Nie tylko sąsiedzi

Nie tylko sąsiedzi

W pewnej niewielkiej wiosce, gdzie latem ulice tonęły w soczystej zieleni, a jesienią spowite były złotem klonowych liści, obok siebie żyły dwie rodziny. Zawsze panowała między nimi zgoda, wzajemnie sobie pomagali. Ich dzieci dorastały i wyjechały do miasta.

Zdarzyło się jednak, że żona Jana zmarła. Wczesnym rankiem, gdy dopiero świtało, Jan pobiegł do sąsiadów, Zbigniewa i Wiesławy, i zapukał gwałtownie w okno.

Co się stało? wybiegł Zbigniew na ganek, zrywając się z łóżka, zaraz za nim podążyła Wiesława, narzucając na ramiona chustę.

Katarzyna, moja Katarzyna… załkał Jan i opadł na schodki, jesienny chłód i wilgoć obejmowały wszystko…

Co z Katarzyną, powiedz, dopytywał się Zbigniew, trzeba dzwonić po karetkę…

Nie trzeba… Moja Katarzyna odeszła rzekł smutno Jan.

Sąsiedzi nie opuścili Jana, dopóki nie przyjechał jego syn z żoną z Warszawy, nie zostawiali go samego, a Wiesława podawała mu ziołowe tabletki na uspokojenie. Po pogrzebie Katarzyny też starali się nie dopuszczać, by Jan popadł w samotność; zapraszali go na obiad i kolację. Wieczorami Zbigniew grał z nim w szachy.

Minęło pół roku. Jan doszedł do siebie, przyzwyczaił się, pogodził ze stratą żony. Nauczył się sam prowadzić dom: gotować, robić pranie, sprzątać. Syn z rodziną bywał u niego raz na jakiś czas.

Pewnego sierpniowego wieczoru Jan przesiadywał na podwórku u Zbigniewa; rozmowy snuli w ciszy, powoli przesuwając szachowe pionki. I nagle Zbigniew osunął się na bok, Jan ledwo zdążył doskoczyć i podtrzymać go.

Zbyszek, co ci jest? potrząsał nim, a tamten nie odpowiadał. Wiesiu! zawołał, a akurat ona wychodziła zza rogu domu z dużą misą świeżych ogórków.

Widząc tę scenę, misa z ogórkami wypadła jej z rąk. Rzuciła się do męża. Zbigniew zmarł natychmiast. Lekarz potem stwierdził atak serca.

Jak to możliwe płakała Wiesława Przecież nigdy się na serce nie skarżył…

Teraz to Jan pomagał Wiesławie. Przyjechali syn i córka z daleka, pochowali Zbigniewa. Kiedy dzieci odjechały, Wiesława zrozumiała, czym jest ta przerażająca cisza w domu i samotność. W dzień bywało znośnie Jan zaglądał, pomagał czym mógł nocą jednak długo nie mogła zasnąć, myśli tłoczyły się jedna po drugiej…

Czas płynął. Wiesława odzyskała siły, czasem odwiedzali ją dzieci i wnuki. Zarówno ona, jak i Jan byli już na emeryturze, pomagali sobie wzajemnie. Jan całe życie uczył historii młodzież w szkole, a Wiesława pracowała w gminnej bibliotece.

Życie trwało dalej. Przyszła jesień. Jan co rano wychodził na podwórko z miotłą, zamiatał żółte i brązowe klonowe liście, potem przechodził przez furtkę i sprzątał chodnik przed domem Wiesławy, ale zaraz wiatr przyganiał kolejne liście i znów wchodził na jej posesję je zamiatać. W jej ogródku było ich jednak mniej.

Wiesława obserwowała go zza okna i uśmiechała się.

Janie, dajże już spokój! zawołała przez otwarte okno. Wszyscy wiedzą, że tylko ty jeden walczysz z jesienią.

Podniósł głowę i się uśmiechnął.

Gdyby wszyscy tylko czekali, aż liście same znikną, świat pogrążyłby się w chaosie. Nie znikną trzeba je uprzątnąć, więc się staram.

Ale te jesienne liście są piękne… Tak cudnie się błyszczą oponowała Wiesława.

Piękne, jasne, ale śliskie można się wywrócić marudził Jan, ale kontynuował swoją ważną misję.

Otwierając furtkę, zamiótł już ścieżkę do domu w ogrodzie Wiesławy. Gdy podszedł pod ganek, zobaczył, jak ona wychodzi z dwoma filiżankami w dłoniach.

Dobrze już, dziękuję, chodź na herbatę z miodem powiedziała, stawiając filiżanki na stoliku w altanie pod gankiem i siadając na ławce. Jan zajął miejsce naprzeciwko niej.

Czemu dziś z miodem? Zwykle piliśmy z cytryną zapytał, upijając łyk.

Bo dziś zimniej, trzeba się rozgrzać od środka uśmiechnęła się.

Za słodko burknął Jan. W naszym wieku ze słodyczą trzeba uważać.

Pij, pij, nie narzekaj zarządziła po gospodarsku. Przecież nie co dzień pijemy taki słodki napój, raz na tydzień można.

No dobrze pokiwał głową Jan.

A wiesz, wczoraj dzwonił do mnie wnuczek, Arkadiusz, i pytał:

Babciu, co tam robisz sama, przyjeżdżaj do nas do miasta i zamieszkaj tu.

Odpowiedziałam mu:

Ależ nie jestem sama, mam tu przyjaciela powiedziała z uśmiechem, spoglądając na sąsiada.

Jan upił łyczek, kryjąc uśmiech.

Dobrze powiedziałaś, chociaż „przyjaciel” brzmi trochę zwyczajnie…

A jak byś wolał?

