Panie, czy naprawdę się pan zgadza? usłyszałem w słuchawce cichy, błagalny głos męski.
Dobrze, spróbujmy odpowiedziałem z lekkim uśmiechem.
Miałem dwadzieścia lat i studiowałem historię na Uniwersytecie Warszawskim, szukając dodatkowej pracy. Pewnego dnia w Gazecie Wyborczej natknąłem się na ogłoszenie: Niewidomy wykładowca historii poszukuje pomocnicy. Serce zabiło mi współczuciem, więc od razu zadzwoniłem.
Następnego poranka stałem przed drzwiami małego mieszkania przy ul. Jana Pawła II. Niepewnie zapukałem. Drzwi otworzyły się powoli, a przede mną stanął mężczyzna w średnim wieku, uśmiechający się niepewnie.
Proszę wejść, młoda damo. Jak się pan nazywa? odezwał się niewidomy z nutą podniecenia.
Jadwiga odpowiedziałam, lekko się rumieniąc.
Wojciech Bogdan przedstawił się mężczyzna.
Potrzebuję pani pomocy, Jadwigo. Te perfumy, które nosi pani, są po prostu oszałamiające. powiedział, wciągając zapach. Wykładam historię na Uniwersytecie i potrzebuję, żeby wieczorami odczytywała mi notatki. Ja będę je zapamiętywał. Zajęcia mam trzy razy w tygodniu. Co powiesz? dodał, a w jego głosie zabrzmiało nieco poddanie.
Mieszkanie wyglądało jak pościelona tablica: czyste, uporządkowane, bez zbędnych rzeczy. Wojciech miał niecałe czterdzieści lat, był przystojny, zadbany i nieodparcie przyciągający.
Zaczynamy, Wojciechu odparłam, nie mogąc się już doczekać pracy.
Mijały miesiące wrzesień, luty, maj. Przyszedły przerwy semestralne. Wojciech zwolnił mnie do września przyszłego roku. Z radością pojechałam nad Bałtyk, do Sopotu. Po tygodniu całkiem zapomniałam o swoim niewidomym pracodawcy, poznałam chłopaka, z którym zamierzałam się ożenić. Ustalono datę ślubu.
Pod koniec sierpnia zadzwonił Wojciech:
Jadwigo, przyjdź jutro.
Nie mogę, wychodzę za mąż, przygotowuję się do wesela odpowiedziałam radośnie.
Za mąż? Tak szybko? Myślę, że się pośpieszyłaś w jego głosie zabrzmiało rozczarowanie. Proszę, przyjdź! nalegał.
Dobrze, wpadnę zgodziłam się niechętnie.
Następnego dnia, gdy lato powoli ustępowało, Wojciech przywitał mnie w przedpokoju, zapraszając do środka.
Twoje perfumy są jak narkotyk, Jadwigo. Proszę, wejdź powiedział, otwierając drzwi.
Mój narzeczony też je uwielbia zauważyłam, nieświadomie.
Czy moglibyśmy jeszcze jeden rok współpracować? Bez ciebie nie dam rady poprosił z pewną łzawą nutą.
No to zaczynamy odparłam stanowczo.
Im częściej spotykałam się z Wojciechem, tym mniej myślałam o ślubie. Wkrótce zrezygnowałam z wniosku do urzędu stanu cywilnego i poinformowałam narzeczonego, że nie idzie do niej. Przecież panna nie jest żoną, może wrócić do bycia kawalerem
Z czasem przeszliśmy na ty. Gdy czytałam mu notatki, trzymał mnie delikatnie za rękę. Wojciech zamykał oczy, jakby widział mnie w ciemności, i wciągał zapach moich perfum. Było nam razem przytulnie i spokojnie.
Pewnego zimowego wieczoru, kiedy zmarzłam i poprosiłam o gorącą herbatę, Wojciech usiadł mnie w swoim fotelu, owinął nogi kocem i powiedział:
Poczekaj chwilę, Jadwigo.
Poszedł do kuchni, wrócił z tacy, na której leżały kawałki pomarańczy i mały kieliszek koniaku.
Spróbuj, od razu się rozgrzejesz zachęcił.
Szybko wypiłam, patrząc na niego. Chciałam go przytulić, poczuć, że jestem potrzebna. Gdy kieliszek opróżnił się, podszedł bliżej, pocałował mnie namiętnie i objął:
Zostań ze mną. Dam ci cały świat. Nie śmiej się.
Nie śmieję się, Wojciechu. Jesteś taki czuły! Moja głowa wirowała, ale przy tobie czułem się bezpiecznie odpowiedziałem, uśmiechając się.
Wojciech szeptał, dotykając mnie palcami:
Niewidomy słyszy wszystko, głuchy widzi wszystko.
Następnego ranka przyszła matka Wojciecha, pani Elżbieta, która zawsze rano przychodziła z jedzeniem i sprzątała. Gdy zobaczyła mnie w łóżku, nie wyraziła zdziwienia.
Dzień dobry, mamo. A my z Jadwigą jeszcze się spoczywamy powiedział z uśmiechem.
Niech tak. Zaraz przygotuję wam śniadanie odpowiedziała, idąc do kuchni.
Elżbieto, w nocy wspięłam się na niebo. Czy to możliwe? zdziwiłam się.
Jadwigo, boję się przyzwyczaić się do ciebie. Rozumiem, że nie jesteś moją rozmyślał Wojciech.
Śniadanie gotowe, dzieciaki! zawołała z kuchni.
Jedliśmy kawę, kanapki i się śmialiśmy.
Dziękuję, mamo. Dziś mam wykład. Do zobaczenia, Jadwigo odszedł Wojciech do swojego ulubionego fotela.
Gdy zamknęła drzwi, matka szepnęła mi:
Jadwigo, mój syn naprawdę się w tobie zakochał. Wniosłaś światło w jego życie, nie chcę, by kiedyś poczuł piekło. Mówią: ślepego nie bierze się za wóz. Proszę, nie burz mu serca. Masz własne widzące życie. Każdemu ślepemu wydaje się, że w końcu zobaczy. Nie obciążaj mnie swoimi smutkami. Nie wracaj już, Jadwigo. Ja coś wymyślę, żeby pocieszyć mojego syna.
Stałam w zamieszaniu, nie wiedząc, co zrobić. Wiedziałam, że to chwilowe, że nie damy sobie rady na stałe, że nie zaprosił mnie na ślub. Ale nie mogłam po prostu go zostawić. Zakochałam się w nim całym sercem.
Zaczęłam odwiedzać Wojciecha wtedy, kiedy jego matka nie była w domu. Nie chciałam ich spotykać, nie chciałam patrzeć im w oczy.
Rok minął. Nasza relacja stała się jeszcze mocniejsza, niewidomy mężczyzna dawał mi światło. Rozgłaszałem wszystkim znajomym, że biorę ślub z niewidomym. Pewnego dnia jednak Wojciech powiedział:
Jadwigo, nie powinniśmy już się spotykać. Odrzucam cię. Idź.
Serce pękło mi na kawałki. Miłość roztrzaskana, łzy, histerie, bezsilność. Myślałem, że nie wytrzymam rozstania. Wojciech nie widział, nie słyszał tego koszmaru.
Dwa razy już byłem żonaty. Była namiętność, miłość, dramaty. Żaden mężczyzna nie dorównał Wojciechowi.



