Czasem w snach wszystko dzieje się inaczej, niż powinno
Mała Zuzka była długo oczekiwana przez rodziców, zanim przyszła na świat. Ciąża okazała się wyjątkowo trudna i dziewczynka urodziła się dużo za wcześnie. Tam, w szpitalnym inkubatorze, otaczały ją światła i migające urządzenia, a jej ciałko było jak zrobione z cukru i szkła. Aparaty, rurki, dwa razy operacje, siatkówka odpadająca jak pierze kurczaka. Dwa razy pozwolono rodzinie przyjść na pożegnanie. Ale Zuzka przeżyła.
Okazało się jednak, że ledwie widzi czy słyszy świat wokół. Rozwój fizyczny jakoś się układał w końcu usiadła, wzięła zabawkę, a potem, trzymając się krzesła, podniosła się na nogi. Ale umysłowe strony jakby zatrzymały się na brzegu innej rzeki.
Rodzice przez jakiś czas mieli jeszcze nadzieję najpierw walczyli razem, a później ojciec Zuzki, pan Marek, niepostrzeżenie rozpuścił się we mgle. Mama Natalia została sama ze swoim dzieckiem, jakby w środku miasta, ale zupełnie sama.
Natalia wywalczyła jakieś miejsce w programie i gdy Zuzka skończyła trzy lata, założono jej implanty słuchowe. Teraz mogła niby słyszeć, ale rzeczywistość nie chciała zacząć płynąć. Rehabilitacje, psycholodzy, logopedzi, specjalistki od wszystkiego, a ja psycholożka Anna, też miałam przyjemność ich poznać.
Proponowałam nowe metody, inne ćwiczenia, kolejne eksperymenty. Natalia próbowała wszystkiego. Bez skutku. Zuzka najczęściej siedziała w kojcu, kręcąc w dłoni różne przedmioty, bębniąc o podłogę czy podgryzając własną rękę. Nieraz wyła jednym tonem, czasem zmieniała melodię. Natalia twierdziła z przekonaniem, że córka rozpoznaje ją i swoistym gardłowym dźwiękiem ją woła, bardzo doceniając drapanie pleców i stóp.
Wreszcie pewien doświadczony psychiatra rzucił prosto: Jaki tu diagnozować temat? Warzywo na własnych nogach. Trzeba podjąć decyzję i żyć dalej. Albo oddać, albo opiekować się przecież już pani umie. Nadzieja na postęp? Po co? Niech się pani nie chowa razem z kojcem dziecka. To był jedyny człowiek, który powiedział coś jasno. Natalia oddała Zuzkę do specjalnego przedszkola i wróciła do pracy.
Chwilę potem spełniła swoje marzenie kupiła motocykl. Razem z grupką znajomych pędziła po ulicach Warszawy i poza miastem. Gdy wył silnik, wszystkie niepokoje znikały. Marek płacił alimenty każde pieniądze z złotych szły na opiekunki do Zuzki na weekendy. Dziecko nie było trudne w opiece, wystarczyło przywyknąć do jej zawodzenia.
W końcu jeden ze znajomych motocyklistów, Staszek, powiedział Natalce: Wiesz, tak się w tobie zakochałem. Jesteś przejmująco ciekawa.
Chodź, coś ci pokażę odpowiedziała Natalia, patrząc mu prosto w oczy.
Staszek domyślał się, że idą do łóżka. Ale zamiast tego ujrzał Zuzkę. Akurat była czujna, wyła płynnie i gardłowo, jakby wiedziała, że ktoś nowy stanął w progu.
No nieźle wyjąkał Staszek.
A czego oczekiwałeś? odpowiedziała z szeptem.
Po pewnym czasie zaczęli ze sobą mieszkać. Ustalili, że Staszek nie zbliża się do Zuzki i to mu pasowało, a Natalia wcale nie chciała zmieniać tej zasady. Lecz pewnego dnia Staszek poprosił: Może spróbujemy mieć dziecko? Natalia odparła ostro: A jeśli urodzi się drugi taki? Zamilkł niemal na rok, a potem wrócił do tematu: Próbujmy jednak.
Urodził się Antoś zupełnie zdrowy. Staszek zasugerował nieco nieśmiało: To może oddamy Zuzkę do ośrodka? Przecież mamy zdrowego synka Natalia spojrzała na niego chłodno: Prędzej ciebie bym oddała. Staszek tylko mruknął: To był żart Wkrótce mały Antoś odkrył Zuzkę, kiedy zaczął raczkować.
Od razu się nią zafascynował. Staszek się irytował: Nie pozwalaj mu do niej podchodzić, to niebezpieczne. Lecz Natalia puszczała synka Staszek wiecznie w pracy albo na motocyklu. Co ciekawe, kiedy Antoś był obok, Zuzka przestawała wyć. Nawet zdawało się, że nasłuchuje i czeka. Antoś przynosił zabawki, układał jej palce w określone figury, sam pokazywał, jak się bawić.
Gdy Staszek zachorował i został na weekend w domu, zobaczył: Antoś chodzi niepewnie po pokoju i coś bełkocze pod nosem, a Zuzka podąża za nim z kącika, w którym dotąd tkwiła nieruchomo. Staszek wpadł w furię: Chroń mojego syna przed swoją kaleką! Albo miej na nich oko cały czas! Natalia wskazała mu drzwi.
