Wcześnie przychodzi śmierć 💡

Ranny wpis, 27tego lat

Idę nocą po ulicach Łodzi, szuranek po butelce wódki wciąż czuję w żuchwie. Nie zastanawiam się, gdzie się zagubiłem miasto jest mój dom, nogi same wiedzą, dokąd mnie zaprowadzą. Myślę głośno, jakby to mogło mnie wybawić:

Czemu tak mnie spotkało? Mam dwadzieścia siedem lat, koledzy już z dziećmi w szkole, a wszystkie dziewczyny odchodzą po miesiącu, co najwyżej w najlepszym wypadku. Czy to surowe? Nie, nie jestem surowy choć trochę. Taki facet powinien być, pomyślałem i uśmiechnąłem się do siebie. Jedno mi się udało biznes. Do miliona jeszcze daleko, ale na przyzwoite życie starczy.

Nagle zatrzymałem się, dłonie zaciskają się na skroniach, łzy spływają po policzkach:

Wydałem fortunę temu lekarzowi, a on tylko: Nic nie mogę zrobić. Skontaktuj się z jednym z warszawskich specjalistów, ale i on nie pomoże. Jutro pojadę do tego lekarza.

Stoję przy moście, patrzę na czarną taflę Wisły:

Zanurzyć się, co? Rzeka jest głęboka, wszystko się w niej topi powtarzam, patrząc jeszcze raz. Nie, nie zamierzam tonąć. Jest zimno, a Sokrates nie ma co jeść. Wrócę do domu.

Kiedy już ruszam wzdłuż mostu, dostrzegam pośrodku kobietę w dwudziestu lat, z plecakiem na piersi, w którym widać małe dziecko. Stoi i wpatruje się w wodę, po czym wspina się na barierkę, wyciąga ręce i podbiegam do niej. Łapię ją za talię, przyciskam przy sobie i razem upadam na kamienną nawierzchnię. Dziecko płacze.

Co ty, głupia? krzyknąc, nagle klarownie, jak po trzech kieliszkach wódki.
Czego chcesz? Czemu wchodzisz, gdzie nie proszą? wydała się wściekła.
Wydawało mi się, że masz przeżyć wczesną śmierć, wskazałem na płaczącego malucha. A on jeszcze bardziej. Wstań i idź do męża albo matki! Kto tam jest?
Nie mam domu, nie mam męża, nie mam matki. Nikt mnie nie ma!
To jeszcze mnie dodałaś do mojego życia położyłem ją i dziecko na nogi. Idźmy.
Nie pójdę z tobą. Może jesteś maniakiem!
Tonąć można o każdej porze, proszę! A z maniakiem? pociągnąłem ją za rękę. Chodź!

Tak szliśmy po nocnym mieście, z płaczącym dzieckiem w ramionach. W końcu nie wytrzymałem:

Dlaczego on ciągle płacze?
Czy chce jeść? zapytała kobieta, przyciskając dziecko do siebie.
Daj mu mleka.
Nie mam mleka, nie mam pieniędzy.
I rozumu nie mam mruknąłem, spoglądając na nocny market. Idźmy, kupimy mleko.

W marketu przy ladzie patrzyły na nas podejrzane twarze. Zdecydowanie wziąłem koszyk i przyłożyłem rękę do pani przy kasie:

Gdzie jest mleko?
Tam wskazała palcem.

Podszedłem do wystawy.

Weź, ile potrzebujesz! kazałem.
To jedno opakowanie powiedziała, chwytając woreczek.

Weź więcej, ile chcesz poczekałem, aż włożyła produkty do koszyka. Co jeszcze?
Pieluchy.
Pieluchy? zapytałem.
Są tam, po drugiej stronie uśmiechnęła się.

Weź!
Czy mogę jeszcze dostać chusteczki nawilżane?
Proszę.

Podszedłem do kasy, wyciągnąłem kartę.

Przyjmujemy tylko gotówkę ogłosił kasjer.

Wyciągnąłem z kieszeni zmięte banknoty dwutysięczne złotówki, podałem jeden.

Nie ma reszty usłyszałem.

Dajcie resztę na czekoladę papluniłem, wskazując na półkę.

Wszedłem do mieszkania właściciela. Kobieta spojrzała zdziwiona, a mężczyzna zdjął buty i pobiegł do lodówki, wyrzucił rybę kotu, po czym nalał sok i wypił go z zapałem. Po przełknięciu podszedł do gościa:

Będziesz spał w tym pokoju wskazał na drzwi. Kuchnia, łazienka, toaleta. Idę spać.

