Tak się czasem zdarza
Rodzice Bartusia długo na niego czekali, lecz ciąża okazała się bardzo trudna i chłopiec przyszedł na świat przedwcześnie. Długo leżał w inkubatorze w jednym z warszawskich szpitali. Wiele narządów było niedorozwiniętych. Oddychanie wymagało respiratora. Przebył dwie operacje. Odwarstwienie siatkówki.
Dwa razy pozwolono rodzicom pożegnać się z synem. Ale Bartuś przeżył.
Szybko wyszło jednak na jaw, że prawie nie widzi i praktycznie nie słyszy. Rozwój fizyczny powoli szedł do przodu: Bartuś usiadł, chwycił zabawkę, potem zaczął sunąć wzdłuż mebli. Ale rozwój umysłowy wcale.
Najpierw rodzice mieli jeszcze nadzieję najpierw walczyli razem, z czasem ojciec, pan Dariusz, gdzieś po cichu zniknął, a mama, pani Celina, została sama w tej walce.
Znalazła jakiś program pomocowy, i gdy Bartuś miał trzy i pół roku, zainstalowano mu implanty słuchowe. Teraz teoretycznie słyszał wszystko, lecz rozwój dalej nie szedł. Praca z terapeutami, logopedami, specjalistami, psychologami. Celina regularnie przychodziła z Bartusiem do mnie.
Proponowałam spróbujmy tak, a może tak, jeszcze tamto Próbowała wszystkiego. Bez rezultatu. Większość dnia Bartuś spędzał cicho w kojcu, powtarzając w kółko te same ruchy, uderzając czymś o podłogę, gryząc własną rękę albo inne rzeczy. Czasami długo wył w jednym tonie. Czasem jego wycie miało różne odcienie. Celina twierdziła, że Bartuś ją poznaje, woła ją takim charakterystycznym gaworzeniem i najbardziej cieszy się, kiedy drapie mu plecy lub stópki.
W końcu doświadczony psychiatra powiedział jej: Pani Celino, tu już nie ma o czym mówić. Chłopak jest jak roślina. Proszę podjąć jakąś decyzję i żyć dalej. Albo oddaje go pani do ośrodka, albo opiekuje się nim w końcu już się pani tego nauczyła? Nadziei na istotny postęp nie ma, nie warto tracić całego życia przy łóżku syna. To był pierwszy konkretny głos w jej życiu. Oddała Bartusia do specjalnego przedszkola i wróciła do pracy.
Po jakimś czasie kupiła sobie motocykl o tym marzyła zawsze. Zaczęła jeździć z innymi motocyklistami po warszawskich ulicach i mazowieckich drogach. Kiedy ryk silnika zagłuszał myśli, zapominała na chwilę o wszystkim. Ojciec płacił alimenty wydawała je w całości na opiekunki na weekendy. Bartuś był generalnie łatwy w opiece, jeśli przywyknąć do jego wycia. Potem jeden z jej motocyklowych znajomych, Staszek, powiedział bez ogródek: Wiesz, jakoś się w Tobie zakochałem. Masz w sobie coś smutno-fascynującego.
Chodź, coś ci pokażę odpowiedziała Celina.
Staszek uśmiechnął się szeroko, myśląc, że zaprasza go do siebie. Pokazała mu Bartusia. Chłopiec właśnie był w dobrym humorze, wył na zmiany i gaworzył poznał mamę albo zaniepokoił się obcym.
Kurde, nieźle! wydusił Staszek.
A co, czego się spodziewałeś? zripostowała Celina.
Po jakimś czasie zaczęli nie tylko wspólnie jeździć, ale i mieszkać razem. Staszek trzymał się od Bartusia z daleka; ustalili to jasno i Celinie to odpowiadało. Później Staszek rzucił: A może urodzimy dziecko? Celina odpowiedziała ostro: A jeśli znowu będzie takie? Co wtedy? Staszek zamilkł na rok, po czym wrócił do tematu: Nie, naprawdę chcę mieć dziecko z Tobą.
Urodził się Wojtuś. Całkiem zdrowy. Staszek zaproponował: Może by Bartka oddać już do ośrodka? Przecież mamy teraz normalnego syna Celina odburknęła: Ciebie prędzej oddam. Staszek natychmiast się wycofał: No pytam tylko Wojtuś odkrył Bartusia, gdy miał około dziewięciu miesięcy, kiedy zaczął raczkować.
Od razu bardzo się nim zainteresował. Staszek się denerwował: Nie pozwalaj małemu do niego podchodzić, niebezpieczne to. Ale był w pracy lub na motocyklu, a Celina puszczała Wojtusia. Kiedy Wojtuś był obok, Bartuś nie wył. Wydawało się jej, że słucha i czeka. Wojtuś podawał zabawki, pokazywał, jak się nimi bawić, sam układał Bartusiowi palce.
Raz Staszek rozchorował się i został na weekend w domu. Zobaczył: Wojtuś niezdarnie chodzi po mieszkaniu i coś do siebie mówi, a za nim, niczym przywiązany, idzie Bartuś dotąd nigdy sam nie wychodził z pokoju. Staszek zrobił awanturę: Oddziel mojego syna od twojego dziecka albo miej go na oku. Celina spokojnie wskazała mu drzwi.
