10 listopada 2025, sobota
Mamo, tata znowu wziął pieniądze
Łucja rzuciła się do szafy, przeszukała ją po kątach i wyciągnęła ukryte banknoty. Policzowała po cichu. Brakowało jedynie dwustu złotych tak mało, a jednak to przeznaczone na opał. Staszek o tym wie doskonale, a w swój skarbonkę nic nie wkłada.
Zwinęła zebrane pieniądze w mały pakunek i schowała je pod dywanik w pokoju dziecięcym.
Chodźcie jeść, zawołała, napełniając talerze zupą i nalewając herbatę. Każdemu po dwie ciastka.
Mamo, a siebie nie dajesz? zapytał Michał, patrząc na nią poważnie.
Po pierwsze nie lubię słodkiego, po drugie pilnuję sylwetki odpowiedziała, a syn odparł:
Mamo, ale i tak jesteś piękna!
Rozśmiała się, po czym zachęciła do jedzenia. Po obiedzie umyła naczynia i poszła do pokoju dzieci. Iwan czytał bajkę Bogdzie, a Jan coś rysował.
Daję wam dziesięć minut, żeby skończyliście wszystkie sprawy, potem odpoczynek! pocałowała ich po wszystkim i wyszła. Musi uszyć kurtkę Janowi, bo po szkole pokłócił się z kolegą, a potem już może iść spać. Chwyciła igłę z nitką.
***
Dziesięć lat temu poślubiłam Staszka. Miałam wtedy osiemnaście, brak mi było zarówno rozumu, jak i doświadczenia. Staszek był wciągnięty w pieniądze rozrzucał je na prawo i lewo, a ja, naiwna głupka, wierzyłam, że potrafi je zarabiać. Dopiero po ślubie odkryłam, że sprzedał mieszkanie odziedziczone po rodzicach, a pieniądze wydał na błahostki.
A ty jeszcze masz gdzie mieszkać? spytałam.
Po co? Masz duży kąt w Warszawie. odparł.
Zdziwiona, pytałam:
Sprzedałeś jedyne mieszkanie, żeby po prostu wydać pieniądze?
Łucjo, nie bądź taka nudna! Żyjmy po trochu! odpowiedział.
Długo myślałam, że przyczyną jest coś innego, ale w końcu zrozumiałam, że nie ma innej możliwości. Gdy pojawiły się Michał i Jan, Staszek w końcu znalazł pracę, choć krótko. Chłopcom nie minęło nawet dwa lata, a on znów szukał zatrudnienia, bo nigdzie nie był ceniony tak, jak tego chciał.
Z czasem przyszedł nasz piękny aniołek Bogna. Marzyłam o licznej rodzinie, ale po jej przyjściu zdałam sobie sprawę, że muszę działać, bo inaczej nasi dzieci będą głodować. Postanowiliśmy wynająć mieszkanie i przeprowadzić się na wieś, do domu, który dostałam od ciotki.
Staszek przyjął mój pomysł jak strzała:
No już nie! Jedź, jeśli chcesz. Ja i tak wolę miasto.
Rozgniewałam się tak, że aż dymiło:
Zostaniesz, ale nie w tym mieszkaniu! Jutro przyjeżdżają najemcy.
Co? Najemcy? zapytałaś.
To moja własność! odparł.
I tak odjechał na wieś. Pół roku szukał pracy w okolicy są gospodarstwa, tartaki, więc możliwości były. Nie trafiał jednak w dziesiątkę, a flirtować z dziewczynami zawsze potrafił.
Marzena, przyjaciółka i współpracowniczka, ciągle mówiła, że Staszek obgada się. Odpowiadałam:
Niech tak, może kiedyś mnie ucieszy.
Marzena kręciła głową:
Co ty, babo! Kto cię potrzebuje przy trójce dzieci?
Jednak wiedziałam, że bez Staszka będzie nam ciężej.
Nagle usłyszałam huk rozbijających się drzwi. Na progu stanął nieznajomy mężczyzna w płaszczu. Cicho zdjął kurtkę, usiadł przy stole, a ja wciąż szyć.
