Jedna córka dla dwojga

Jedna córka na dwoje
Między Małgorzatą a Dawidem zaiskrzyło od pierwszego spotkania. Spotykali się dopiero miesiąc, gdy Dawid podczas jednej z randek nagle powiedział:
Gosiu, wyjdź za mnie za mąż a ona zaniemówiła ze zdziwienia.
Jak to? Za mąż? Dopiero miesiąc jesteśmy razem…
I co z tego? Wystarczył mi ten miesiąc, by zrozumieć, że jesteś dla mnie wszystkim… Nie potrzebuję nikogo innego, tylko ciebie.
Dawid, ja się zgadzam zaśmiała się cicho i przytuliła się do niego mocno.
Córciu, nie pospieszyłaś się z decyzją? pytała potem mama Małgosi, dopytując czy nie jest w ciąży.
Mamo, nie przesadzaj. Nic takiego. Po prostu Dawid powiedział, że nie może beze mnie żyć, no i ja też… My po prostu bardzo się kochamy.
Z czasem wszyscy, którzy się dziwili ich szybkiemu ślubowi, zrozumieli, że są sobie pisani. Dawid bardzo dbał o żonę, a ona odwzajemniała się troską i miłością. Ich życie wydawało się idealne. Jednak cieniem na szczęściu był brak dzieci oboje bardzo marzyli o powiększeniu rodziny, ale upragniona ciąża nie nadchodziła.
Dawid, może pójdziemy do lekarza, może jest jakiś powód, dla którego nie mogę zajść w ciążę…
Zgadzam się odparł od razu mąż.
Tyle było nadziei, wizyt u lekarzy, wyjazdów, modlitw wszystko bezskutecznie. Małgorzata nie mogła zajść w ciążę.
Gosiu, pomyślałem, może pojechalibyśmy do domu dziecka, wzięli dziecko i wychowali jak swoje zaproponował nieśmiało Dawid.
Bardzo chcę! odpowiedziała natychmiast Małgosia. Od dawna miała taką myśl, ale bała się, że mąż będzie przeciwny. Też o tym myślałam…
To jedziemy powiedział. Znam dom dziecka, często mijam go wracając z delegacji.
Kiedy pojechali razem do domu dziecka, wśród wielu nieśmiałych i zmęczonych dzieci zauważono drobną, jasnowłosą, niebieskooką trzylatkę, która podbiegła do Małgosi i objęła ją za kolana.
Mamusiu! zawołała radośnie dziewczynka, a Małgosia nie mogła się już od niej oderwać.
Tak w ich domu pojawiła się córeczka Lubusia, urocza i pogodna, której śmiech rozjaśniał każdy dzień. Małgosia w końcu poczuła pełnię szczęścia, mogła wreszcie kochać i być matką. Dawid także pokochał Lubusię jak własną córkę.
Ich życie płynęło spokojnie. Mieszkali w niewielkiej wsi na Mazowszu, znała się tam większość ludzi i wszyscy wiedzieli, że Lubusia jest adoptowana. Gdy była mała, nie stanowiło to problemu. Jednak nadszedł czas, gdy Lubusia dorastała i zaczęła uczęszczać do szkoły, wtedy ktoś zdradził jej, że nie jest biologiczną córką Małgosi i Dawida.
Lubusia miała wtedy czternaście lat i wróciła ze szkoły w kompletnym wzburzeniu.
Mamo! Dlaczego nigdy nie powiedziałaś, że nie jestem waszą córką?! Wiem, że zabraliście mnie z domu dziecka…
Kochanie, uspokój się, planowaliśmy ci to powiedzieć, jak trochę podrośniesz. Nie chcieliśmy, żebyś to tak ciężko przeżyła… Ale stało się, bałam się tego dnia…
Lubusia płakała, krzyczała, potem się zamknęła w sobie, a nawet zaczęła być niegrzeczna i oschła wobec rodziców. Wiek dojrzewania nie pomagał dziewczyna strzelała drzwiami, czasem potrafiła być bardzo opryskliwa.
