Ten Właśnie Marzec

TEN MARZEC
Marzec to nie tylko kolejny miesiąc, to coroczny sprawdzian odporności psychicznej.
Zwłaszcza gdy twój związek jest tak dziwny jak pogoda za oknem: trochę wiosna, trochę apokalipsa, a czasem wygląda, jakby ktoś wylał szarą farbę na cały Kraków.
…Miłość Olega i Zofii zaczęła się właśnie w marcu i to tłumaczyło wszystko.
Inne pary poznają się podczas tańca płatków jabłoni w sadzie, a ci dwoje spotkali się, gdy Oleg przez przypadek ochlapał Zofię wodą z kałuży, a ona zamiast się rozpłakać, rzuciła w jego samochód śnieżką tak lodową, że Oleg był przekonany, że pod skorupą kryje się cegła.
To była miłość od pierwszego rykoszetu.
Marzec w Krakowie to czas, gdy romantyzm wychodzi na ulicę w kaloszach.
Pójdziemy na spacer?
Oleg szeptał do słuchawki.
Nie mam łodzi odparła Zofia rzeczowo.
To cię poniosę na barana.
Ich randki przypominały ćwiczenia jednostek ratowniczych na bagnach.
Oleg z godnością przenosił Zofię przez jeziora roztopów, a ona trzymała parasol, który z uporem chciał odlecieć w kierunku Zakopanego, razem z ich szansą na suche skarpetki.
Wiesz chlapnął Oleg swoim prawym butem, filozofując tu kryje się głębia uczuć.
Jesteśmy jak te dwie kaczki w parku.
Kaczki odleciały do cieplejszych krajów już w październiku, Oleg.
Teraz jesteśmy jak dwa nieostrożne pingwiny, które pomyliły kierunki i minęły się z Antarktydą.
Ich dziwna miłość miała swoje przejawy w małych rzeczach.
Głębokie uczucie w marcu to nie pierścionek w kieliszku szampana (tam i tak zawsze pływa kawałek lodu), a ostatnia tabletka „Gripexu” podzielona na pół.
Dla ciebie powiedział Oleg z uroczystością, wręczając jej pół żółtej pastylki.
Od serca odrywam.
Czemu ta tabletka jest pełna kociej sierści?
Przyprawa.
Na odporność.
Zofia patrzyła na niego w śmiesznej czapce z pomponem, z czerwonym nosem i błyskiem szaleństwa w oczach i wiedziała: to właśnie to.
Ten „kod wszechświata”, który się pomylił i połączył dwie osoby, potrafiące śmiać się, kiedy oboje mają gorączkę (co dla mężczyzny, jak wiadomo, objawia się niemal śmiercią).
…Najbardziej romantyczny moment nastąpił pod koniec miesiąca.
Nareszcie wyszło słońce, obnażając wszystko, co zima skrzętnie ukryła pod śniegiem.
Kraków wyglądał jak scenografia komedii o polskich drogowcach.
Stali razem na moście.
Wiatr wiał jak szalony, próbując zdjąć Olegowi kurtkę.
Zofia zaczęła Oleg, próbując przekrzyczeć euforię wiosny chciałem powiedzieć…
Jesteś dla mnie jak…
jak pierwszy przebiśnieg!
Taki blady i wygrzebujesz się przez śmieci?
upewniła się Zofia, poprawiając szalik, którym owinięta była już trzy razy.
Oleg się zmieszał.
Nie.
Taki wytrwały.
Mimo tego przeklętego marca wciąż jesteś ze mną.
Nawet po tym, jak utopiłem twój telefon w śniegu, który okazał się kałużą.
Zofia spojrzała na niego, kichnęła (równocześnie z przejeżdżającym tramwajem) i się roześmiała.
No dobrze, przebiśniegu-herosie.
Wracajmy do domu.
Kupiłam kilogram cytryn i znalazłam przepis na grzane wino.
Jeżeli przetrwamy tę niedzielę, uznam naszą miłość za zabytek narodowy.
Szli przez ulicę, omijając lodowe góry na chodnikach.
Ta miłość miała swoją głębię dokładnie do kolan, bo tyle wody było w wejściu do ich klatki schodowej.
Ale im było to obojętne.
Bo w „tym właśnie marcu” liczyło się nie czystość butów, lecz dłoń, którą ściskasz, gdy wspólnie ślizgacie się naprzeciw kwietniowi…
Minął kolejny rok.
Nadszedł nowy „ten sam marzec”.
Kraków znów stał się sceną filmu „Wodny świat”, realizowanego za budżet dwudziestu złotych.
Oleg i Zofia stanęli przed wielką kałużą, która przez noc opanowała ich podwórko.
Sąsiedzi przytulali się do płotów, starając się omijać lód, a jakiś emeryt patrzył w niebo, czekając na ratunkowy helikopter albo chociaż gołębia z gałązką oliwną.
Oleg Zofia spojrzała na swoje białe, nowe sneakersy, które kupiła z przesadnym optymizmem.
Przecież jesteśmy dorośli.
Mamy kredyt, pracę, roczny raport.
Nie możemy po prostu…
Możemy przerwał Oleg.
Za pleców wyjął niczym mag dwa żółte kalosze z nadrukiem w wesołe kaczątka.
Kupiłem wczoraj.
Twój rozmiar.
Zofia westchnęła.
To była właśnie „głębia miłości” partner zna nie tylko rozmiar twojej stopy, ale też stopień gotowości na kompromisy.
…Pięć minut później stali w centrum kałuży.
Woda chlapała, słońce odbijało się od brudnych odłamków lodu, a przechodnie patrzyli na nich jak na uciekinierów ze szczególnie miłego, choć zamkniętego ośrodka.
Wiesz Zofia podskoczyła, tworząc fontannę kropli, która ochlapała sąsiada w futrzanej czapce.
To najlepszy start wiosny.
To kod „Żółtej Kaczuszki” odpowiedział Oleg z powagą.
Wszechświat próbował nas zatopić w depresji, ale nasze pięty są nieprzemakalne.
Stali razem pośród chaosu polskiej wiosny śmieszni, mokrzy, ale w pełni zsynchronizowani.
Dziwna miłość, zrozumiała tylko dla tych, którzy potrafią znaleźć dno tam, gdzie inni widzą tylko brud.
Oleg objął Zofię, a słońce ogrzało ich do tego stopnia, że z kurtek zaczął ulatniać się lekki dymek.
Płoniemy zauważyła Zofia.
Nie uśmiechnął się Oleg.
Po prostu wreszcie osiągnęliśmy właściwą temperaturę.
W tym marcu zrozumieli jedno: gdy życie podrzuca ci kałuże kup najszersze kalosze i naucz się w nich tańczyć…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

20 + 18 =

Ten Właśnie Marzec