ZAGINIONY SYN

Żaneta samotnie wychowywała swojego synka. Po rozwodzie z mężem, który okazał się pijakiem, została z dzieckiem bez żadnej pomocy finansowej ojciec nie płacił alimentów. Żaneta nie wyobrażała sobie, co by robiła, gdyby nie jej ojciec, który pomagał jej i z dzieckiem, i portfelem.

Po rozwodzie brak pieniędzy stał się katastrofalny, a żona musiała w końcu podjąć pracę. Wtedy dziadek wciągnął się w rozmowę i westchnął:
No cóż, trzeba, trzeba, idź do pracy. Ja zajmę się Maćkiem. Nie martw się.
Tak więc Maćek spędzał cały czas z dziadkiem. Żaneta trochę zazdrościła tej więzi; chłopiec był tak przywiązany do swojego seniora, że matka, będąc w pracy, nie miała już czasu dla syna.

Pewnego ranka, kiedy Żaneta szykowała się do wyjścia, Maćek wstał niezwykle wcześnie i radośnie oznajmił:
Dziś jedziemy z dziadkiem po grzyby, naprawdę super!
Żaneta odwróciła się do ojca i zapytała:
Tato, naprawdę? Gdzie teraz jedziecie?
Do Puszczy Białej, podobno tam grzyby się zbierają.
Ojciec Żanety od lat był zapalonym grzybiarzem i wędkarzem, a od małego wciągał w to swojego wnuka.
Żaneta nie miała nic przeciwko, więc tylko przytaknęła:
W porządku, tylko nie wracajcie po zmroku, dobra?
Jak już będziemy wracać po zmroku, to weźmiemy dwa wiadra i wrócimy, co nie? mrugnął dziadek.

Do końcowego przystanku dotarli autobusem, a potem szli już pieszo. Puszcza Biała zaczyna się zaraz za wjazdem z miasta, więc nawet siedmiolatkowi Maćkowi nie było trudno dotrzeć do lasu.

Gdy nie doszli jeszcze do lasu, przydrożnie zahamował samochód.
Siema, Stasiek! Dokąd jedziesz, po grzyby znów?
Rozpoznawszy kierowcę jako starego znajomego, Andrzeja, Stasiek odpowiedział:
Słyszałem, że w Puszczy Białej już wszystko przegrzybione. Lepiej pojechać trochę dalej, do Puszczy Sandomierskiej tam podobno jeszcze coś rośnie. Jadę tam właśnie, chcesz podwieźć?
Jasne, podrzuć nas, jeśli możesz.
Andrzej wywiózł Stasia i Maćka pod brzeg Puszczy Sandomierskiej. Umówili się, że po drodze wrócą autobusem, a gdy się nie uda, zadzwonią do Andrzeja, który ich odbierze.

Maćek szedł wesoło, rozmawiając z dziadkiem. Dziadek zawsze wszystko wyjaśniał, nie miał nic przeciwko milionowi pytań siedmiolatka. Babcia wydawała się bohaterem, który wie wszystko na świecie.

Grzybów rzeczywiście było pod dostatkiem. Zafascynowani poszukiwaniami, poszli głęboko w las, kiedy nagle dziadek, machnąwszy absurdalnie rękami, upadł.

Maćek najpierw nie przestraszył się. Podszedł do Stasia i zapytał:
Dziadku, się potknąłeś?
Dziadek nie odpowiedział i nie ruszył się. Chłopiec przestraszył się. Z dużym trudem odwrócił go na plecy i potrząsał, ale Stasiek nie reagował. Maćek krzyknął:
Dziadku, wstawaj! Co się stało, podnieś się! Boję się, dziadku, wstawaj!

Wieczorem Żaneta wróciła do domu i nie znalazła swoich grzybiarzy. Natychmiast zadzwoniła do ojca, lecz telefon był poza zasięgiem.
Gdzie oni są? Czy już nie wrócili z lasu? pomyślała, zaczynając się niepokoić.
Po godzinie niepokój przerodził się w panikę, a po dwóch Żaneta siedziała w komendzie policji, wymamajac słowa, by pobudzić dyżurnego. Ten, choć sam był emocjonalny, po usłyszeniu: Dziecko z dziadkiem! Las! Nie wrócili! natychmiast wezwał ochotników.

Ochotnicy zareagowali błyskawicznie. Nie minęły dwie godziny, gdy pierwsza grupa, razem z Żanetą, odważnie nie chcącą czekać w domu, oraz kilku policjantów, ruszyła przeszukiwać las. Tylko że szukali w Puszczy Białej!!!

Na początku Maćek łkał, patrząc na nieruchomego dziadka. Potem sam sobie powiedział:
Spokojnie, mały, co ci dziadek nauczył? Nie panikuj w trudnych chwilach. Weź się w garść!
Chłopiec nawet lekko klaskał się po policzkach. To pomogło, przestał płakać.
Muszę sprawdzić, czy dziadek oddycha powtórzył sobie Maćek.
To przerażało go najbardziej co jeśli nie będzie oddychał

Zbierając się w sobie, chłopiec położył głowę na dziadkowym brzuchu. Klatka piersiowa choć słabo, wyraźnie się podnosiła.
Oddycha, oddycha! ucieszył się Maćek. Musi po prostu poczekać, aż dziadek się otrząśnie.
Maćek usiadł i zaczął czekać, najpierw próbując zadzwonić do mamy. Jak się spodziewał nie było zasięgu. Więc po prostu czekał.

