Moja córka jest w podstawówce i zainteresowała się przedmiotem WOS, który wykłada historyk. Na lekcjach WOS-u uczą się dużo z prawa, więc teraz na wszystko ma odpowiedź: „W Konstytucji jest napisane…”, a potem każda prawdziwa lub nieprawdziwa informacja może przejść.
A ostatnio zaczęła nam grozić. Mówi o swoich prawach jako dziecka, a gdy tylko ja lub mój mąż powiemy, że nie pójdzie gdzieś z koleżankami, zabierzemy jej telefon za złe zachowanie lub dostanie klapsa, zaczyna krzyczeć, że zgłosi to na policję i doniesie o znęcaniu się nad nią i naruszaniu jej praw. Grozi, że wymyśli coś, co sprawi, że zostaną nam odebrane prawa rodzicielskie.
W takim przypadku pytam, czy wie, dokąd ją zabiorą. Do domu dziecka, gdzie nie będzie miała szansy spotkać się z przyjaciółmi, kupić nowego telefonu ani nikomu grozić. Ale to nie przeraża mojej córki, która czasem w przypływie złości mówi, że sama pójdzie do sierocińca.
Nie uważam, że jestem złym rodzicem. Robię wszystko dla mojej córki, ale czasami jej zachowanie pozostawia wiele do życzenia i nie sposób jej nie ukarać. To ona nam mówi, jak mamy żyć, a w tym wieku przecież dziecko potrzebuje największej dyscypliny.
Nawiasem mówiąc, takie odwołania do „praw dziecka” nie są jedynie w naszej rodzinie. Syn mojej siostry też nieustannie udowadnia jej, że choć jest dzieckiem, ma prawo gdzieś pojechać czy dostać długo oczekiwany zakup. Czy jest to jakiś etap w dzieciństwie, kiedy dzieci postrzegają wszystko jako naruszenie ich praw, czy co?



