Zniszczony domek wujka Władysława omija cała wieś szerokim łukiem. To wcale nie jest trudne: wujek Władysław mieszka na skraju, właściwie na odludziu. Jest zamknięty w sobie i rzadko przemawia. Wygląda równie pasująco: skulony, niechlujny, w poplamionej w kratkę koszuli i kamuflażowych spodniach z naszywkami. Włosy potargane, siwe, policzki wyblakłe od wiatru. Co ciekawe, wujek Władysław nie pije wcale.
Dziesięcioletni Grzegorz boi się wujka Władysława. Mama, wzdychając, mówi:
Przecież kiedyś był dobrym człowiekiem, złote ręce! Wszystkie dziewczyny wioski zazdrościły mu, że ma taką żonę!
Ojciec potwierdza:
To jak wtedy, sześć lat temu, poszedł na polowanie, i od tego wszystkiego zwariował!
Gdy jego syn umarł, to go to i roztrzaskało! spierają się rodzice.
Mama przyjaźni się z ciotką Łucją, byłą żoną wujka Władysława. Gdy przychodzi w odwiedziny, zawsze wzdycha:
Ojej, Aniu, szkoda go, ale nie mogę tak żyć. Nie tylko to, że Tomek odszedł, ale i że Władek wbił mi nóż w plecy!
Czego dokładnie zrobił wujek Władysław, nie mówi nawet Grzegorza mamie, swojej najlepszej przyjaciółce. Ciotka Łucja sama długo żałowała śmierci jedynego, trzyletniego syna, ale dla wujka Władysława to był prawdziwy cios.
Krążą różne pogłoski: że wujek Władysław w końcu zaczął pić, że zmarły syn był przyczyną rozwodu, a jeszcze mówią, że przy domku wujka Władysława pojawiła się dziwna istota, przypominająca człowieka, jedynie chuda, skulona, z szarawą skórą i długimi, cienkimi ramionami.
No powiedz, co on zrobił? pyta ciotka Łucja.
Nie zostawił mi wyboru, Aniu wzdycha. Nie chce już nic więcej mówić.
Lato tego roku jest wyjątkowo gorące i suche. Grzegorz, Witold i Antoni po raz pierwszy w tym roku jeżdżą rowerami na rzekę bez opieki dorosłych. Całe dnie spędzają nad brzegiem: kąpią się, łowią ryby. Czasem złowią ich wiele, Grzegorz suszy je na słońcu, a wieczorami chłopcy podjadają suszone karpie zamiast słoneczników, przez co przed snem Grzegorz od razu wypija kilka szklanek wody.
Krótka ścieżka do rzeki wiedzie obok działki wujka Władysława, zarośniętej chwastami i dzikim klonem. Jego domek wygląda zaniedbano: pochylony od lat, z zielonkawą od mchu dachówką i odpadniętymi ramami. Jedynie absurdalnie ustawiona antena satelitarna sugeruje, że dom wciąż jest zamieszkany.
Chłopcy znają wszystkie plotki i domysły o wujku Władysławie i starają się nie odwracać wzroku, kiedy przejeżdżają obok jego działki.
Grzesiu, słyszałeś, co mówią o wujku Władysławie? pyta Witold, przerywając podnoszenie wędki.
Mówią różne rzeczy odrzuca Grzegorz, zrzucając z uszu brzęczący muchę i wyciągając z plecaka kanapkę z boczkiem.
A o szarym człowieku? wtrąca się Antoni, wkładając tłustego karpia do wiaderka.
Ech, nasze wioski co chwilę opowiadają o dziwnych ludziach śmieje się Witold. Żółte oczy, zielone, aż się głowa zawraca!
Dzień jest dziś wyjątkowo piękny, a chłopcy tak wciągają się w wędkowanie, że nie zauważają, jak słońce zniża się ku zachodowi. Na wodzie już odbija się purpura wieczornych chmur, świerszcze zaczynają ćwierkać, żaby głośno wyśpiewują nocne pieśni.
Musimy się zbierać, chłopaki, mama już się martwi! podnosi się Grzegorz, patrząc w różowiejące niebo.
Zanim skończyli pakować sprzęt, słońce już zniknęło za horyzontem, a ciepłe letnie zmierzchy nabrały gęstej barwy. Chłopcy spieszą się do domów. Nagle, tuż przy domku wujka Władysława, łańcuch w rowerze Witolda wypada.
Grzesiu, Antoni, poczekajcie! woła Witold, zeskakując.
Pochyla się, by dopiąć łańcuch, gdy w krzakach słychać szelest, a gałęzie pękają.
Słyszeliście? szepcze przerażony Antoni, rozglądając się wokół.
Coś duzego odpowiada Grzegorz, czując dreszcz po plecach. Witku, pomóżmy i uciekajmy stąd.
Szelest powtarza się, tym razem bliżej. Witold i Grzegorz z trzęsącymi się rękami nie mogą dopiąć łańcucha. Po chwili z krzaków wynurza się coś.
Chuda, szara postać, przypominająca człowieka, z małą łysą główką, wysokości dziesięcioletniego dziecka, z nienaturalnie długimi, chudymi ramionami, które kończą się długimi palcami z pazurami. Ma ogromne, całkowicie czarne oczy. Wydaje dźwięk przypominający trzask, odsłaniając ostre, drobne zęby. Zamiast nosa ma dwa okrągłe otwory oddechowe.
Mamo, co to jest?! krzyczy Witold, a chłopcy wskakują na rowery i odjeżdżają, zostawiając wiaderko z rybą.
Grzegorz odwraca się na sekundę i widzi, że stworzenie, nieporadnie przewracając się, podchodzi do wiaderka, zagląda do środka i chwyta rybę długimi, haczykowatymi palcami. Wtedy słyszy głos wujka Władysława, na co potwór odwraca się posłusznie, wydaje dźwięk przypominający ludzki głos i powraca do domu.
