Nie tylko sąsiedzi
W małej polskiej wsi, gdzie latem ulice tonęły w zieleni, a jesienią złociły się liśćmi, mieszkały obok siebie dwie rodziny. Od zawsze trzymali się razem, pomagali sobie nawzajem. Ich dzieci dorosły i wyjechały do Warszawy.
Pewnego dnia Staś, jeden z sąsiadów, stracił żonę. Jeszcze o świcie, gdy świt dopiero różowił niebo, pobiegł do sąsiadów Stefana i Zofii, i zapukał mocno w okno.
– Co się stało? wybiegł na ganek rozespany Stefan, za nim Zofia w szalu na ramionach.
– Moja Katarzyna łkał Staś, siadając na schodkach. Była jesień, powietrze było wilgotne i zimne.
– Co z Kasią? dopytywał się Stefan. Trzeba dzwonić po karetkę?
– Nie trzeba moja Kasiunia odeszła powiedział zasmucony Staś.
Sąsiedzi nie zostawili go samego, dopóki nie przyjechał jego syn z żoną z Warszawy. Zosia podawała mu relanium na uspokojenie. Po pogrzebie Katarzyny także starali się, by Staś nie został sam zapraszali go na obiady, kolacje, Stefan grywał z nim wieczorami w szachy.
Mijały miesiące. Staś pogodził się z losem, nauczył się sam gotować, prać i sprzątać. Syn z rodziną wpadał czasem z wizytą.
Któregoś sierpniowego wieczoru Staś siedział u Stefana na podwórku cicho rozmawiali, przestawiali szachowe pionki. Nagle Stefan osunął się na bok, Staś z trudem zdążył go podtrzymać.
– Stefan, co jest? potrząsał nim lekko, a ten nie reagował. Zosiu! zawołał, akurat wychodziła zza rogu domu z miską pełną świeżych ogórków.
Gdy zobaczyła, co się dzieje, miska upadła na ziemię pobiegła do męża, ale Stefan już nie dawał oznak życia. Lekarz przyjechał za chwilę: zawał serca.
– Jak to możliwe płakała Zofia, przecież nigdy nie narzekał na serce
Tym razem Staś pomagał Zofii. Przyjechali jej dzieci, z daleka, razem pochowali Stefana. Gdy wszyscy wyjechali, Zofia zrozumiała, czym jest dzwoniąca cisza i prawdziwa samotność. W dzień Staś wpadał i jej pomagał, nocy były najtrudniejsze rozmyślała, nie mogąc zasnąć.
Czas leczył rany. Zofia wracała do siebie, dzieci i wnuki przyjeżdżały. Oboje z Stasiem byli już dawno na emeryturze pomagali sobie nawzajem. Staś przez całe życie uczył historii starsze klasy w szkole, Zofia była bibliotekarką w wiejskiej bibliotece.
Życie płynęło dalej. Przyszła jesień. Każdego poranka Staś wychodził z miotłą, zamiatał opadłe klonowe liście z podwórka, potem wychodził przed furtkę i sprzątał chodnik do domu Zofii. Wiatr zaraz przynosił nowe liście, wtedy Staś wchodził do niej przez furtkę i zamiatał też jej trawnik. Tam jednak liści było o wiele mniej.
Zofia przyglądała mu się z okna z uśmiechem.
– Stasiu, a ileż można tak zamiatać? zawołała przez otwarte okno. Cała wieś wie, że tylko ty walczysz z jesienią.
Staś spojrzał do góry i uśmiechnął się.
– Jak wszyscy będą czekać, aż liście same znikną, to wszędzie będzie rozgardiasz. Nie znikną, trzeba sprzątać, to i sprzątam.
– Ale przecież liście są takie piękne! Patrz jak się błyszczą nie dawała za wygraną Zofia.
– Błyszczą, owszem, ale jakie śliskie, można się przewrócić mruknął Staś i wrócił do pracy.
Otworzył furtkę, pozamiatał ścieżkę pod domem Zofii. Gdy podszedł pod ganek drzwi się otworzyły i Zofia wyszła z dwoma kubkami w rękach.
– No, dosyć tego, chodź na herbatę z miodem, postawiła kubki na stole w altance i usiadła. Staś usiadł naprzeciw.
– A dlaczego dziś z miodem? Zawsze była z cytryną! zdziwił się, popijając herbatę.
– Bo zimno, trzeba się rozgrzewać od środka, uśmiechnęła się.
– Bardzo słodka ta herbata. W naszym wieku słodkości trzeba unikać.
– Pij, nie marudź, rozkazała po gospodarsku Zofia, raz w tygodniu można napić się słodkiego.
– No dobrze zgodził się Staś.
– Wiesz, wczoraj zadzwonił do mnie wnuk, Antoś, i pyta:
– Babciu, co ty tam robisz sama, przyjedź do miasta i zamieszkaj z nami!
– A ja mu na to:
– Wcale nie jestem sama, mam tu przyjaciela, spojrzała z uśmiechem na sąsiada.
Staś upił łyk herbaty, żeby ukryć uśmiech.
– Dobrze powiedziałaś, choć przyjaciel to takie zwyczajne słowo
– A jakbyś nazwał inaczej?
– Towarzysz w boju z jesiennymi liśćmi! zaśmiał się, a Zofia również.