Wtedy wydarzyło się coś niespodziewanego. Dawid zginął tragicznie. Małgosia nie mogła do siebie dojść, gdy dowiedziała się o wypadku samochodowym Dawid wracał z delegacji z Warszawy tuż przed świętami Bożego Narodzenia, gdy złapała ich śnieżna zawierucha.
Dawid często wyjeżdżał służbowo, czasem nawet na tydzień, a jak się spóźniał wysyłał pocztówkę, telefonów wtedy jeszcze nie było. Gdy Dawid zginął Małgosię nagle przeszył ból osamotnienia. Miała czterdzieści sześć lat. Lubusia, zamiast być wsparciem, zaczęła uciekać z domu, znikać, nie słuchała matki, była coraz bardziej opryskliwa.
Małgosia z całych sił próbowała dotrzeć do córki, płakała, prosiła, ale nigdy na nią nie krzyczała. Tak we dwie ciągnęły codzienność. Lubusia szybko dorastała.
Aż pewnego dnia, już po maturze, oznajmiła:
Wyjeżdżam do miasta.
Małgosia uniosła zmęczone oczy, ściskając ścierkę w dłoni.
Do szkoły, córciu?
Nie. Chcę znaleźć swoją biologiczną matkę…
Małgosia zamarła zaskoczona:
Po co, Lubusiu? Czy nie byłam ci matką?
Lubusia spojrzała przez okno, przez długi czas milczała.
Muszę wiedzieć, kim jest. Muszę zrozumieć, czemu mnie oddała, dlaczego. Mam do tego prawo.
Masz, córeczko powiedziała cicho Małgosia, wiedziała, że nic jej nie powstrzyma.
Lubusia spakowała ubrania do niewielkiej torby, pocałowała Małgosię w policzek i obiecała, że czasem przyjedzie. Wyszyła na przystanek. Małgosia patrzyła za córką ze łzami w oczach została sama.
Czas powoli płynął dalej. Małgosia już dawno na emeryturze, długie zimowe wieczory spędza przy starych kartkach od zmarłego męża, trzyma je w pudełku po czekoladkach przewiązanym wstążką. Najważniejsza z gałązką świerku na odwrocie widnieje: Gosiu, spóźnię się trzy dni, tęsknię i całuję. Twój Dawid.
Małgosia głaszcze drżącymi palcami pocztówkę, tuli ją do serca, jakby chciała objąć zmarłego męża. Minęło już prawie dwadzieścia pięć lat od jego śmierci.
Siedzi przy oknie, wspomnienia wracają falą. Coraz rzadziej wychodzi z domu, dawniej przesiadywała z sąsiadkami na ławce przy sklepie, a teraz tylko od czasu do czasu idzie do sklepu i z powrotem. Zasłony opuszczone, skrzynka na listy zawsze pusta, w domu cicho. Radość przynosi tylko wizyta Lubusi z wnukami to jednak rzadkość.
Na komodzie zdjęcie Dawida z maleńką Lubusią na rękach, oboje uśmiechnięci.
Dawidzie, za wcześnie odszedłeś, zostałam tu sama szepcze do zdjęcia. Nikogo bliskiego poza Lubusią już nie ma.
W domu panowała cisza, tylko kocur Mruczek czasem ją przerywał, wskakując na parapet albo głośno mrucząc przy gospodyni. Małgosia podkarmiła kota, wypiła herbatę, postanowiła, że dziś jednak musi pójść do sklepu. Weszła do pokoju, spojrzała na zdjęcie.
Kiedy piła herbatę, usłyszała pukanie do furtki.
Przypomniała sobie, jak Lubusia kiedyś oznajmiła, że wyjeżdża do miasta, by odnaleźć matkę. Przeżywała tamte dni na nowo. Pewnego ranka, cichego i pochmurnego, siedziała w kuchni nad herbatą, kiedy ktoś zapukał do furtki.
Włożyła buty, narzuciła chustę na ramiona i wyszła na podwórko. Przy furtce stała kobieta znacznie młodsza od niej, z oczami pełnymi smutku.