Przed rozstaniem chłopcy umawiają się, że nigdy nie będą jeździć nad rzekę obok domu wujka Władysława. Oczywiście każdy z nich dostaje domowy upokarzający gniew za spóźnienie.
Z kuchni unosi się zapach świeżych placków, mama nuci pod nosem. Grzegorz podkrada się do drzwi, nasłuchuje. Mama nie jest bardzo zła, więc może wyjść, a zapach ciepłych naleśników przyciąga, zagłuszając strach przed rozzłoszczoną mamą.
Gwałtownie otwiera się drzwi wejściowe: to ojciec, który pracuje jako strażnik na farmie, wraca ze zmiany nocnej.
Cześć, Aniu, Grzesiu jeszcze śpi? słyszy przerażony głos ojca.
Tak, Mariuszu, co się stało? Dlaczego taki przestraszony? odpowiada mama.
Na rzece znaleźli Saszka Mierzwickiego. Rozszarpał go jakiś stwór.
O Boże! wyjął się matka.
Policja przyjechała, przesłuchuje świadków, kilku mężczyzn nocowało nad rzeką, słyszeli krzyki. Mówią, że widzieli coś, co przypomina człowieka, ale nie jest człowiekiem. Chude, małe, szare.
Serce Grzegorza przyspiesza. To samo stworzenie widzieli wczoraj przy domu wujka Władysława! Grzegorz myśli chwilę i decyduje, że musi powiedzieć rodzicom wszystko.
Wychodzi z pokoju i mówi:
Mamo, tato! Wczoraj z chłopakami przy domu wujka Władysława zobaczyliśmy tego człowieka. To nie był człowiek, był straszny.
Dalsze wydarzenia przyspieszają. Ojciec Grzegorza dzwoni do rodziców Antoniego i Witolda, a oni przekazują informację innym mężczyznom z wioski. Wkrótce przy domu Grzegorza gromadzi się prawie cała wioska. Społeczność decyduje, że trzeba działać natychmiast. Po kilku minutach wszyscy ruszają w stronę domu wujka Władysława.
Gdy dorośli odchodzą, podbiegają Witold i Antoni. Chłopcy, pełni ciekawości, gonią dorosłych. Kiedy zbliżają się do domu, słyszą w pobliżu okrutne, nieludzkie krzyki, potem kilka strzałów wśród mieszkańców byli myśliwi a na końcu przerażający okrzyk wujka Władysława.
Na chłopców, którzy podbiegają na miejsce, nikt nie zwraca uwagi. Wszyscy tłoczą się wokół leżącego w kałuży krwi ciała, zwykłej, ludzkiej krwi. Nad nim pochyla się płaczący wujek Władysława:
Synu! Mój synu!!! Po co to zrobiłeś?!
Jaki syn? To Saszka! zmęczony mówi ojciec Grzegorza.
Nie mógł sam! Saszka go pewnie sprowokował. Znalazłem go na polowaniu, podszedłem i nagle usłyszałem płacz. Patrzyłem nora, a z niej słyszę płaczącego głos. Pomyślałem, że jakiś dzieciak się zgubił Mój niedawny, umierający od bólu, brat Tolik miał podobny los Wpadałem, a tam on. Mały, dokładnie jak Tolik. Biegał od jednej takiej istoty do drugiej, a one były przybite. Wyglądało na to, że rodzice go szukali. Podszedł do mnie, płakał, wyciągał chude ręce Wziąłem go, a on mnie objął, przytulił Przestraszony, nieszczęśliwy. Rozumiał wszystko, oglądał telewizję, lubił filmy, fantastykę, bajki, kreskówki Nie potrafił mówić, tylko wymawiał dźwięki. Lubił słodycze. To był nastolatek, taki sam jak twój Grzegorz, Mariuszu! mówi wujek Władysław do ojca Grzegorza. A wy od razu, bez śledztwa!
Władku, to potwór! podchodzi ciotka Łucja. Dlaczego go nie zostawiłeś? Może jego krewni go znajdą?
Patrz! uśmiecha się wujek. To my, ludzie, jesteśmy potworami, nie oni! Wycinaliśmy wszystkie lasy, rzeki i oceany zatruwamy śmieciem i chemikaliami! Nie ma ani łupka ziemi, gdzie nie wpadliśmy ręką! Gdzie się oni mogą chować? Wszędzie ludzie, ludzie, ludzie! A im nic nie zostało! Za co ich rodzice ich zabili?
Wszyscy patrzą zdumieni na wujka, który opłakuje swojego przerażającego syna. Ciało leży na ziemi, rozpostarte ramiona, a czarne oczy patrzą w niebo.
Dajcie mi choć chociaż pochować go, jeśli nie jesteście zwierzętami błaga wujek, wycierając łzy ze zmarszczonej policzki.
Grzegorzowi nagle współczuje wujek Władysław i jego szyk. Współczuje też Samowi, który wpadł w pazury stworzenia. Wszyscy stali się ofiarami. Czy ktoś był winny, że tak się stało? Grzegorz przez chwilę żałował, że powiedział wszystko rodzicom.
Nie pozwolono zniszczyć potwora wujka Władysława. Przyjechała policja, wszystkich wypędziła, potem w wiosce pojawili się żołnierze w mundurach, którzy przebierają domy i grożą milczeniem pod karą więzienia. Gdzie i po co zabrali ciało tego dziwnego stworzenia, nikt nie wie. Wujek Władysław umiera niedługo po tym, jak przywiązał się do potwora niczym do własnego dziecka. Jego dom ostatecznie się rozwala i zalewa go nieprzebyty chwast.