Zaczął się zmierzchać.
Gdy Maćek siedział, wspominał wszystkie opowieści dziadka o przetrwaniu w lesie.
Teraz zapadnie noc, a jeśli dziadek nie odzyska przytomności, zmarznie na tej zimnej ziemi. Czy naprawdę wszystko mnie uczył? Muszę coś zrobić!
Maćek wyjął z plecaka zapalniczkę i, zgodnie z zasadami, połączył kilka suchych gałązek, by roznieść ogień. Nie od razu, ale w końcu płomień rozgorzał.
Dobra, teraz drewna, póki nie zrobi się ciemno. Trzeba zebrać tyle, by starczyło na całą noc.
Potem chłopiec zaczął zrywać gałęzie z sosnowych drzew. Dużo drewna. Niósł je i podsuwał pod dziadka.
Nie zamrozisz się, dziadku. Zaraz jeszcze dorzucę, i razem się ogrzejemy. Tak, jak nauczyłeś.

W nocy Maćek był przerażony. Dźwięki lasu wprawiały go w drżenie aż do chrypki. Leżał przy cieple dziadka, przykryty kocem z gałązek.
Kiedy ognisko zaczynało gasnąć, Maćek heroicznie wyłaził z pod liści i dorzucał drewno.
Pamiętam, dziadku, ognisko nie może zgasnąć. Pamiętam.
Rankiem Maćek wypił trochę herbaty z termosa, ale nie całą. Położył resztę w ustach dziadka, podnosząc mu głowę.
Potrzebna woda, bez niej nie da się żyć pomyślał chłopiec.
Niedaleko zobaczyli źródełko w lesie.
A co, jak dotrę do źródła i nie znajdę drogi powrotnej? rozważał.
Spojrzał wokół i dostrzegł krzak z czerwonymi jagodami.
Jagody wilcze, nie wolno ich jeść przypomniał sobie słowa dziadka.
Ale nie zjem ich, przydadzą się inaczej. Maćek napełnił termosa jagodami i ruszył w stronę źródła, zostawiając po sobie ślad czerwonych kuleczek.

Poszukiwania zaginionych w Puszczy Białej trwały już trzeci dzień. Las był przeszukiwany wielokrotnie. Z miasta przyjeżdżali kolejni ochotnicy, słysząc o tragedii.
Chłopiec z dziadkiem wydawali się zniknąć w lesie.
Żaneta, po trzech bezsennych nocach, z czarnymi workami pod oczami, biegała między grupami, błagając, by nie przestawali szukać. Unikała całego lasu, a jednak strach o bliskich dawał jej siłę.

Czwartego dnia poszukiwaczy zmęczyło patrzenie na zrozpaczoną matkę. Jeden z nich, zbierając odwagę, podszedł i rzekł:
Wie pani, statystyki mówią, że po trzech dniach szukania w lesie szanse na odnalezienie żywych są małe. Poza tym sprawdziliśmy już teren. Za lasem jest bagno, może tam spróbujemy
Nie! krzyknęła Żaneta. Dziadek znał ten teren, nigdy nie poprowadziłby Maćka do bagna! Są żywi, wiem to! Musimy dalej szukać.

Piątego dnia Żaneta wychodziła z lasu z chwiejny krok. Przejeżdżający samochód nagle zahamował i cofnął się. Z niego wysiadł Andrzej dobry znajomy ojca Żanety.
Żaneta, wygląda na to, że coś się dzieje. Co tu się stało? zapytał, spoglądając na ochotnicze auta i ludzi.
Gdy usłyszał historię, Andrzej nagle poprzestał odczuwać tlen.
To właśnie tak, pięć dni temu podwoziłem ich do Puszczy Sandomierskiej.
Tu, przyjdźcie wszyscy! krzyknęła Żaneta.
Po kilku godzinach młody studentochotnik włóczył się w grupie w kierunku Puszczy Sandomierskiej.
Czuł zapach dymu i skierował się w jego stronę. Przy ledwo tlącej się ognisku leżały dwie postaci, przykryte kocem.
Chłopak, nie mając nadziei na cud, cicho zawołał:
Maćku.
Zaskoczenie ochotnika było ogromne, gdy jedna z postaci chłopiec poruszył się.
Długo nas szukaliście. Dziadek wielokrotnie odzyskiwał przytomność, dawałem mu wodę i chleb. On żyje, po prostu nieprzytomny słaby głos wydał Maćek.
Ranny chłopiec w ramionach tak samo rannej matki patrzył, jak jego dziadka wożą na nosze.
Dziadku, żyj, bo potrzebuję cię! Wciąż masz mi tyle do nauczenia szepnął Maćek.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dziesięć − 10 =

ZAGINIONY SYN