No… raczej sojusznik w walce z jesiennymi liśćmi zaśmiał się Jan, a Wiesława też nie mogła się powstrzymać od śmiechu.

Pewnego razu Jan już posprzątał liście u niej, a ona nie pojawiła się w oknie. Zaniepokoił się, bo co rano go witała. Wszedł po schodkach i zapukał do drzwi, odczekał chwilę. W końcu drzwi się uchyliły. Zobaczył Wiesławę, opartą o ścianę, otuloną w kratkowany pled, z czerwonym nosem i zmęczonym wzrokiem.

Niedobrze… Co się dzieje? Pomogę ci poprowadził ją do pokoju, posadził w fotelu i przykrył kocem.

Patrzyła na niego słabym wzrokiem.

Chyba się przeziębiłam…

Eh… pokręcił głową Jan kto mi teraz będzie nosił herbatę?

Zdjął kurtkę i odwiesił ją.

Masz jakieś leki?

Tak, tam na szafce…

Spojrzał na kilka tabletek.

I to wszystko? Skoczę do apteki powiedział stanowczo zaraz wracam.

Może nie trzeba, obejdę się tymi… mruknęła Wiesława.

Trzeba odpowiedział z przekonaniem i wyszedł.

Wrócił szybko z torebką leków i kurczakiem ze sklepu, a ona drzemała w fotelu. Gdy otworzyła oczy, zdziwiła się, że już wrócił. Jan udał się do kuchni.

Po chwili w domu rozeszła się woń rosołu.

Janie, ty potrafisz gotować? uśmiechnęła się, choć wiedziała, że sam sobie szykuje posiłki.

A jakże, w sytuacjach nadzwyczajnych wszystko trzeba umieć. No już, jedz gorący rosół postawił przed nią talerz i pomógł jej zejść z fotela.

Skosztowała, przymknęła oczy z rozkoszy.

Boże… przepyszne… Dziękuję…

Nie masz za co dziękować. Musisz szybko wyzdrowieć, bo mi nudno zamiatać w samotności powiedział z udawaną powagą Jan.

Dobrze, sojuszniku, postaram się odpowiedziała równie poważnie.

Po tygodniu Wiesława była jak nowa, uśmiechała się, a pierwszy raz od dawna wyszli z Janem razem do małego parku nad rzeką, niedaleko ich domów. To zawsze on wpadał na takie pomysły.

Koniec siedzenia w domu, pora na spacer, zasiedziałaś się przekonywał, a ona zgodziła się bez wahania.

Liście szeleściły pod butami, a jesienne słońce wciąż przyjemnie grzało.

Wiesz, Janie, jesień jest jednak przepiękna, lubię tę porę powiedziała Wiesława.

Zgadzam się, szczególnie w tak miłym towarzystwie.

Wiesława wzięła go pod ramię, szli powoli alejką, zostawiając na opadłych liściach dwa ślady. Rozmawiali i śmiali się.

Po dniu Jan przyszedł z nietypową sprawą.

Słuchaj, mam do ciebie prośbę…

Co takiego? spytała zaciekawiona.

Dziś przeglądałem swoją bibliotekę i nie znalazłem książki o uprawie kaktusów.

Kaktusów? Przecież nie masz żadnych kaktusów, nawet kwiatów nie trzymasz w domu.

Jan spojrzał figlarnie i wyjął zza pleców małą doniczkę z kaktusem.

A tu masz, dziś kupiłem, dla ciebie…

I co mam z nim zrobić? Nigdy nie miałam kaktusa roześmiała się Wiesława.

Ale jesteś bibliotekarką, powinnaś znać wszystkie książki, nawet o kaktusach…

No dobrze, dobrze, przyjęła roślinkę ale jak zakwitnie, kupisz mi loda.

Umowa stoi.

A tydzień później przyszła zima, pierwszy śnieg przykrył świat. Jan zjawił się u Wiesławy i znów coś ukrywał za plecami.

Co tam znowu przyniosłeś? dopytywała, a on nieco się speszył, stał w progu.

Wiesiu, pomyślałem… No bo co dzień do ciebie przychodzę, może ja bym tu już został na zawsze… Może byśmy się… pobrali… wyciągnął bukiet czerwonych róż, a ona zarumieniła się z radości.

Kochany Janie, czemuś tak długo zwlekał?

Długo, bo bałem się, że odmówisz… No i jak? Zgadzasz się?

Zgadzam się, inaczej już nie potrafię, przywiązałam się do ciebie, brak mi ciebie, gdy cię nie ma odpowiedziała, ustawiając kwiaty w wazonie. Z takim bukietem nie sposób odmówić…

Kolejną zimę przetrwali razem, nadeszła wiosna. Pewnego poranka Wiesława wykrzyknęła:

Janie, chodź szybko, twój kaktus zakwitł należy mi się lód!

A widzisz, już myślałem, że nie zakwitnie. No to dziś idziemy do sklepu, kupię ci loda. Umowa to umowa…

Idąc do sklepu, rozważali, czy wybrać loda na patyku, czy tradycyjnego w wafelku. Jan spojrzał w górę, na błękitne, wiosenne niebo, i uśmiechnął się szeroko.

Co ci tak wesoło? spytała Wiesława, również się uśmiechając.

Tak sobie… Myślę, że tworzymy niezłą drużynę…

Tak, świetną potwierdziła cicho.

Szedł obok niej, już nie tylko jako sąsiad i towarzysz w walce z liśćmi, ale jako ktoś, kto znalazł bratnią duszę wśród jesiennych liści, zimowych śniegów i wiosennego słońca. We dwoje zawsze raźniej samotność im już nie grozi.

Dziękuję za przeczytanie tej opowieści. Życzę wszystkim szczęścia i dobra!

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

12 − 10 =

Nie tylko sąsiedzi