Nie rozumiem Przyszedłeś do domu? Chcesz mnie karmić? zapytałam.
Staszek, po co wziąłeś te pieniądze? wykrzyknął.
A już? To moje! odpowiedział, po czym zniknął, krzycząc: Będziesz żałować!
Po jego odejściu westchnęłam. Dzieci od lat nie widziały go, a on wciąż wyglądał młodo, jakby czas nie miał na niego wpływu. Spojrzałam na swoje ręce krótkie paznokcie, szorstka skóra. Szkoda było się w zimnej wodzie myć!
W wiejskiej pracy najwięcej zarabiałam przy dojeniu krów. Nie miałam doświadczenia z bydłem, ale nie miałam wyboru. Jedyną pasją pozostało malowanie. Zabrałam sztalugę do kuchni, a dzieci patrzyły, jak maluję. Położyłam płótno pod prześcieradło i poszłam spać.
Następnego ranka, wracając do domu, zobaczyłam dwa duże walizki w środku pokoju. Na kanapie siedziały dzieci, a przy stole stał Staszek. Gdy weszłam, wstał:
No i co? Teraz będziesz się grzebać w łokciach, a już tak późno. Dzieci bez ojca zostawiłaś z powodu swojego charakteru!
Z uśmiechem odpowiedziałam:
Czy naprawdę znalazła się głupia osoba gorsza ode mnie?
Staszek zarumienił się ze złości, chwycił walizki i pobiegł do wyjścia, ale zahaczył o starą deskę przy drzwiach tę, o której tyle razy go ostrzegałam. Nie udało mu się wyjść. Przestraszył się, a ja poczułam współczucie.
Świetlana podeszła do mnie:
Mamo, czy tata już nie wróci?
Raczej nie, kochanie.
Zastanowiła się, po czym spytała:
Czy już nikt nie będzie kradał moje cukierki?
Teraz już nie.
Czułam się, jakbym to ja, a nie Staszek, jadła cukierki Świętosława.
Następnego dnia dowiedziałam się, że Staszek wyjechał z wioski. Dobrze, powietrze będzie czystsze. Nie wiem, dokąd zmierza, ale to już nie mój problem.
Po tygodniu zaczęły się problemy z przekazami pieniędzy mieszkańcy nie przysyłają, dwa dni opóźnienia, a telefon nie działa. Muszę pojechać do miasta po wolny dzień. Przeglądałam grafik, gdy Michał krzyknął:
Mamo, patrz, ktoś się zepsuł przy naszej drodze.
Spojrzałam przez okno na mroźny podjazd. Obok stał samochód, a przy nim mężczyzna zamarznięty.
Co, nie działa car? zapytałam.
Nie, mamo, nie odpala. Obserwuję go pół godziny. Może zaprosimy go na herbatę?
Zgadza się, przywołałem go. Chłopak, lat trzydziestu pięć, oziębnięte wargi szepnął:
Dziękuję! Muszę się trochę ogrzać. Nazywam się Maksym.
Proszę, usiądź, napiję cię herbaty. Ja jestem Łucja
Maksym pił, a dzieci patrzyły z zainteresowaniem. Zapytał nieśmiało:
Czy wy tak młodzi macie jeszcze wszystko?
Tak, to nasze.
Rozmawialiśmy o wielkiej rodzinie, o marzeniach, a ja opowiadałam mu, że mój mąż odszedł. On nagle zadzwonił:
Co? To żart? Co mam robić? krzyknął w słuchawkę.
Zadzwoń po lawetę, ale burza nie pozwoli wyjechać dziś.
Nie martw się, postawię ci poduszkę. A twój mąż? dopytał.
Nie przyjdzie, uciekł.
Rano Maksym obudził się, gdy pod poduszką podsunęła mu się mała dziewczynka, Święta, z cukierkiem. Płakał ze wzruszenia, bo w takiej rodzinie cukierki mają ogromne znaczenie.
Po dwóch dniach przyjechał znajomy samochód. Młody chłopak, Mikołaj, zobaczył wszystko od razu:
Dziadek Maksym przyjechał!
