Wczesna śmierć 💡

Wiesz, co się stało tej nocy, kiedy Kacper, po tym jak wypił już trochę, szwankował po nocnym Warszawie. Nie miał pojęcia, dokąd się zmierza miasto było jego, a nogi same wiodły go do domu. Myślał głośno, jakby rozmawiał sam ze sobą.

Czemu, czemu mam takie życie? Mam dwadzieścia siedem lat, koledzy już mają dzieci w szkole, a ja co miesiąc tracę dziewczyny Nie jestem twardy? Może trochę. Tak trzeba być, pomyślał Kacper i uśmiechnął się. Jedyną rzeczą, którą udało mi się zbudować, jest biznes. Milionerem jeszcze nie zostanę, ale wystarczy mi na wygodne życie.

Nagle zatrzymał się, chwycił się za głowę, a łzy zaczęły płynąć z oczu.

Oddałem fortunę temu lekarzowi, a on mówi: Nic nie mogę zrobić. Idź do tego warszawskiego guru, ale nie wierzę, że pomoże. I tak postanowiłem, że jutro pojeżdżam do tego mędrca.

Stanął przy moście, spojrzał w ciemną taflę Wisły.

Skoczyć? Rzeka jest głęboka, wszystko zniknie Nie, nie będę tonąć. Jest zimno, a Sokrates (mój kot) nie ma co jeść. Wrócę do domu.

Kiedy już szedł po moście, zobaczył pośrodku kobietę, młodą, z plecakiem na piersi, w którym był mały chłopczyk. Stała i patrzyła w wodę, po czym podbiegła do balustrady, rozłożyła ręce i Kacper ruszył do niej jak szalony. Złapał ją za talię, przyciągnął do siebie i razem spadli na szary bruk. Dziecko zaczęło płakać.

Co ty, głupia? krzyknął Kacper, nagle trzeźwiejąc.
Czego chcesz? Dlaczego wtrącasz się w sprawy, o które nie prosisz? wykrzyknęła, łkając.
Wydawało mi się, że przyjdzie ci pożegnanie, skinął w stronę płaczącego chłopca. A on tym bardziej. Wstań i wróć do męża albo matki! Kto cię tam czeka?
Nie mam domu, męża, matki. Nie mam nikogo! odpowiedziała, drżąc.
No i wpadłaś mi w drogę położył ją i dziecko na nogi. Chodźmy.
Nie idę z tobą. Może jesteś maniakiem! odparła.
Tonąć można zawsze, proszę! A z maniakiem? Straszne? popchnął ją lekko za rękę. Chodźmy!

Tak szli po nocnym mieście, a mały płacz w tle nie dawał Kacprowi spokoju. W końcu nie wytrzymał:

Dlaczego on ciągle płacze?
Głodny? spytała kobieta, przyciskając dziecko do siebie.
Daj mu mleka.
Nie mam mleka, nie mam pieniędzy.
I mózgu też nie mam, mruknął Kacper, wskazując na nocny sklep spożywczy. Chodźmy, kupimy mleko.

Kasjer i ochroniarz spojrzeli na nich podejrzliwie, ale Kacper chwycił koszyk i skinął w stronę kobiety:

Idźmy, odwrócił się do kasjera. Gdzie jest mleko?
Tam, wskazała palcem.

Stoją przy ladzie.

Weź, ile potrzebujesz! rozkazał Kacper.
To jedno opakowanie, wybrała.
Więcej, tyle ile chcesz! poczekał, aż położyła paczkę do koszyka. Co jeszcze?
Pieluchy.
Pieluchy? Co to?
Leżą tam, uśmiechnęła się.
Bierz!
A chusteczki nawilżane?
Proszę.

Podszedł do kasy, włożył kartę.

Przyjmujemy tylko gotówkę, odparł kasjer.

Wyciągnął z kieszeni pogniecioną paczkę dwutysięcznych złotówek i podał jedną.

Nie ma reszty, usłyszał.
Daj mi resztę na czekoladę, odparł zirytowany Kacper, wskazując na jedną sztukę.

Weszli do mieszkania. Kobieta spojrzała zaskoczona, a gospodarzem, już w kapciach, podbiegł do lodówki, wyciągnął rybę i rzucił ją przyszedłemu kotu, po czym nalał sok i napili się łapczywie. Po napiciu podszedł do gościa:

Będziesz spać w tym pokoju, wskazał na drzwi. Kuchnia, łazienka, wanna. Idę spać.

