Tak to czasem bywa
Na przyjście Jurka rodzice bardzo czekali. Niestety, ciąża była bardzo trudna i dziecko przyszło na świat przedwcześnie. Leżał w inkubatorze. Wiele narządów nie było wystarczająco rozwiniętych. Respirator, dwie operacje, odwarstwienie siatkówki.
Dwa razy pozwolono rodzicom pożegnać się z synkiem. Ale Jurek przetrwał.
Jednak dość szybko okazało się, że prawie nie widzi i prawie nie słyszy. Fizycznie powoli się poprawiał Jurek usiadł, chwycił zabawkę, potem przy wsparciu zaczął chodzić. Ale rozwój intelektualny nie postępował wcale.
Rodzice początkowo mieli jeszcze nadzieję walczyli razem, aż ojciec po prostu nagle zniknął, a matka, pani Julia, została na placu boju sama.
Wyszukała jakąś możliwość, gdy Jurek miał trzy i pół roku, wszczepiono mu implanty słuchowe za pomocą NFZ-tu. Teraz teoretycznie słyszał wszystko, ale i tak nie rozwijał się dalej. Godziny z logopedami, pedagogami, psychologami i innymi specjalistami. Julia bywała z Jurkiem u mnie nie raz.
Podsuwałem jej różne pomysły: „A może spróbujmy jeszcze to, a może tamto” Julia próbowała wszystkiego. Bez efektów. Większość czasu Jurek grzecznie siedział w kojcu, kręcąc w rękach jakieś przedmioty. Uderzał nimi o podłogę, gryzł własną rękę albo coś innego. Czasem jęczał na jednym tonie, czasem zmieniał tonację. Julia twierdziła, że Jurek ją poznaje, nazywa ją własnym, dziwacznym gaworzeniem i uwielbia, gdy drapie mu plecy i nóżki.
W końcu pewien starszy psychiatra powiedział jej: „Jaki tu jeszcze może być diagnoza? Warzywo chodzące. Proszę podjąć decyzję: albo oddać syna do ośrodka, albo po prostu się nim opiekować już się pani nauczyła, prawda? Nie ma sensu łudzić się, że będzie jakaś znaczna poprawa. Życie się nie kończy na kojcu.” Był to jedyny człowiek w życiu Julii, który tak kategorycznie się wypowiedział. Oddała więc Jurka do specjalnego przedszkola i wróciła do pracy.
Jakiś czas później kupiła motocykl całe życie o tym marzyła. Jeździła po Warszawie i okolicach z innymi pasjonatami kiedy silnik wył, wszystkie troski ulatywały. Ojciec płacił alimenty, całość Julia wydawała na opiekunki na weekendy Jurek właściwie nie był trudny w opiece, jeśli przywyknąć do jego wycia. Potem jeden z motocyklistów, Marek, powiedział: „Wiesz, zakochałem się w tobie nie na żarty, masz w sobie jakiś tragiczny urok.”
Chodź, pokażę ci coś rzuciła Julia.
Marek uśmiechnął się, pewny, że zaprasza go do swojego mieszkania. Pokazała mu Jurka. Akurat był w dobrym humorze, wył modulowanie i gaworzył może poznał mamę, może przejął się nieznajomym.
O ja pierniczę! wyrwało się Markowi.
A na co się nastawiałeś, chłopie? odparła Julia.
Po jakimś czasie zaczęli mieszkać razem. Marek do Jurka się nie zbliżał (wcześniej ustalili to jasno), a i Julia nie chciała. Po którymś czasie Marek powiedział: „Może byśmy zrobili sobie dziecko?” Julia odpowiedziała ostro: „A jak się trafi kolejny taki, co wtedy?” Marek zamilkł na prawie rok, aż znowu zaproponował: nie, jednak spróbujmy.
Urodził się Wojtuś zdrowy jak ryba. Marek stwierdził: „Może oddamy teraz Jurka do ośrodka? Skoro mamy normalnego synka?” Julia odpowiedziała: „Ciebie bym chyba prędzej oddała.” Marek natychmiast zaczął tłumaczyć się: No tak tylko pytam Wojtuś odkrył Jurka, kiedy miał około dziewięć miesięcy, gdy zaczął raczkować.
Od razu bardzo się zainteresował. Marek się bał: „Nie puszczaj go do Jurka, to niebezpieczne, kto wie, co może być.” Ale Marek był ciągle w pracy albo na motorze, więc Julia pozwalała. Kiedy Wojtuś raczkował obok, Jurek przestawał wyć. Wydawało jej się nawet, że Jurek się przysłuchuje i czeka. Wojtuś przynosił zabawki, pokazywał, jak się nimi bawić, sam układał i zginał palce Jurka.
Kiedyś Marek rozchorował się i został w domu na weekend. Zobaczył, że mały Wojtuś niepewnie chodzi po mieszkaniu i coś tam mamrocze, a za nim, jak zaczarowany, idzie Jurek (przedtem Jurek nie opuszczał kąta). Marek zrobił awanturę i zażądał: Oddziel mojego syna od twojego debila, albo cały czas pilnuj! Julia bez słowa wskazała mu drzwi.
Przestraszył się. Pogodzili się. Julia przyszła do mnie:
On jest jak kłoda, ale go kocham. To chyba chore, co?
