Testament młodszego syna

Leczba młodszego synka

Ludmiła nie odrywała wzroku od szyldu Oddział. Litery rozmyły się przed jej oczami po długich godzinach oczekiwania, serce waliło jak szalone. Nieustannie trzymała w dłoniach ulubioną zabawkę małego Jasia czerwony plastikowy traktor z łyżką, który był prezentem od jej czteroletniego synka. Na początku Jaś marzył o niebieskim traktorze z kreskówki, ale z czasem przywiązał się do tego, co podarował mu ukochany tata.

Wreszcie zza zamglonych szyb wyłoniła się sylwetka mężczyzny, drzwi się otworzyły i w korytarzu pojawił zmęczony lekarz. Ludmiła podskoczyła i rzuciła się w jego stronę.

Doktorze, co się stało? Jak Jaś?

Lekarz z żalem pochylił głowę, zdejmując maskę.

Pani Ludmiło, bardzo mi przykro Zrobiliśmy, co mogliśmy

Ludmiła leżała zwinięta w kłębek na łóżku Jasia, poduszka wciąż pachniała jego małym ciałkiem. Na lustrze naprzeciwko wciąż widniał odcisk jego brudnej od ciastka dłoni. Jakże dobrze, że nie zetrzeła go jeszcze! Bo już nigdy nie zabrudzi go tak, nigdy nie położy zmęczonej główki na poduszce.

Po zmęczonej policzce spłynęła kolejna słona łza. Ból wypalił serce od środka. Zdrowe serce. To, czego nie miał Jaś, ich najmłodszy syn. Starszy brat, Mateusz, był już zdrowy i prawie samodzielny miał osiemnaście lat i studiował na uniwersytecie. A Jaś

Jej przypadkowa, późna radość zamieniła się w ogromny żal. Przez całą bezruchą badania wszystko wydawało się w porządku, dopóki przed narodzinami przypadkowo nie wykryto skomplikowaną wadę serca Przy radykalnej korekcji coś poszło nie tak i od tej chwili Jasia już nie było

Ludmiła zamknęła oczy, pogrążona w niepokojącym, niespokojnym śnie. Znowu, jak w każdy ostatni dzień, znalazła się na słonecznej łące usianej kwiatami o najróżniejszych kształtach i zapachach. W oddali stał jej Jaś, uśmiechnięty tym samym niezmiennym uśmiechem, w ulubionej koszuli z motywem maszynek. W rękach trzymał duży bukiet stokrotek.

Jaś! Synku! wykrzyknęła Ludmiła, lecz Jaś zdawał się jej nie słyszeć, zamyślony przekładał płatki stokrotek.

Ludmiła biegła po kwitnącym polu, rozkładając ramiona do przytulenia. Niezależnie od tego, jak biegła, Jaś nie zbliżał się. Wręcz przeciwnie oddalał się coraz bardziej. Krzyczała w rozpaczy, wyciągała ręce, lecz nie mogła go dosięgnąć. Nagle Jaś podniósł wzrok, uśmiechnął się i zniknął w powietrzu. Jedynie obłok płatków stokrotek powoli opadał na ziemię

Ludmiła dobiegła do miejsca, gdzie spadły płatki, i spojrzała pod nogi. Na zielonej trawie ułożone białe płatki tworzyły prostymi literami jakiś adres.

Obudziła się od telefonu. Na ekranie widniało imię: Mateusz.

Tak, synu odpowiedziała ochrypła Ludmiła.

Mamo, już jedźę, przygotuj coś!

Ludmiła szczerze się uśmiechnęła. Minęły prawie trzy miesiące od dnia, kiedy Jaś odszedł, a wciąż miał starszego syna! Czas wziąć się w garść i iść dalej.

Oczywiście, co chcesz? Naleśniki?

Super, mamo! Już w autobusie, zaraz!

Mateusz starał się przyjeżdżać w każdy weekend, by odciągnąć uwagę matki i ojca. Rozumiał ich ból, bo i jego serce rwie się przy myśli o młodszym braciszku. Lecz życie trwało, a oni musieli przetrwać żałobę razem. Tak właśnie działa rodzina.

