12 sierpnia 2024
Drogi pamiętniku,
W naszym kamienicy przy ulicy Jana Pawła II w jednej z warszawskich dzielnic każdy znał Babcię Alwinę Piotrową. Niska, szczupła, z siwymi włosami splecionymi w ciasny kok, zawsze poruszała się po podwórku z laską, ale tak zgrabnie, że młodzież nie nadążała za jej tempem.
Mieszkałam w tym bloku od chwili, gdy wzniesiono go w latach siedemdziesiątych, pamiętam wszystkich lokatorów, a oni szanowali mnie nie tyle ze względu na wiek, ale przede wszystkim za ostry język i niezłomną wolę. Gdy ktoś z sąsiadów miał kłopoty, pierwsza podbiegam z pomocą, a jeśli ktoś zakłócał porządek od razu daję mu radę.
Pewnego dnia do podwórka wprowadziła się nowa rodzina młoda para z nastoletnim synem. Chłopiec, Paweł, szybko znalazł kompanię podobnych łobuzów i w krótkim czasie podwórko zamieniło się w pole bitwy: połamane żarówki w klatce, wulgarne napisy na murach, a raz nawet rozbity okno w piwnicy, w której ja, jako miłośniczka kotów, karmiłam moje podopieczne.
Paweł nie był zwykłym harcerzem, miał wykrzywioną wyobraźnię. Ciągle rozciągał sznurek między drzewami, żeby spadały rowerzyści, lub wkładał do piaskownicy niespodzianki od sąsiednich psów. Rodzice wzdychali: To etap dojrzewania, ale ja nie podzielałam ich optymizmu.
Hej, Pawełku! zwróciłam się do niego pewnego poranka, gdy próbował przywiązać petardę do ławki. Chodź tutaj.
Co chcesz? pomruknął nastolatek, ale podszedł.
Jesteś mądrym chłopcem?
No zmarszczył brwi.
Bo widzę, że twoje wyprawki są dziecinne. Mądry nie postępuje tak.
Odpuśćcie mi!
Nie odpuszczę. Bo jeśli nie ja, to kto ci powie prawdę?
Paweł skrzywił się, ale petardę odłożył.
Następnego dnia przyłapałam go na nowym wyczynie malował sprayem niecenzuralne słowo na ścianie garażu.
O, o, o, uśmiechnęłam się. Artysta się objawił.
Co? Paweł chytrze się uśmiechnął. Ładnie, co nie?
Ładnie, przyznałam. Tylko że właściciel garażu, pan Wojciech, zaraz wróci z pracy. A jeśli cię złapie
Mam to gdzieś!
Dobrze, westchnąłam. Ale pamiętaj: jeśli pan Wojciech cię nie ukarze, to ja się tym zajmę.
Paweł zmarszczył nos, ale puszcza spray.
Wieczorem pan Wojciech, czerwony ze złości, biegł po podwórku, machając pasem.
Kto to zrobił?!
Paweł schował się za rogiem, lecz ja już stałam obok niego.
No co, artysto? Biegniesz, czy przyznasz się sam?
On mnie zabije!
Myślałeś, że brud to bez konsekwencji?
W końcu Paweł musiał posprzątać garaż pod czujnym okiem pana Wojciecha i moim.
Widzisz, powiedziałam, kiedy wszystko było czyste, teraz garaż lśni i ty żyjesz. A mogło być gorzej.
Dajcie spokój mruknął, ale jego ton już nie był taki sam.
Czas mijał. Paweł wciąż robił figle, ale już nie tak desperacko. Pewnego dnia zobaczyłam, jak przepędzał młodsze dzieci na podwórku.
Znowu po swoje? zapytałam surowo.
Bo one same wchodzą w drogę!
Jesteś starszy. Powinieneś być mądrzejszy.
No i co mam z nimi zrobić?
Nie wypędzaj ich, ale naucz czegoś.
Patrzył na mnie zdziwiony.
Co?
Może pokażesz im, jak grać w piłkę albo w Kozła i wilka.
Są za małe!
Spróbuj.
Z niechęcią wziął piłkę z domu. Po pół godzinie pod naszym podwórkiem rozległ się śmiech uczył małych chłopców strzelać karne.
Od tamtej pory Paweł stał się innym. Nie świętym, ale już nie był tym diabelskim dzieckiem, przed którym wszyscy się chowali. Kiedy złamałam rękę, to właśnie on nosił mi torby ze sklepu.
Co, Pawełku, dorósłeś? podkpiłam.
Tylko żebyście nie kłócili się, zmrużył oczy.
Wszyscy w podwórku wiedzieli, że Babcia Alwina może być surowa, ale zawsze sprawiedliwa, dlatego ją słuchano.
Bo jeśli nie ja, to kto?
Lato minęło. Paweł nie przepędzał już dzieci teraz to one ganiały za nim, nazywając go starszym. Pokazywał im, jak wbić gwoździe, naprawić rower i nawet założył w podwórku tajne stowarzyszenie z hasłem: Prawdziwi mężczyźni nie hulają chronią słabszych!.
Pewnego razu, siedząc na ławce, obserwowałam, jak Paweł rozdziela bójkę dwóch chłopców.
Artur, słabość! krzyczał jeden. Bij go!
Bez walki, powiedział Paweł, stawiając się pomostem. Rozwiążmy to fair.
Uśmiechnęłam się.
No co, Pawełku, przyzwałam go po wszystkim. Teraz prawie bohater?
Daj spokój, babciu, zarumienił się. To tylko mali głupcy.
Już jesteś duży.
Paweł zamyślił się.
Babciu, po co tak mnie prowokowałaś? Przecież byłem taki.
Bo widziałam w tobie człowieka.
A inni nie dostrzegli?
Inni wolą krytykować. Ja zmrużyłam oczy. W młodości sama taka byłam.
Paweł otworzył szeroko oczy.
Naprawdę?
Oczywiście. Najgorsze, że kiedyś mnie nawet do policji wprowadzali.
I co z tego?
A potem pewien starszy pan powiedział: Dziewczyno, jesteś mądra. Po co głupoty? I wtedy się zastanowiłam.
Paweł roześmiał się.
A ja mam się teraz zastanawiać?
Już się zastanawiałeś. Widzę to.
Zwinął głowę w dół.
Babciu, a jeśli znów coś zepsuję?
Nie będziesz psuł. A jeśli się pomylisz napraw.
Od tej chwili Paweł stał się w podwórku człowiekiem, na którego można liczyć. Pomagał starszym, naprawiał huśtawki i przekonał kolegów, by nie zaśmiecali. Kiedy znów zachorowałam, przychodził codziennie z lekami i nowinkami ze świata.
Pawełku, całkiem mnie rozkapryszowałeś, mruknęłam, choć w oczach miałam uśmiech.
To ja was wychowuję, odparł.
Pewnego dnia na podwórku pojawił się nowy chłopiec taki sam łobuziak, jakim Paweł był dwa lata temu.
Hej, chłopcze! przywitał go Paweł. Chodź tu.
Ja, siedząc na ławce, uśmiechnęłam się cicho.
Kto, jeśli nie on?