Staszek przestraszył się. Pogodzili się. Celina przyszła do mnie:
On to kawał drewna, ale kocham go powiedziała. Straszne, prawda?
To naturalne odpowiedziałam. Kocha się dziecko niezależnie od wszystkiego
Mówiłam o Staszku sprecyzowała Celina. A co z Bartusiem? On jest niebezpieczny dla Wojtusia?
Odrzekłam, że z tego co widzę, to Wojtuś prowadzi ich relację, ale i tak trzeba pilnować. Tak się umówiłyśmy.
W półtora roku Wojtuś nauczył Bartka układać wieże z klocków. Sam mówił już pełnymi zdaniami, śpiewał proste piosenki, pokazywał wierszyki kukiełkowe. Celina zapytała: Czy on naprawdę jest taki zdolny? Staszek kazał spytać. Pęka z dumy u jego kumpli dzieci w tym wieku ledwo mówią mama-tata.
Myślę, że to przez Bartka przypuszczałam. Nie każdy maluch w tym wieku jest lokomotywą dla czyjegoś rozwoju.
Dokładnie! ucieszyła się Celina. Powiem temu klockowi z oczami, że to jego zasługa!
Taka rodzinka pomyślałam chłopiec-roślina, klocek z oczami, motocyklowa kobieta i cudowne dziecko. Gdy Wojtuś nauczył się korzystać z nocnika, poświęcił pół roku, by nauczyć tego Bartka. Z nauczeniem Bartka jedzenia, picia z kubka, ubierania się tym zadaniem Celina obarczyła już Wojtusia.
Gdy Wojtuś miał trzy i pół roku, postawił sprawę jasno:
A co właściwie Bartuś ma?
No, na pewno nie widzi.
Widzi, tylko słabo. To widać, a tamtego już nie. Najlepiej widzi w łazience, jak się włączy światło nad lustrem.
Okulista bardzo się zdziwił, gdy sprowadzili do niego trzylatka, aby wyjaśnił stan oczu starszego brata, ale wysłuchał uważnie, zlecił kolejne badania i przepisał specjalistyczne szkła oraz leczenie.
Wojtkowi zupełnie nie szło w przedszkolu. On powinien iść do szkoły! prychnęła wychowawczyni. Z takim mądralą nie da się pracować, wszystko wie najlepiej!
Byłam przeciwna wczesnej szkole: lepiej, żeby Wojtuś chodził na zajęcia i zajmował się rozwojem brata. Staszek, o dziwo, zgodził się z moją diagnozą i powiedział Celinie: Siedź z nimi do szkoły, co ma w tym przedszkolu robić? I w ogóle zauważyłaś, że Bartuś od roku nie wyje?
Pół roku później Bartuś powiedział: mama, tata, Wojtek, daj, pić, miau-miau. Do szkoły chłopcy poszli razem. Wojtuś bardzo się denerwował: jak on sobie poradzi bezemnie, czy tam są naprawdę dobrzy specjaliści, czy go w ogóle zrozumieją? Do tej pory, w piątej klasie, najpierw odrabia lekcje z Bartkiem, dopiero potem swoje.
Bartek mówi już krótko, zrozumiale. Sam czyta, korzysta z komputera. Uwielbia gotować i sprzątać (Wojtek lub mama kierują). Lubi siedzieć na ławce na podwórku i patrzeć, słuchać, wąchać. Zna wszystkich sąsiadów i zawsze się wita. Kochają lepienie z plasteliny, konstruowanie i rozmontowywanie klocków.
Ale najbardziej na świecie uwielbia, gdy całą rodziną wyjeżdżają na motocyklach na wiejskie drogi on z mamą, a Wojtek z tatą, i wszyscy razem krzyczą prosto w pędzący wiatrCzasem w weekendy Celina wciąż odkręcała gaz i znikała z hałasem na motocyklu, ale już tylko na chwilę, żeby poczuć, że żyje też dla siebie. Najchętniej wracała do domu, do dwóch chłopców siedzących wśród rozsypanych klocków każdy z nich ze swoim światem, a jednak spleceni niezwykłą więzią. Staszek przestał liczyć, który chłopiec jest jego, a który nie sam zadziwił siebie, gdy odkrył, że najbardziej dumny jest z tej rodziny jaką są, nie tej wymarzonej.
Pewnego wiosennego popołudnia cała czwórka siedziała na skraju miejskiego parku, a Bartuś wyciągnął rękę i delikatnie dotknął dłoni mamy. Mamo, ładnie pachnie tutaj powiedział wyraźnie, zupełnie sam. Celina popatrzyła po synach, po Staszku, po świecie skąpanym w słońcu. Był gwar placu zabaw, śmiech dzieci i nagłe, ciche dziękuję od Bartka, które brzmiało jak najpiękniejsza melodia. Wojtuś z dumą pokazał nową wieżę, najwyższą jaką zbudowali razem.
Celina pomyślała tylko: Tak się czasem zdarza że życie, którego nie chciałam, zamienia się w życie, którego nie zamieniłabym na żadne inne. I uśmiechnęła się do siebie, do synów, do mężczyzny obok a świat, przez chwilę, był dobry i pełen cudów.