Z trudem Ludmiła wstała i poszła do kuchni. Otworzyła lodówkę, przeszukała półki i odkryła, że nie ma mleka. Jej mąż, Witold, siedział przy stole i majstrował przy układzie scalonym w laptopie. Spojrzał na Ludmiłę i zapytał:

Czegoś potrzebujesz? Chcesz iść do sklepu?

Mateusz zadzwonił. Jedzie, prosi o naleśniki odpowiedziała spokojnie. Mleko się skończyło, ale sama pójdę, trochę się przewietrzę.

Witold podniósł zdziwiony okulary z nosa. Powoli się budzi! pomyślał.

Ludmiła powoli ubrała się i wyszła z domu. Łagodny wiosenny wiatr muskał twarz. Śpiewały ptaki, gałęzie drzew przybrały sałatowy odcień, gotowe wkrótce pokryć się młodą, soczystą zielenią. Natura budziła się po zimowym śnie. Ludmiła westchnęła: Ach, kiedy Jaś zobaczy moją piątą wiosnę!.

Potrząsnęła głową, odrzucając mroczne myśli, i ruszyła w stronę sklepu.

Z półki wzięła mleko, ulubione cukierki Mateusza, chleb i kurczaka, po czym skierowała się do kasy. Nagle zza regałów dobiegł znajomy śmiech, jakby dochodził z równoległego światu. W sercu Ludmiły zaciśnięło się z tęsknoty to był śmiech jej Jasia. Pobiegła w stronę dźwięku, lecz zobaczyła tylko znikającą za półkami małą figurkę dziecka. Wiedząc, że to niemożliwe, podążyła za nią, przewracając kartonowy plakat reklamowy jakiegoś promocji.

Po schyleniu, by podnieść plakat, zamarła: na białym tle czerwonymi literami widniał ten sam adres z jej snu.

Jaś, co chcesz mi powiedzieć? szepnęła Ludmiła.

Wróciła do domu, rozważając, że to nie przypadek. Jaś coś chce jej przekazać, ale co? Musi sprawdzić adres w internecie, lecz nie dziś. Dziś przyjedzie jej jedyny teraz syn, trzeba go przywitać godnie i utrzymać spokój.

Wieczór upłynął wyjątkowo ciepło i przyjemnie, Ludmiła nawet znajdowała siłę, by się uśmiechać, słuchając studenckich opowieści Mateusza. Ten z apetytem pochłaniał domowe jedzenie, a Ludmiła i Witold patrzyli na niego z czułością był ich jedynym dzieckiem, ich przesadzonym. W końcu wszyscy rozeszli się po pokojach, noc w pełni objęła ich dom.

Zmęczona intensywnym dniem, Ludmiła szybko zasnęła. Przebudziła się w środku nocy, słysząc ciche śpiewanie dochodzące z łazienki. Serce zabiło mocniej, oddech się przyspieszył: nie pomyliła nigdy głosu Jasia. Śpiewał swoją ulubioną piosenkę z kreskówki o niebieskim traktorze

Z trudem przełknęła ślinę, wstała z łóżka i podążyła w kierunku łazienki, starając się iść cicho, by nie spłoszyć Jasia. Otworzyła drzwi jak najdelikatniej, ale w łazience nikogo nie było. Łzy spłynęły po policzkach.

Po co się tego spodziewałam? Że Jaś znajdzie się w łazience? Jasia już nie ma! To tylko moje chore wyobrażenie! wściekła się na siebie Ludmiła.

Podeszła do umywalki, odkręciła wodę, by się odświeżyć i odzyskać równowagę. Dość już tego torturowania siebie! Dla Witolda, dla Mateusza! pomyślała, myjąc się. spojrzała w lustro: jej zmęczona twarz z bladym kolorem i workami pod oczami.

Z gniewu nałożyła pianę mydlaną na szybę, nie wiedząc po co. Gdy patrzyła, jak bąbelki spływają w dół, zaczęły przybierać kształt liter składających się z adresu Z tyłu poczuła chłodny podmuch. Usłyszała cichy, dziecięcy głos:

Czekam na ciebie, mamo

Dlaczego nie śpisz? podniósł się Witold z łóżka, rozbudzony światłem laptopa.

