Tak bywa w życiu…

Zdarzają się takie rzeczy…

Małą Zosię rodzice bardzo wyczekiwali. Jednak ciąża była trudna i dziecko przyszło na świat przedwcześnie. Długo leżała w inkubatorze, jej narządy wewnętrzne były niedorozwinięte. Oddychanie wspomagane maszynami. Dwie operacje. Odwarstwienie siatkówki.

Dwa razy pozwolono rodzicom pożegnać się z dzieckiem. Ale Zosia przeżyła.

Dość szybko wyszło jednak na jaw, że niemal nie widzi i niemal nie słyszy. Rozwój ruchowy z czasem się poprawiał Zosia usiadła, złapała zabawkę, potem zaczęła chodzić przy meblach. Ale rozwój umysłowy… nic, pustka.

Rodzice najpierw próbowali razem walczyli za dwoje, potem ojciec jakoś zniknął, rozpłynął się po cichu po świecie. Mama została sama na placu boju.

Znalazła jakieś miejsce na refundację, gdy Zosia miała trzy i pół roku, założono jej implanty słuchowe. Teraz niby wszystko słyszała, ale nawet wtedy nie nastąpił postęp. Zajęcia z surdopedagogami, logopedami, psychologami i całą zgrają specjalistów. Mama Agnieszka przychodziła z Zosią do mnie niejednokrotnie.

Mówiłam: może spróbujmy jeszcze tego? Albo tamtego? Próbowała wszystkiego. Nic nie pomagało. Zosia większość dnia spokojnie siedziała w kojcu, kręcąc w rękach jakąś rzecz. Stukała nią o podłogę. Grzebała się w ręce lub coś żuła. Czasem zawodziła jednostajnie, czasem zmieniała ton. Mama twierdziła, że Zosia ją poznaje, nazywa ją jakimś wyjątkowym gruchaniem i bardzo lubi, gdy ktoś drapie ją po plecach i nóżkach.

W końcu jakiś starszy psychiatra powiedział jej: no i co tu już diagnozować? Warzywo na dwóch nogach. Proszę podjąć jakąś decyzję i żyć dalej. Albo oddać, albo opiekować się przecież już się pani nauczyła? Według mnie nie ma sensu nadzieja na cud czy podkładanie się obok jej kojca. To był pierwszy i jedyny człowiek, który powiedział matce Zosi wprost. Oddała Zosię do specjalnego przedszkola i wróciła do pracy.

Z czasem kupiła motocykl od zawsze o tym marzyła. Jeździła ulicami i polami z innymi zapaleńcami dźwięk silnika zagłuszał wszystkie smutki i myśli. Ojciec płacił alimenty, całą sumę wydawała na opiekunki na weekendy Zosia była w sumie niewymagająca opieki, kiedy nauczyło się jej zawodzenia. Potem jeden z motocyklistów, Michał, powiedział Agnieszce: wiesz, coś mnie w tobie urzekło, jest w tobie jakiś tragikomiczny magnetyzm.

Chodź, pokażę ci coś odparła Agnieszka.

On od razu pomyślał, że zaprasza go do siebie na noc. Pokazała mu Zosię. Akurat była w dobrej formie, zawodziła przenikliwie i gruchała pewnie poznała matkę albo wystraszyła się obcego.

Ja pierniczę! powiedział motocyklista.

A czego się spodziewałeś? rzuciła Agnieszka.

Po jakimś czasie zaczęli nie tylko jeździć, ale i mieszkać razem. Michał do Zosi nie podchodził (ustalili to zawczasu), a Agnieszce to nie przeszkadzało. Potem Michał powiedział: zróbmy dziecko. Agnieszka odpowiedziała ostro: a jak będzie znów takie, to co? Michał zamilkł na prawie cały rok, ale potem znów wrócił do pomysłu.

Urodziła się Małgosia. Na szczęście zupełnie zdrowa. Michał powiedział: może oddamy Zosię do placówki? Przecież mamy już zdrową córkę. Agnieszka odparła: raczej ciebie oddam. Michał się od razu wycofał z wymówek: No tylko pytam…. Małgosia odkryła Zosię mając dziewięć miesięcy, kiedy zaczęła raczkować.

Zaraz się zainteresowała. Michał się bał, złościł: nie pozwalaj jej do Zosi, nie wiadomo co może się stać. Ale Michał ciągle był w pracy lub na motorze, a Agnieszka pozwalała. Gdy Małgosia raczkowała obok, Zosia nie zawodziła. Wydawało się, że słucha i czeka. Małgosia przynosiła jej zabawki, pokazywała jak się bawić, sama układała i zginała palce Zosi.

Pewnego razu Michał się rozchorował i został w domu na weekend. Zobaczył: Małgosia niepewnie chodzi po mieszkaniu i coś pod nosem woła, a za nią, niczym zaczarowana, drepcze Zosia (przedtem siedziała bez przerwy w kącie). Michał zrobił awanturę i zażądał odseparowania mojej córki od twojej kaleki, albo pilnowania cały czas. Agnieszka po prostu wskazała mu drzwi.