Dzień dobry… pani Małgorzata? głos kobiety drżał.
Tak, a pani to…
Nieznajoma stała nieco niepewnie, przesuwając ciężar z nogi na nogę.
Jestem mamą Lubusi… to znaczy drugą mamą… właściwie biologiczną… Nazywam się Weronika… Chyba pani wie, o co chodzi…
Małgosi zrobiło się zimno na sercu. Ledwo co Lubusia wyjechała, a tu zjawiła się jej biologiczna matka. Skąd ją odnalazła?
Stało się coś Lubusi? Skoro pani tu jest, chyba ją pani znalazła… zaniepokoiła się Małgosia.
Weronika szybko wyjaśniła:
Lubusia jest teraz w szpitalu… w Warszawie, problemy z żołądkiem… Szłyśmy razem przez park, nagle zaczęła się źle czuć, usiadła na ławce, wezwałam karetkę.
Obie milczały, wpatrzone w siebie.
Lubusia już dawno mnie odnalazła, ale bała się pani to powiedzieć Weronika zaczęła szlochać.
Oj, co my tu stoimy, niech pani wchodzi do środka ocknęła się nagle Małgosia.
Podała Weronice gorącą herbatę. Ta, siedząc przy stole, zaczęła opowiadać:
Byłam bardzo młoda, gdy urodziłam Lubusię. Moi rodzice byli surowi i zmusili mnie, bym ją oddała. Chłopak zniknął, gdy dowiedział się o ciąży, a rodzice zagrozili, że wyrzucą mnie z domu z dzieckiem. W szpitalu podpisałam odmowę… Przez lata żyłam z tym ciężarem… Ale teraz to nie o mnie. Lubusia bardzo prosiła, żebym panią powiadomiła, by przyjechała do szpitala.
Małgosia zerwała się.
Czemu sama do mnie nie zadzwoniła?
Ukradziono jej telefon, torebkę z dokumentami. Kiedy wróciłam po karetce do ławki nie było już nic.
Boże, biedna moja dziewczynko… szepnęła Małgosia.
Sama mi podała pani adres. Powiedziała: Znajdź moją mamę.
Patrzyły na siebie ze zrozumieniem i współczuciem.
Jedźmy powiedziała Małgosia zdecydowanie, przekręciła klucz w drzwiach i ruszyły.
Autobus zdawał się sunąć w ślimaczym tempie, obie na początku milczały, potem zaczęły rozmawiać.
Jestem zupełnie sama westchnęła Weronika mąż zmarł trzy lata temu, ciężko chorował. Nie mogłam mieć więcej dzieci… Wiem, to kara od Boga za to, że oddałam córkę…
Wygląda na to, że obie mamy tylko Lubusię powiedziała cicho Małgosia.
Jedyną córkę na dwoje… smutno odparła Weronika.
W szpitalu usłyszały pytanie:
Do kogo państwo przyszły?
Do córki, do Lubusi Nowickiej odpowiedziały jednocześnie.
A kim panie są dla pacjentki?
Mamami znów chórem odpowiedziały, popatrzyły na siebie i roześmiały się przez łzy.
Dwie mamy! No dobrze, proszę wejść…
Lubusia, blada pod kroplówką, widząc je, uśmiechnęła się tylko.
Mama… I mama… wyszeptała.
Małgosia była pierwsza, która przytuliła córkę.
Spokojnie, jestem przy tobie, córeczko powiedziała cicho, a Weronika usiadła obok.
Już będzie dobrze, jesteś kochana, nie jesteś sama poprawiła kołdrę Weronika.
Siedziały długo przy córce, rozmawiały bardzo szczerze.
Od tamtego dnia Lubusia miała dwie mamy, potem pojawił się mąż i dwóch synów. A dla Małgosi i Weroniki została jedna, wspólna córka. Spotykają się całą rodziną od święta.
Dziękuję za przeczytanie tej historii wszystkiego dobrego!

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

13 + 20 =

Jedna córka dla dwojga