Skręcił się, zatrzymał i zapytał:

Jak masz na imię?
Zuzanna.

Chyba nie jesteś maniakiem! weszła do kuchni, włączyła płytę gazową i postawiła czajnik. Och, co za głupota! Ledwo nie utopiłam się! Gdyby nie ten szaleniec, Ruslan i ja zamarzlibyśmy na ulicy. Jutro go wyproszę. Przynajmniej dziś będziemy w cieple.

Zagotował czajnik, pobiegła do wskazanego pokoju, położyła płaczące dziecko na łóżeczku, wyciągnęła z plecaka małą butelkę i wróciła do kuchni. Umyła butelkę, nalała mleka, rozcieńczyła wodą.

Maluszek wypił wszystko z apetytem i zasnął. Przetrzeć go chusteczką, założyła pieluchę i położyła obok siebie. Po krótkim wejrzeniu do toalety, umyła się, wróciła do kuchni, a kiedy przypomniała sobie, że nie jadła od rana, otworzyła lodówkę. Ręka sama sięgnęła po kawałek wędzonej kiełbasy, włożyła do ust, odgryzła plaster bułki, trochę sera. Gdy głód ustąpił, poczuła się nieco nieprzyzwoicie, machnęła ręką i położyła się obok synka, szybko zasypiając.

Rankiem, po kilku nocnych pobudkach, karmiłam małego, mu osiem miesięcy i ciągle chce jeść. Słyszałam, jak właściciel wstaje przy kuchni. Teraz sam wstał.

Czas, szepnę, by nie obudzić dziecka. Dobre rzeczy nie trwają wiecznie.

On coś robi przy kuchence. Szybko umyłam ręce i podeszłam.

Siadaj! skinął, zapraszając na krzesło. Zaraz zrobię jajecznicę.
Lepiej ty usiądź! odsunęłam go od płyty.

Zaczęłam siekać koper, posypałam nim jajka, przyjrzałam się szklankom, dokładnie je wyprałam, przyrządziłam kawę. On rozmawiał przez telefon, rozkazywał, kłócił się z kimś. Nie zwracał na mnie uwagi. Zjadł, wypił kawę, wstał.

Czułam napięcie, czekając na dalszy ciąg:

Zaraz zostaniesz wyrzucony! pomyślałam.

Zuzanno, posłuchaj! Jadę na tydzień do Warszawy. Najważniejsze, nakarm kota, ma na imię Sokrat. Nie dawaj mu żadnych Wiskot. Niech je świeżą rybę, mięso. Nie wchodź do mojego gabinetu! W pozostałe pokoje możesz wchodzić, co chcesz.

Z pokoju dobiegł płacz. Zuzanna podskoczyła z krzesła, spojrzała na niego pytająco.

Idź! skinął głową.

Po kilku minutach wróciła z dzieckiem w ramionach. Na stole leżały dwutysięczne banknoty:

Myślę, że na tydzień starczy pokazał na pieniądze. Idę.

Zrobił krok w stronę drzwi, a maluch wyciągnął rączki i wywarł coś brzmiącego jak papa. Kacper poczuł dziwny ucisk w sercu. Nigdy nie będzie ojcem.

Zuzanno, mogę go wziąć na ręce? zapytał nieśmiało.
Proszę! podała dziecko, na twarzy pojawił się uśmiech. Nigdy nie trzymałeś małego w dłoniach?
Tak trzeba!

Dziecko radośnie machało rękami, a Kacper patrzył na to z zachwytem.

Nie będę miał własnego syna mruknął, oddając dziecko matce i odchodząc.

Wróciłem do domu. Ten warszawski gwiazdor powiedział, że nie będę miał dzieci. Nastrój przygnębiający:

Po co mi tyle pieniędzy, czteropokojowe mieszkanie, Skoda Octavia? Mężczyzna ma zarabiać dla rodziny. W mieszkaniu wciąż brud, a w Skodzie siedem miejsc.

Z szarym wyrazem twarzy wszedłem do swojego mieszkania Wokół idealna czystość, na twarzy żona z przeprosinowym uśmiechem.

Papa! przed oczami przelotnie ukazały się małe rączki.

Torba upadła na podłogę, a ręce same podniosły się ku dziecku

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

sześć + osiemnaście =

Wcześnie przychodzi śmierć 💡