Niezwykłe życie

NIEZWYKŁE ŻYCIE

Na weselu mojej przyjaciółki Zosi bawiliśmy się dwa dni z rozmachem, syto i wesoło. Pan młody prezentował się jak polski aktor z dawnych lat przystojny jak Piotr Fronczewski i nieprawdopodobnie skromny, biorąc pod uwagę jego wyjątkową urodę. Cała grupa gości przyglądała się po cichu Wojtkowi: błękitne oczy, zaskakująco długie i gęste czarne rzęsy (cholera, po co facetom takie przywileje? Natura, ech!), zdecydowany podbródek, nos jak z antycznych rzeźb i idealnie gładka lekko śniada cera. Rozmiar robił wrażenie niemal dwa metry wzrostu i szerokie, mocne ramiona. Gdybyśmy nie lubili Zosi, pokłócilibyśmy się przy stole o ten niecodzienny okaz. Wojtek był naprawdę fantastyczny.

Ty to masz szczęście, Zosiu, takiego przystojniaka złapałaś! zagadywałyśmy ją. Każda pokazywała jak najbardziej nieszczęśliwą i samotną twarz, na wypadek gdyby okazało się, że Wojtek ma równie pięknych kawalerskich kuzynów.

Dziewczyny, dajcie spokój! Wojtka pokochałam za prostotę. On pochodzi z małej wsi, wychowywał go dziadek, prowadzi gospodarstwo, złota rączka. Poznaliśmy się przypadkiem, gdy moi rodzice kupili działkę w jego miejscowości. Jest niezwykle wrażliwy, dobry i solidny. Gospodarstwo aż miło popatrzeć. Prawdziwy mężczyzna, dziewczyny! Ledwo go przekonałam do przeprowadzki do miasta, niejedną noc nad tym się nagimnastykowałam, haha.

Wojtek radził sobie świetnie zarówno w nowej rodzinie, jak i w pracy. W kilka lat nauczył się rozpoznawać dobre alkohole, perfumy, politykę, sztukę, podróże, indeks giełdowy WIG20, sport, a lokalny mazowiecki akcent zniknął zupełnie. Jeździł wygodnym samochodem, pożyczonym od teścia, i pracował na bardzo dobrym stanowisku tuż obok niego. Kto dał młodym mieszkanie nie powiem, sami się domyślcie.

W drugim roku małżeństwa Wojtek odkrył w sobie słabość do białych skarpetek. Chodził w nich wszędzie: po domu, w gościach bez kapci, zakładał do gumowych butów, stawał śmiało na brudnym próbnym podłogach. Miłość do tych białych dodatków garderoby Zosia nie podzielała, ale pokornie myła podłogi dwa razy dziennie i kupowała wybielacze. Tak powstała ksywka Skarpetka.

O tym, że Wojtek ma kochankę, Zosia dowiedziała się w ósmym miesiącu ciąży. Kochanka też była w zaawansowanej ciąży.
Skarpetka wyleciał z domu, został zwolniony i przeklęty, a jęki wyznań Zosi trwały przez cały dzień. Potem nastąpiły ciężkie, lepko-smutne dni jesieni. Zosia leżała bez ruchu na teraz ogromnym łóżku, patrząc w sufit suchymi oczami.

Popłaczę później. Teraz dziecku szkodzi.

Zosia, niczym Lenin na katafalku, zalegała na swoim głupim łóżku w milczeniu, a my jak wartownicy zmieniałyśmy się przy niej, żeby wspierać ją ciszą.

Chciało się płakać i drzeć życiowe kartki, wyrywać zdradliwe strony. Ale trzeba było milczeć i czekać.

Na wypisie ze szpitala była radosna wrzawa, pompowane balony, prośby do pielęgniarek o pozwolenie na kieliszek herbaty i wspólne wyjście w słońce, życząc wszystkim zdrowia i szczęścia. Świeżo upieczony dziadek, przebił wszystkich: na dzień przed wyjściem, rozczulony i obiecując sprzątać za pielęgniarkami, najpierw napisał ogromny, krzywy napis kredą pod oknami Zosi: Dziękuję za wnuka!, a potem próbował coś zaśpiewać, ale zatrzymała go ochrona. Ochroniarz uprzejmie zgodził się zapoznać z repertuarem szczęśliwego dziadka przy kieliszku w swojej dyżurce bez szkody dla porządku.

W dniu wypisu dziadek był rześki, świeży, zdaje się nawet błyszczał. Płakał z dumy i szczęścia, wzruszony do granic.
Płakaliśmy też wszyscy, śmialiśmy się, całowaliśmy Zosię, nieśmiało zaglądaliśmy w błękitny kocyk i milczeliśmy o ojcowskim greckim nosku u maleńkiego Igorka. Tylko Zosia, nawet w chwili radości, nie płakała:

Później. Może zaszkodzi mleku.