Ludmiła siedziała w fotelu, trzymając laptop na kolanach i wpatrywała się w ekran.

Witku, podejdź Jeśli poczujesz to, co ja, to nie jest tylko halucynacja

Witold, jęcząc, podszedł do żony. Jego serce przyspieszyło, gdy spojrzał na zdjęcie małego chłopca, około czterech lat. Nad zdjęciem widniał napis: Eryk, 4 lata. Eryk stracił rodziców w wypadku trzy lata temu, wychowywał się u babci, a po jej śmierci trafił do domu dziecka.

Ten adres prześladuje mnie od kilku dni wyjaśniła Ludmiła przesyła go mi nasz Jaś

Opowiedziała mężowi o dzisiejszym śnie, incydencie w sklepie i w łazience. Po krótkich namysłach Witold powiedział stanowczo:

Jedziemy

Katarzyna Aleksandrowna, dyrektor domu dziecka, prowadzila Ludmiłę i Witolda długim, jasnym korytarzem placówki, nieustannie odwracając się i tłumacząc sytuację.

Kiedy Eryk trafił do nas, myśleliśmy, że to na krótko. To chłopiec zorganizowany, rozwinięty, wychowany w dobrej rodzinie, choć pod opieką babci. Trzy razy próbowano go adoptować, ale przy widoku potencjalnych rodziców zamykał się w sobie. Nie wiem, jak jest w innych domach, ale nie mogę zmuszać dziecka do miejsca, którego nie chce. Mówi, że przyjdą jego mama i tata i go rozpozna. Ostatnie trzy miesiące ma wyimaginowanego przyjaciela, którego nazywa Jaś. Niedawno Jaś powiedział mu, że mama i tata wkrótce przyjadą.

Ludmiła i Witold spojrzeli po sobie. Czy ich zmarły syn postanowił pomóc nieszczęśliwemu sierotowi?

Nie wiem, proszę, poznajcie go. Może roztopicie jego serce podsumowała Katarzyna, otwierając drzwi do sali zabaw.

Ludmiła od razu go rozpoznała. Chudy chłopiec siedział wśród innych dzieci, układając wieżę z klocków i nucąc ulubioną piosenkę Jasia Eryk odwrócił się, rzucił klocki, podskoczył i wybiegł ku Ludmiły i Witoldowi krzycząc:

Mamo, tato! Wiedziałam, że przyjdziecie!

Przyspieszenie adopcji ułatwiła sama Katarzyna. Była szczerze szczęśliwa, że Eryk w końcu otworzył się na rodzinę Ludmiły i Witolda. Gdy dowiedziała się o śmierci ich syna, jeszcze bardziej się wzruszyła. Po miesiącu Ludmiła, Witold i Mateusz przyjechali po Eryka, by zabrać go na stałe. Tuż przed wyjściem chłopiec wyciągnął rękę, złapał się za Ludmiły i rzekł:

Mamo, poczekaj! spojrzał w dal, na koniec korytarza. Tam Jaś, chce się z nami pożegnać!

Serce Ludmiły znów zaciśnęło się w smutku, ale tym razem był to jasny smutek, z pełnym zrozumieniem, że nie można nic zmienić, lecz trzeba żyć dalej. Teraz jej los zależał od małego Eryka, który wpuścił ich z Witoldem w swoje kruche, wrażliwe serce. Nigdy nie zapomni Jasia, zawsze go będzie kochać, ale teraz ma jeszcze jednego człowieka, dla którego musi być silna.

Eryk pobiegł na koniec korytarza, pod okno, zatrzymał się chwilę, odwrócił i wrócił do swojej mamy, taty i starszego brata. Za oknem, z nikąd, wzbił się biały gołąb, rozpostarł skrzydła nad budynkiem, zakręcił się nad głowami Eryka, Ludmiły, Witolda i Mateusza i odleciał w niebo, rozpuszczając się w chmurach.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

3 − 1 =

Testament młodszego syna