo, wiesz co robisz! Jestem w pracy, nie zdążę cię przywitać. Daj adres, wezwiesz taksówkę rzucił Krzysztof.

Rano dotarłem do Warszawy, zamówiłem taksówkę i zszokował mnie jej cena. Jednak wiosenny krajobraz miasta zaparował mi oczy i pozwolił się rozejrzeć przez okno.

Drzwi otworzyła mi synowa, nie uśmiechnęła się, nie przytuliła, a jedynie suchym tonem wskazała kuchnię. Syn już nie był w domu, od rana wyjechał do pracy. Rozpakowałem torby, wyciągnąłem ziemniaki, buraki, jajka, suszone jabłka, marynowane grzybki, ogórki, pomidory i kilka słoików dżemu. Synowa cicho przyglądała się wszystkim, po czym powiedziała, że to wszystko na nic, bo nie jedzą takiego jedzenia i w domu nie gotują.

A co wy jecie? zdziwiłem się.

Codziennie przywozi nam jedzenie z dostawą. Gotować nie lubię, bo po tym w kuchni zostaje nieprzyjemny zapach, który długo się rozwiewa odparła Ilona.

Zanim zdążyłem się otrząsnąć, do kuchni wbiegł mały chłopiec, trzycztery lata.

Poznajcie, to mój syn. Daniel przedstawiła synowa.

Daniel? zapytałem.

Nie, Daniel, nie Daniel. Nie lubię, kiedy mieszają imiona.

Dobrze, jak powiesz, Ilono.

Nie jestem Ilonką, jestem Ilona. W Polsce nikt nie miesza imion, ale skąd wam to wiedzieć odparła.

Płakałem. Nie dlatego, że syn ma żonę i dziecko, lecz że nie powiedział mi o tym. A to były jeszcze nie wszystkie niespodzianki. Spojrzałem na ścianę i zobaczyłem duży portret ze ślubu.

O, nie było ślubu? To dobrze, że chociaż zdjęcie piękne próbowałem zmienić temat.

Jak nie było ślubu? Było, 200 osób. Po prostu nie byłeś. Krzysztof powiedział, że zachorowałeś. Może tak lepiej odmówiła synowa, patrząc na mnie od stóp po głowę.

Co podacie na śniadanie?

Podam ci herbatę i kilka kawałków drogiego sera. To u nas śniadanie.

Ja potrzebowałem solidnego poranka po długiej podróży. Chciałem usmażyć jajka i zjeść własny chleb, ale Ilona stanowczo zabroniła smażenia, tłumacząc, że zapach w kuchni jest niepożądany. Nie chciała też mojego chleba, twierdząc, że ona i Krzysztof jedzą zdrowo.

Zrezygnowałem z jedzenia, bo było mi przykro, że syn nie zaprosił mnie na własne wesele, na które czekałem latami i na które odkładałem pieniądze. Wypiłem tylko trochę herbaty, a Ilona milczała. Nagle podbiegł chłopiec i przytulił się do mnie. Chciałem go objąć, ale Ilona machnęła ręką, że to nie można, bo nie wie, z jakim jedzeniem przychodzę.

Nie miałem dla niego miejsca przy stole, więc podałem mu słoik malinowego dżemu, mówiąc: Będziesz miał pożywne dodatki do naleśników. Ilona wyrywała mi słoik z ręki, krzycząc:

Ile razy mam ci powtarzać? Jesteśmy na diecie bez cukru!

Poczułem, że zaraz się rozpadnę. Nie dokończyłem herbaty, wyszedłem na korytarz, założyłem buty. Ilona nie zareagowała, nie zapytała, dokąd idę. Wyszedłem na zewnątrz, usiadłem na ławce przy klatce schodowej i puściłem łzy. Nigdy w życiu nie było mi tak przykro.

Po chwili zobaczyłem, że Ilona wychodzi na spacer z dzieckiem i wynosi wszystkie moje słoiki na śmietnik. Nie miałem słów. Zwinąłem rzeczy z powrotem do walizki i ruszyłem na dworzec. Miałem szczęście ktoś oddał mi bilet i kupiłem go na wieczór.

Obok dworca była jadłodajnia. Kupiłem sobie zupę pomidorową, kawałek pieczonego mięsa, ziemniaki z surówką. Byłem naprawdę głodny. Zapłaciłem niemało, ale nie zasługiwałem na lepszy posiłek?

Schowałem torby do przechowalni bagażu i miałem kilka godzin, by przejść się po Warszawie. Miasto spodobało mi się, trochę się rozproszyłem. W pociągu nie spałem, płakałem. Było mi przykro, że syn nawet nie zadzwonił i nie zapytał, gdzie jestem.

Miałem nadzieję na ciepłe przyjęcie, a zamiast tego spotkałem obojętność. To jedyny mój syn, w którego przyszłość włożyłem wszystkie nadzieje, a on okazał się mi niepotrzebny.

Teraz rozważam, co zrobić z pieniędzmi, które odłożyłem na wesele. Oddać Krzysztofowi te 9000 zł, żeby wiedział, że mama zawsze dbała? Czy zostawić wszystko, bo nie zasłużył?

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwanaście − cztery =

W GOŚCINIE… DO SYNA…