Zosia milczała z nami jeszcze dwa miesiące, potem postanowiła odwiedzić Wojtka. Bez zapałek i kwasu, ale z ogromną chęcią wrzasku i płaczu. Upomnieć, poobijać pięściami ściany, zawstydzić, obsztorcować i spróbować wyrzucić z siebie ból, który przypinał ją do łóżka, rozlać go na zdrajcę. Na niszczyciela jej nadziei i świata z synkiem, w którym widziała siebie dziergającą skarpetki dla ukochanych mężczyzn wieczorami, radośnie śmiejącego się Igorka, trzymającego ją z Wojtkiem za rękę podczas spacerów, i samego Wojtka takiego bliskiego i tak potrzebnego jej i dziecku.

A jeszcze Zosia chciała spojrzeć w oczy tej bezwstydnej kobiecie, która spała z cudzym mężem. Oczy pewnie będą zuchwałe i piękne. Właśnie w te oczy miała zamiar splunąć. Postanowione splunie. A jak będzie trzeba, to i podrapie.

Gdzie dokładnie iść na awanturę, Zosia dowiedziała się przypadkiem od rozmownych babć pod blokiem podczas spaceru z dzieckiem. Babcie zatrzymały Zosię, przypomniały, że Wojtek to łajdak i opisały trasę do gniazda kochanków oraz możliwe opcje zemsty. Zosia zaniemówiła wewnętrznie, chciała odejść bez usłyszenia numeru mieszkania, ale z jakiegoś powodu nie odeszła.

I oto stoi, Zosia, przed potrzebnym jej wejściem starego bloku, wystarczy wejść na piąte piętro tam może pluć lub krzyczeć.

Na pierwszym piętrze Zosia pomyślała, że przy jej obecnym szczęściu dom jest pewnie pusty i marnuje czas. Na drugim piętrze stwierdziła, że byłoby nawet dobrze, gdyby nikogo nie było. Na trzecim piętrze usłyszała rozdzierający dziecięcy płacz, dobiegający z piątego piętra.

Drzwi otworzyła chuda i zapłakana dziewczyna, której wygląd nie pasował Zosi do obrazu rywalki, co zwiodła jej męża.
Zosia z osłupieniem patrzyła na ocierającą nos konkurencję czterdzieści kilo rywalizacji. Dziecko płakało żałośnie gdzieś głębiej.

Dzień dobry, Zosiu. Wojtek od nas odszedł dwa tygodnie temu. Nie wiem, gdzie jest wyszeptała dziewczyna i usiadła na podłodze, płacząc.

Zosi odechciało się awantur. Chciała wejść do pokoju i uspokoić dziecko tej nierozgarniętej matki. Potem wbić zdanie: Kto chce się bujać, ten i sanie pcha, suko! O, trzeba wcisnąć suko, spojrzeć bardzo pogardliwie. Ma prawo, jako oszukana.

Niemowlę było już suche. Powieki napuchnięte, żyłka na czole, ochrypnięty głos. Bez wątpienia, dziecko było głodne. Chłopiec krzyczał ile się da, a jego dziwna, bezradna matka leżała w przedpokoju i wyła.

Jak otwierała puste szafki w poszukiwaniu mleka i bezskutecznie szukała w pustej lodówce, Zosia chyba zapamiętała na zawsze.
Jak znalazła na kuchennym stole karteczkę ze strasznym niedokończonym zdaniem Proszę w moim śm. z przerażeniem.

Dziewczyna na podłodze płakała konwulsyjnie, opowiadając Zosi, jak bliskiej przyjaciółce, że nie ma dokąd iść, że za parę dni musi się wynieść z tej wynajmowanej kawalerki. Że mleko przepadło, Wojtek zniknął, pieniędzy nie było. I że jej strasznie przykro. Że wstyd. Że już za późno. Że nie wiedziała. I prosi o wybaczenie. I można uderzyć, nawet trzeba. Chłopca zwać się Pawlik i niech Zosia to zapamięta na wszelki wypadek. Pawlik starszy od Igorka raptem o 9 dni.

Zosia wracała do domu ekspresowo za 20 minut Igorek będzie domagał się piersi. Uciekać nie było łatwo: dwie ciężkie siaty Kasi ciągnęły ręce, sama zasmarkana Kasia biegła obok, niosąc najedzonego Pawlika. Zosia biegła i myślała, gdzie postawić jeszcze dwa łóżka.

Po trzech latach bawiliśmy się na weselu Kasi, po czterech u Zosi. Mąż Zosi nie znosi białych skarpetek, uważa, że życie trzeba robić barwniejszym, kocha żonę, syna i dwie córki. Kasia mama czterech chłopaków, jej mąż ciągle ma nadzieję na córeczkę…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

7 − 3 =

Niezwykłe życie