To naturalne odpowiedziałem. Kocha się swoje dziecko bez względu na wszystko
Ja o Marku mówię sprecyzowała Julia. A Jurek nie jest groźny dla Wojtka, twoim zdaniem?
Powiedziałem, że z tego, co wiem, to Wojtuś prowadzi ich dwójkę, ale jednak powinno się mieć oko. Na tym stanęło.
Po półtora roku Wojtuś nauczył Jurka układać wieże z klocków według wielkości. Sam mówił już pełnymi zdaniami, śpiewał proste piosenki i pokazywał rymowanki, np. sroczka kaszkę warzyła. On chyba jest geniuszem? pytała mnie Julia. Marek kazał się dowiedzieć. Duma go aż roznosiła, bo u jego kumpli dzieci w tym wieku nie mówiły ani „mama”, ani „tata”.
Wydaje mi się, że to przez Jurka stwierdziłem. Niewiele dzieci ma okazję w wieku półtora roku być motorem rozwoju drugiego dziecka.
Ot, właśnie ucieszyła się Julia. To mu powiem wprost, temu mojemu klockowi z oczami.
Co za rodzina pomyślałem: warzywo chodzące, kłoda z oczami, kobieta na motorze i mały geniusz. Gdy Wojtuś nauczył się korzystać z nocnika, przez pół roku próbował przekonać do tego Jurka. Potem Julia dała mu nowe zadania: nauczyć Jurka jeść, pić z kubka, ubierać i rozbierać się.
W wieku trzech i pół roku Wojtuś oznajmił: A co jest z tym Jurkiem?
Po pierwsze, on nic nie widzi.
Widzisz, że widzi zaprotestował Wojtuś. Tylko słabo. To widzi, a tamtego już nie. Zależy od światła. Najlepiej pod lampą w łazience tam dużo widzi.
Okulistka bardzo się zdziwiła, gdy na wyjaśnienie stanu Jurka przyprowadziła jej trzylatek, ale wysłuchała, zleciła jeszcze badania, po czym wypisała krople i specjalistyczne okulary.
A przedszkole Wojtka zupełnie nie pasowało. On powinien iść do szkoły! Taki mądrala! oznajmiła zirytowana pani wychowawczyni. Nikomu nie daje spokoju, wszystko wie najlepiej.
Byłem zdecydowanie przeciwny przyspieszaniu szkoły: niech Wojtuś chodzi na kółka zainteresowań, a Jurkiem się dalej zajmuje w domu. Marek, o dziwo, zgodził się: „No, posiedź z nimi w domu, co on ma robić w tym głupim przedszkolu? Zresztą zauważyłaś, że Jurek już od roku prawie wcale nie wyje?”
Po kolejnych sześciu miesiącach Jurek powiedział: mama, tata, Wojtuś, daj, pić i miau-miau. Chłopcy poszli do szkoły w tym samym czasie. Wojtuś bardzo się martwił: jak on sobie poradzi beze mnie? A czy tam są naprawdę dobrzy specjaliści? Czy go zrozumieją? Nawet teraz, w piątej klasie, odrabia z Jurkiem zadania, zanim zabierze się za swoje.
Jurek mówi prostymi zdaniami, umie czytać i korzystać z komputera. Lubi gotować i sprzątać (Wojtuś albo mama mu pomagają), uwielbia siedzieć na ławce przed blokiem i patrzeć, słuchać, wąchać. Zna wszystkich sąsiadów, zawsze się wita. Lubi lepić z plasteliny, składać i rozkładać klocki.
Ale najbardziej kocha te momenty, gdy całą rodziną jadą na motocyklach za miasto on z mamą, Wojtuś z tatą, i wszyscy krzyczą coś do wiatru na przekór światuCzasami, gdy Julia patrzyła przez okno na dwóch chłopców bawiących się na trawniku, dopadała ją myśl, że życie jednak potrafi być przewrotne. Przy wszystkich jej lękach, złości, chwilach bezsilności przyszło coś całkiem nieoczekiwanego: spokój. A może nawet spełnienie. Wiedziała już, że nie dostanie odpowiedzi na wszystkie pytania. Ale wystarczało poczuć, jak Jurek, z własnej woli, obejmuje ją rano, a Wojtuś beztrosko żartuje albo dopytuje, co na kolację.
Na podwórku pod blokiem sąsiedzi zatrzymywali się z uśmiechem; Cześć, Jurek! wołali, a Jurek odpowiadał swoim pewnym już głosem. Marek, choć wciąż trochę gburowaty i nieco nieporadny, wprowadzał Jurka do garażu, tłumaczył tajniki śrubokrętów i pokazywał, jak odpalić światło w motocyklu. Tylko Julia wiedziała, że za tym wszystkim siedzi nie cud, ale codzienny, mozolny upór i czułość pomieszana z determinacją.
Czasem, gdy w domu zapalało się światło, Julia słyszała, jak Jurek mówi: O, jasno. Wojtuś rzucał w powietrze: Patrz, mamo, Jurkowi się podoba! Już nie zastanawiała się, co by było, gdyby Życie pokazało, że nawet fragmentaryczny świat może być pełen kolorów wystarczy pozwolić sobie go zobaczyć.
A kiedy wieczorem wszyscy razem siedzieli na rozgrzanej, starej kanapie, Jurek układał palce na dłoni Wojtka, a Marek włączał cicho radio, Julia uświadamiała sobie, że chociaż miało być inaczej jest dokładnie tak, jak powinno.