Poszedł do innego pokoju, zatrzymał się i odwrócił:

Jak masz na imię?
Zosia.

Wyglądasz na nie takiego maniaka! weszła do kuchni, włączyła gaz i postawiła czajnik. Ojej, głupia! Prawie się utopiłam! Gdyby nie ten szaleniec, co byśmy z Rusławem robili na dworze w zimę? Zamarzlibyśmy. Jutro i tak mnie wyrzuci. Dobrze, przynajmniej dziś będziemy ciepło.

Czajnik zaparował. Zosia pobiegła do pokoju, położyła płaczącego chłopca na łóżko, wyciągnęła z plecaka małą butelkę i wróciła do kuchni. Umyła się, nalała mleka, rozcieńczyła je wodą. Maluch wypił wszystko z apetytem i zasnął. Przetrzeć go chusteczką i założyła pieluchę.

Poszła do toalety, umyła ręce, wróciła do kuchni. Nagle przypomniała sobie, że nie jadła od dawna. Otworzyła lodówkę, ręka sama sięgnęła po plasterek wędzonej kiełbasy i włożyła go do buzi. Gryząc, odciął kawałek bułki, kiełbasy i sera. Kiedy w końcu najadła się, poczuła, że zachowała się nieco nieelegancko. Machnęła ręką, położyła się na łóżku obok synka i od razu zasnęła.

Rano, wstając kilka razy w nocy, karmiła chłopca ma już osiem miesięcy i ciągle głodny. Słyszała, jak właściciel mieszkania wstaje w nocy. Sam wstał.

Czas, wyszeptała, żeby nie obudzić malucha. Dobre chwile nie trwają wiecznie.

Mężczyzna coś gotował na patelni. Szybko się umyła i weszła do kuchni.

Siadaj! skinął na krzesło. Zaraz zrobię jajecznicę.
Lepiej ty usiądź! odsunęła go od kuchenki.

Wyciągnęła świeży koper, drobno posiekowała i posypała jajecznicę. Dokładnie umyła szklanki, nalała kawę. On cały czas rozmawiał przez telefon, rozkazywał, kłócił się z kimś. Zosia czuła, że mężczyzna jej kompletnie nie zauważa. Zjadł, wypił kawę i wstał.

Zosia, napięta, czekała:

Zaraz cię wyrzucią!

Zosiu, słuchaj! Jadę na tydzień do Krakowa. Najważniejsze, dokarm kota, ma na imię Sokrates. Nie karm go tym Whiskas! Tylko świeża ryba, mięso. Nie wchodź do mojego gabinetu! W pozostałych pokojach rób, co chcesz.

Z nagłego krzyku dziecka w sypialni, Zosia podskoczyła z krzesła, patrząc pytająco na mężczyznę.

Idź! skinął.

Po pięciu minutach wróciła z dzieckiem na rękach. Na stole leżało kilka dwutysięcznych złotówek:

Myślę, że na tydzień starczy, wskazał na pieniądze. Idę.

Zrobił krok w stronę drzwi, a mały wyciągnął ręce i wyszeptał coś w stylu papa. Kacper poczuł dziwny ukłucie w sercu. Nie był ojcem i nigdy nim nie będzie.

Zosiu, mogę go wziąć na ręce? zapytał nieświadomie.
Weź! podała dziecko, na jej twarzy pojawił się uśmiech. Nigdy nie trzymałeś dziecka?
Tak trzeba!

Maluch wydawał radosne dźwięki i machał rączkami. Kacper patrzył na to z zachwytem.

Nigdy nie będę miał syna, przygniótł się, oddał dziecko matce i odszedł.

Wracając do swojego mieszkania, myślał o słowach warszawskiego guru, że nie będzie miał dzieci. Był w złym humorze:

Po co mi tyle pieniędzy, czterypokojowe mieszkanie, duży samochód? Facet ma zarabiać na rodzinę. W moim mieszkaniu ciągle bałagan, a w samochodzie siedzi siedmiu ludzi.

Z wejściem do swojego mieszkania, wszystko lśniło czystością, a na twarzy kobiety grał wstydliwy uśmiech.

Papa! przed oczami przelatywały małe rączki.

Torba z rzeczami upadła na podłogę, a ręce same sięgnęły po malucha

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dziewiętnaście + siedem =

Wczesna śmierć 💡