Pewnego dnia Staś już pozamiatał liście u siebie i u Zofii, ale ona nie pojawiała się w oknie. Zmartwił się zawsze przecież go rano witała. Wszedł po schodkach, zapukał. Po chwili drzwi się otwarły Zofia, opatulona w pled, ledwo stała na nogach.
– No już, co się dzieje? zapytał z troską, wprowadził ją do środka i położył w fotelu.
Spojrzała na niego czerwonymi oczami i zasmarkanym nosem.
– Pewnie się przeziębiłam
– Oj, i kto mi będzie teraz herbatę przynosił? zmartwił się Staś.
Zdjął kurtkę i odwiesił ją na wieszak.
– Masz leki?
– Tam, na szafeczce.
Zajrzał do lekarstw.
– I tyle? Lecę do apteki, powiedział stanowczo, zaraz wracam.
– Może nie trzeba, wystarczy tych, które mam cicho poprosiła Zofia.
– Trzeba, odpowiedział stanowczo i poszedł.
Szybko wrócił z farmaceutyczką i kurczakiem z pobliskiego sklepu. Zofia przysypiała w fotelu.
Obudziła się, gdy poczuła zapach rosołu.
– Stasiu, ty jeszcze gotować umiesz? uśmiechnęła się, choć wiedziała, że Staś sam sobie dawał radę.
– Trzeba, trzeba! W nagłych przypadkach nie można być bezradnym. Jedz ciepły rosół, postawił miskę na stole i pomógł jej się podnieść z fotela.
Spróbowała rosołu i westchnęła z zadowoleniem.
– Cudowny Dziękuję.
– Nie ma za co, zdrowiej szybko, bo zamiatanie bez ciebie nudne, próbował ukryć uśmiech.
– Obiecuję, towarzyszu, też poważnie odparła.
Po tygodniu Zofia była jak nowa. Pewnego dnia poszli razem do małego parku przy rzece, tuż obok wsi. Staś był jak zwykle inicjatorem.
– Dość siedzenia w domu, wyciągam cię na spacer! przekonywał, a Zofia przyznała mu rację.
Liście szumiały pod nogami, a słońce mimo jesieni jeszcze grzało.
– Z wiosną i jesień jest piękna, powiedziała Zofia.
– Zwłaszcza w dobrym towarzystwie, zgodził się Staś.
Podpierali się pod rękę, szli powoli po alei usłanej liśćmi, rozmawiali i śmiali się.
Po kilku dniach Staś przyszedł z nietypową sprawą.
– Zosiu, mam do ciebie prośbę
– Co takiego? dopytywała, trochę zaniepokojona.
– Szukałem dziś w swojej biblioteczce książki o pielęgnacji kaktusów, nie znalazłem.
– O kaktusach? Nie masz chyba w domu kaktusów, ani nawet kwiatów.
Staś uśmiechnął się figlarnie.
– Na razie nie, ale dzisiaj kupiłem właśnie dla ciebie! wyciągnął zza pleców maleńki doniczkowy kaktus.
– I co, mam się teraz nim opiekować? Nigdy nie miałam kaktusa! roześmiała się Zofia.
– Jesteś bibliotekarką, powinnaś się dowiedzieć, nawet o kaktusach
– Dobrze, jeśli on zakwitnie, kupisz mi lody, zaśmiała się.
– Umowa stoi!
Tydzień później przyszła zima, spadł pierwszy śnieg. Staś odwiedził Zofię, trzymając za plecami coś nowego.
– Co tam masz dziś dla mnie? spytała z uśmiechem. On zakłopotany stał w progu.
– Zosiu, wiesz pomyślałem, że jeśli i tak przychodzę tu codziennie Może zostałbym na zawsze? Może byśmy się pobrali? wręczył jej bukiet czerwonych róż, a Zofia zarumieniła się i uśmiechnęła.
– No i Stasiu, długo nad tym myślałeś?
– Długo, nie wiedziałem, czy się zgodzisz To jak, zgadzasz się?
– A co mi zostało! Już się do ciebie przyzwyczaiłam, bez ciebie smutno, odpowiedziała, wkładając kwiaty do wazonu. A z takim bukietem trudno odmówić.
Razem przetrwali zimę, nadeszła wiosna. Pewnego dnia Zofia wybiegła do kuchni z radosnym okrzykiem:
– Stasiu! Twój kaktus zakwitł! Należą mi się lody!
– A jednak! Już straciłem nadzieję. Idziemy dziś do sklepu, lody będą! Umowa to umowa
Szli razem dyskutując, czy wybrać lody śmietankowe czy na patyku. Staś spojrzał na rozświetlone słońcem niebo i uśmiechnął się szeroko.
– Skąd u ciebie taka radość? zapytała Zofia, podążając za jego wzrokiem.
– Wiesz Wydaje mi się, że stworzyliśmy niezłą drużynę
– Tak, to prawda, odpowiedziała cicho.
Szli ramię w ramię, już nie tylko sąsiedzi czy towarzysze w walce z przyrodą, ale dwie osoby, które odnalazły się pośród jesiennych liści, zimowego śniegu i wiosennego słońca. Razem łatwiej znosić samotność, a życie nabiera sensu, gdy ma się z kim dzielić codzienność.
Czasem szczęście mieszka tuż za płotem trzeba tylko po nie sięgnąć.