Wystraszył się. Pogodzili się. Agnieszka przyszła do mnie i mówi:
On jest pinokio, ale ja go kocham śmiała się. To straszne, prawda?
To naturalne odpowiedziałam kochać dziecko bez względu…
Właściwie mówiłam o Michale sprostowała Agnieszka. Ale czy Zosia nie jest niebezpieczna dla Małgosi, co sądzisz?
Powiedziałam, że z tego co widzę Małgosia prowadzi tę parę, ale pilnować trzeba zawsze. Tak się umówiłyśmy.

Po półtora roku Małgosia nauczyła Zosię układać wieżę z klocków od największego do najmniejszego. Sama już mówiła pełnymi zdaniami, śpiewała proste piosenki i pokazywała zabawy pokroju sroczka kaszkę ważyła. Czy ona jest geniuszem? zapytała mnie Agnieszka. Michał kazał się zapytać. Chłopak od dumy prawie pęka, wśród znajomych dzieci w tym wieku jeszcze nie mówią mama, tata.
Myślę, że to przez Zosię stwierdziłam. Nie każde dziecko ma szansę być lokomotywą cudzego rozwoju już w tym wieku.
No właśnie! ucieszyła się Agnieszka. Powiem temu klocu z oczami prosto w twarz.

Co za rodzinka, myślałam sobie warzywo na dwóch nogach, kloc z oczami, kobieta na motocyklu i cudowne dziecko. Małgosia, kiedy sama nauczyła się korzystać z nocnika, przez pół roku uczyła tego Zosię. Uczyć ją jeść, pić z kubka, przebierać się te zadania Agnieszka powierzyła Małgosi już sama.

Gdy Małgosia miała trzy i pół roku, postawiła sprawę jasno: A co właściwie jest z Zosią?

Po pierwsze, ona nic nie widzi.
Widzisz, widzi odparła Małgosia. Ale słabo. To widzi, a tamtego już nie. I zależy jakie światło. Najlepiej jej idzie przy lampce w łazience nad lustrem tam widzi najwięcej.

Okulistka bardzo się zdziwiła, gdy do wyjaśniania problemów ze wzrokiem Zosi przyprowadzono jej trzyletnie dziecko, ale wszystko uważnie wysłuchała. Zleciła kolejne badania i wypisała leczenie oraz skomplikowane okulary.

Z przedszkolem Małgosi było katastrofalnie. Ona powinna być w szkole, a nie w przedszkolu! poirytowała się wychowawczyni. Taka mądra, z nikim nie idzie się dogadać, wszystko wie najlepiej.

Byłam przeciwna zbyt wczesnej szkole: niech Małgosia chodzi na zajęcia i wspiera rozwój Zosi. Michał wyjątkowo przyznał mi rację i powiedział Agnieszce: no i siedź z nimi w domu, co jej w tym głupim przedszkolu? A zauważyłaś, że Zosia już prawie od roku nie zawodzi?

Kolejne pół roku później Zosia zaczęła mówić: mama, tata, Małgosia, daj, pić i miau-miau. Do szkoły dziewczynki poszły razem. Małgosia bardzo się martwiła: poradzi sobie bez mnie? Czy nauczyciele tam są naprawdę dobrzy? Czy ją zrozumieją? Do dziś, w piątej klasie, Małgosia najpierw robi lekcje z Zosią, a potem swoje własne.

Zosia mówi prostymi zdaniami. Czyta, korzysta z komputera. Uwielbia gotować i sprzątać (Małgosia albo mama wszystkim dyryguje), lubi siedzieć na ławce pod blokiem i patrzeć, słuchać, wąchać. Zna wszystkich sąsiadów, zawsze się wita. Lubi lepić z plasteliny, składać i rozkładać klocki.

Ale najbardziej na świecie kocha, gdy całą rodziną jadą motocyklami po polnej szosie ona z mamą, a Małgosia z tatą, i wszyscy razem wykrzykują coś na powitanie wiatruCzasami patrzę na nie z boku i myślę: cuda się nie zdarzają to ludzie je wywalczają. Zosia podchodzi, podaje mi rękę i wymawia powoli dzień dobry, Małgosia przewraca oczami, jak to starsza siostra (choć młodsza), a Agnieszka uśmiecha się z charakterystyczną nutą triumfu. Są dziwną rodziną, pełną rys i pęknięć, ale tworzą świat, w którym to, co niemożliwe, bywa tylko początkiem długiej drogi. I kiedy raz w roku widzę całą trójkę śmigającą na motorze przez polną drogę Michał z przodu, Agnieszka za jego plecami, a dziewczynki z boku, śmiejące się na zmianę wiem, że każda z tych ran zrosła się nie przez cud, ale przez upór i serce.

A Zosia? Zosia może nigdy nie zostanie naukowcem, poetką czy królową. Ale została siostrą, sąsiadką, córką kimś, kogo się widzi, słyszy i zapamiętuje. Jej historia nie jest już opowieścią o cudach, lecz o wygrywaniu zwyczajnego dnia, z pomocą ludzi, którzy nigdy nie postawili kropki tam, gdzie inni już dawno zamknęli książkę.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

trzy × cztery =

Tak bywa w życiu…