Przestraszył się. Znowu się pogodzili. Natalia przyszła do mnie.
On taki drewniany, ale go kocham. Okropne, prawda? rzekła.
To naturalne kochać swoje dziecko, niezależnie od zaczęłam mówić.
Ja o Staszku mówię doprecyzowała Natalia. A Zuzka, czy ona nie jest groźna dla Antosia?
Według moich obserwacji to Antoś przewodzi w tej parze, ale pilnować i tak trzeba. I na tym stanęło.
W wieku półtora roku Antoś pokazał Zuzce, jak układać wieże z klocków. Sam już mówił krótkimi zdaniami, śpiewał proste piosenki, pokazywał rączkami zabawy typu „sroczka kaszkę ważyła”. Czy on jest jakimś cudownym dzieckiem? pytała mnie Natalia. Staszek kazał zapytać, bo aż pęka z dumy koledzy mają dzieci, które ledwie mówią mama i tata.
Myślę, że to przez Zuzkę odparłam. Nie każdy półtoraroczniak ciągnie komuś rozwój za uszy.
No właśnie! Powiem temu balasiowi z oczami ucieszyła się Natalia, mając na myśli męża.
No i oto cała rodzinka: ożywione warzywo, dryblas z oczami, motocyklistka i mały geniusz. Nauczywszy się korzystać z nocnika, Antoś przez pół roku uczył tego Zuzkę. Nauczyć ją jeść samodzielnie, pić z kubka, ubierać się to już zadanie, które Natalia powierzyła synkowi.
Kiedy Antoś miał trzy i pół roku, spytał: A co z tą Zuzką takiego jest?
Przede wszystkim nic nie widzi odpowiedziała matka.
Widzi, tylko słabo. O takie tu widzi, a takie już nie. I zależy od światła najlepiej pod lampką w łazience, tam widzi najwięcej, wyjaśnił chłopiec.
Okulistka była zaskoczona, gdy malec tłumaczył stan oczu Zuzki, ale zbadała ją, przepisała leczenie i specjalistyczne okulary.
Przedszkole dla Antosia nie pasowało. Jemu już czas do szkoły! Taki mądrala, że do niczego się nie nadaje! narzekała wychowawczyni. Ze wszystkimi się wykłóca, wszystko wie najlepiej.
Byłam wrogiem szkoły na wyrost: niech Antoś chodzi na zajęcia, a w domu rozwija Zuzkę. Staszek ku memu zdziwieniu się zgodził i powiedział Natalii: No posiedź jeszcze z nimi, po co on w tym przedszkolu? A widziałaś, że Zuzka od prawie roku nie wyje?
Pół roku później Zuzka powiedziała: mama, tata, Antoś, daj, pić, miau-miau. Do szkoły poszli razem. Antoś cały w nerwach: Jak on sobie poradzi beze mnie? A tam na pewno są dobrzy pedagodzy? Rozumieją go? Lekcje do dziś, w piątej klasie, najpierw robi z Zuzką, a potem swoje.
Zuzka układa proste zdania, czyta, obsługuje komputer, uwielbia gotować i sprzątać (pod przewodnictwem mamy lub Antosia), siada na ławce na podwórku, patrzy, nasłuchuje i wdycha zapachy świata. Zna wszystkich sąsiadów i zagaduje do nich. Lubi lepić z plasteliny i budować z klocków.
Ale najbardziej na świecie kocha te chwile, gdy całą rodziną wsiadają na motocykle i pędzą podmiejską drogą ona z mamą, Antoś z tatą i wszyscy razem wrzeszczą coś niewytłumaczalnego pod wiatrPewnego popołudnia, gdy słońce zaglądało w okna, Antoś wrócił ze szkoły z nowym pomysłem na obiad. Zuzka, zrobimy makaron! zaproponował, a ona, już przyzwyczajona do jego entuzjazmu, ostrożnie wyciągnęła dłonie w jego stronę. Natalia patrzyła na nich przez szklankę herbaty i chociaż już dawno przestała siedzieć nocami z głową w dłoniach, teraz czując spokój, pozwoliła sobie na łzę wzruszenia.
Staszek wrócił z pracy trochę wcześniej niż zwykle. Przystanął w progu kuchni, patrząc na rodzeństwo mieszające mąkę i wodę, na córkę śmiejącą się swoim gardłowym, chropowatym pomrukiem, na syna tłumaczącego krok po kroku, co robią. W końcu pomógł Zuzce sypać mąkę do miski, a ona nie odsunęła się, tylko pozwoliła mu prowadzić swoją dłoń. Nikt nie powiedział ani słowa, ale w tym geście było wszystko.
Wieczorem, kiedy Natalia usypiała dzieci, Antoś wtulił się w nią i wyszeptał: Mamo, my chyba jesteśmy szczęśliwi, prawda? Nawet jak nie wszystko jest jak w bajce.
Zuzka delikatnie poklepała jego dłoń. Było jej trudno mówić, ale udało się wydusić: An-tosz… lubię.
Natalia uśmiechnęła się przez łzy. Pomyślała, że życie potrafi być inne niż w snach i właśnie takie, na przekór wszystkim diagnozom, można pokochać najbardziej.
A pod oknem, na osiedlowym trawniku, dwa ptaki zbudowały sobie gniazdo i wracały tam codziennie, nawet wtedy, gdy wiał zimny wiatr.