Michał ucieszył się, bo wcześniej dogadał się z Maksymem, że przyniesie mu starą konsolę. Maksym przywiózł nie tylko konsolę, ale i dwa worki prezentów.
W domu spotkałem Łucję już nie samą była tam żona, która patrzyła na niego z ciekawością. Łucja już była ubrana, nie w robocze ciuchy.
Maksymie Przepraszam, nie mogę cię zaprosić na herbatę, Marzena się zajmie, bo spóźniam się na autobus.
Jedziesz do miasta? zapytałem.
Tak.
To herbata odpada. Zawożę cię.
Marzena popchnęła przyjaciółkę w bok. Po drodze Łucja szepnęła Maksymowi, po co jedzie do miasta. On odpowiedział:
Pojadę z wami. Trochę wsparcia się przyda.
Dziękuję, naprawdę. Ludzie są mili, ale
Łucjo, możemy mówić na ty!
Śmiała się i dodała:
A więc! Nie opowiadałaś, co robicie u nas.
Nie uwierzysz. Mam warsztat stolarski, mały, ale znany w naszym mieście. Wszystko z naturalnego drewna. Pojechałem zobaczyć działkę, którą nam zaproponowano.
Dojechaliśmy pod dom Łucji. Otworzyła drzwi, nie dzwoniąc. W przedpokoju leżały buty Staszka, trochę dalej damskie pantofle. Staszek, owinięty ręcznikiem, trzymał w ręku butelkę szampana.
Łucjo? Skąd jesteś?
Prawie upuścił butelkę.
Skąd? Gdzie mieszkańcy? Co robisz w moim mieszkaniu?
Mieszkańcy? Wyjechali, oczywiście. Muszę gdzieś zamieszkać!
A moje mieszkanie po co?
To i moje!
Co to za strach?
Przez dziesięć lat mieszkałem z tobą! Nie mam już własnego kąta!
Nie uwierzysz, ale tak!
Weszłam do pokoju. Z łóżka wyłoniła się młoda kobieta.
Stasiek! Kto to?
Podaję jej sukienkę.
Wyrzućcie mnie z mojego mieszkania! I Stasika!
Co? To mieszkanie Stasika! Stasiek? Oszukujesz mnie? krzyknęłam.
Kobieta szybko się ubrała i wybiegła. Staszek usiadł na kanapie.
Nie odejdę. Gdybyś chciała mnie przywrócić, powinnaś wymyślić coś ciekawszego. Myślisz, że nie rozumiem, że przyjechałam błagać? A kto to z tobą?
Staszek spojrzał surowo na Maksymiego. Ten uśmiechnął się:
Ochrona. Masz pięć minut na zebranie, potem przypomnę ci, że piętnaście lat boksu się nie zmarnowało.
Wyszedłam do kuchni, nie chcąc polegać na pomocy Maksymiego, ale nie miałam wyboru. Wkrótce drzwi wpadły. Maksym wszedł, rozmawiając przez telefon, i podpowiedział adres Łucji.
Trzeba poczekać. Przyjadą, zmienią zamki.
Dziękuję, Maksymie. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła. Los sam mnie po nas posłał!
Łucjo, mówiliśmy na ty, prawda?
Przepraszam
Po tych słowach spojrzał na mnie tak, że się zarumieniłam.
***
Minęły trzy lata. Marzena i ja piłyśmy herbatę.
No, przyjaciółko, miałeś szczęście Twój mąż roztrzaskał dom!
Tak Maksym wszystko robi dla nas.
To wspaniale!
Marzena odwróciła się, patrząc na portret naszych dzieci, który od lat malowałam.
Łucjo, możesz mnie namalować?
Marzono! Oczywiście! Mam teraz dużo wolnego czasu!
Marzena spojrzała na mnie zdziwiona.
Co? To
Tak Nie wiem, jak powiedzieć Maksymowi. Miną dwa miesiące
Nie zauważyła, że mąż właśnie wszedł do pokoju i słuchał wszystkiego. W jednej chwili silne ręce wyrwały ją z krzesła i zakręciły po całym domu.
Chcę chłopca! I dziewczynkę! W końcu będzie nasza wielka rodzina!



