Teraz można żyć
Jolanta stała nad świeżo wykopanym grobem na cmentarzu w Poznaniu i patrzyła, jak trumna powoli znika w ziemi.
Było zimno. Listopadowy wiatr szarpał czarną wstążkę na wieńcu, wciskał się pod płaszcz, sprawiał, że Jolanta mimowolnie wzruszała ramionami.
Obok chlipała ciotka Zdzisława daleka krewna, którą Jolanta widziała w życiu może dwa, trzy razy.
Mama trzymała fason, choć jej dłoń, ściskająca rękę Jolanty, była jak lód.
Ojciec
Jolanta wpatrywała się w trumnę, usiłując znaleźć w sobie jakąś emocję.
Nic.
Kompletna, ziejąca pustka. Jak w opuszczonym domu, gdzie od dawna nie pali się w piecu.
Dobry był z niego człowiek szepnął ktoś za jej plecami. Niech spoczywa w pokoju.
Jolanta omal nie wybuchnęła głosem.
Dobry?!
Skąd oni mogą wiedzieć?!
Widzieli go na rodzinnych uroczystościach, trzeźwego, uśmiechniętego, z akordeonem. Złota rączka, dusza towarzystwa, wesoły człowiek.
I tyle.
Nie mieli pojęcia, jaki był w domu.
Jolanta zamknęła oczy i pamięć podsunęła obraz: siedem lat, budzi ją w nocy trzask drzwi. Ojciec wpada do przedpokoju, nie trafia w próg, pachnie od niego alkoholem i czymś kwaśnym. Mama ciągnie go do pokoju, a on się wyrywa, macha rękami, krzyczy: Ty mnie nie szanujesz! Jolanta zaciska powieki, nakłada kołdrę na głowę, żeby nie widzieć, nie słyszeć.
A rano ojciec siedzi w kuchni z przepraszającą miną, pije ogórkowy sok i mówi: Wybacz, córeczko, znowu mi się nie udało. Już się to nie powtórzy.
Powtarzało się. Zawsze.
Jolanta otworzyła oczy. Trumnę już przysypali ziemią, na kopiec złożono wieńce. Ludzie zaczęli opuszczać cmentarz. Mama dotknęła jej łokcia:
Chodź, córeczko. Trzeba na stypę
Przy stole, na stypie, Jolanta czuła się jak obca. Jadła, kiwała głową, odpowiadała na kondolencje. W głowie brzmiała tylko jedna myśl, przez którą miała ochotę krzyczeć:
Dlaczego nic nie czuję? Dlaczego mnie nie boli?
Wieczorem, gdy wszyscy się rozeszli, zostały z mamą na kuchni. Siedziały, piły herbatę, milczały. W końcu mama powiedziała:
Wiesz, przyszło mi do głowy Coś dziwnego.
Jolanta podniosła wzrok.
Teraz możemy się nie bać. Nie martwić, że gdzieś się przewróci, zamarznie, zniknie. Możemy po prostu żyć.
Jolanta spojrzała na mamę i zobaczyła w jej oczach ten sam strach, który czuła sama. Strach, że nie odczuwa żalu, tylko ulgę.
Czy jestem zła? wyszeptała mama.
Jolanta przesiadła się bliżej, objęła ją za ramiona.
Nie, mamo. Nie jesteśmy złe. Tylko zmęczone.
Przesiedziały tak do świtu. Wspominały. Nie to, jak pił, lecz inne sprawy: jak z majsterkował dla Jolanty domek dla lalek, jak uczył ją jeździć na rowerze, jak kiedyś przyniósł ogromnego arbuza z targu i jedli go we troje na podłodze, bo przy stole nie było miejsca.
Był różny. I to też prawda.
W końcu mama poszła spać, a Jolanta została sama. Wyjęła telefon i napisała do męża: U mnie wszystko w porządku. Jutro wracam.
Nagle zdała sobie sprawę, że po raz pierwszy od wielu dni oddycha spokojnie. Bez lęku. Bez wyczekiwania złych wiadomości. Bez tego męczącego tła.
Ojciec nie żył. I życie wreszcie stało się ciche.
Wiedziała, że ta myśl będzie wracać. Że jeszcze nieraz w nocy obudzi ją poczucie winy. Że ciotka Zdzisława i inni długo będą szeptać: Taka zimna, ani łzy nie uroniła.
Ale teraz, w tej cichej poznańskiej kamienicy, gdzie nie unosił się zapach alkoholu i nie dudniły nocne awantury, Jolanta pozwoliła sobie na moment szczerości.
Przepraszam, tato powiedziała w pustkę. Kochałam cię. Naprawdę. Ale byłam już zmęczona nienawiścią do ciebie.
Rano wyjechała.
W pociągu długo patrzyła przez okno na szary, listopadowy krajobraz, potem wyjęła notes i zapisała myśl, która przyszła jej do głowy:
Dzieci alkoholików nie płaczą na pogrzebach. Wypłakały się przez lata życia z chorobą. I nie są zimne. One po prostu przetrwały.
Jolanta zamknęła notes i pierwszy raz od dawna uśmiechnęła się.
Pociąg niósł ją do nowego życia. Do życia, w którym nie trzeba się oglądać za siebieKiedy wysiadła na peronie, odetchnęła głęboko zimnym powietrzem. Ludzie mijali ją w pośpiechu, nie zwracając uwagi, a świat wydawał się większy i łagodniejszy niż kiedykolwiek.
Szła przez miasto w kierunku domu. Była pewna, że wkrótce usłyszy śmiech syna, poczuje ciepło męża, zobaczy złote światło poranka wpadające przez okna ich niewielkiego mieszkania. Każdy krok odbijał się echem, jakby Jolanta zostawiała za sobą kolejne warstwy dawnych lęków.
Stanęła na klatce schodowej, zamknęła oczy i pozwoliła sobie na cichą, spokojną nadzieję. Otworzyła drzwi i już wiedziała życie nie będzie wolne od trudności, ale teraz naprawdę mogła je zacząć.
Nie potrzebowała już niczego poza chwilą.
Zanim weszła, odwróciła się jeszcze raz, spojrzała na jasne, poranne niebo, które rozciągało się nad nią szeroko i przyjaźnie. Uśmiechnęła się do siebie, czując lekkość, jakiej tak bardzo brakowało.
Teraz można żyć pomyślała.
I zrobiła pierwszy krok w stronę przyszłości.


