Mój brat pojechał na urlop i poprosił mnie, żebym zajęła się naszą mamą. Nie spodziewałam się, jak wiele mnie to będzie kosztować – emocjonalnie i finansowo

Pewnej nocy, wśród wirujących świateł Warszawy, zadzwonił do mnie mój brat Zbigniew. Jego głos był cichy, jakby dobiegał zza szyby tramwaju. Zbigniew oznajmił, że razem z żoną i córkami wyjeżdża do Zakopanego, by poczuć pod stopami mglisty szron Tatr. Prosił mnie, żebym zabrała mamę żeby nie została na pustym osiedlu, gdzie cisza ma echo mocniejsze niż dźwięk dzwonów na Mariensztacie. Zgodziłam się, jakbym śniła, bo przecież przez lata oni opiekowali się mamą, a ona zawsze była jak układanka bez wszystkich części: uporczywa, szorstka, potrafiąca z niczego zbudować dramat jak krakowski lajkonik.
W mojej kawalerce na Pradze miałam tylko jedno łóżko szerokie, nowe i pachnące, lecz dla mamy nie było tam miejsca. Uległam jej, sama ścieląc sobie posłanie ze starych koców pod oknem, obok nocnej lampki, która rzucała smugi światła na parkiet jak kreda po asfalcie. Przez chwilę wydawało się, że wszystko będzie dobrze, ale gdy zapadał wieczór, mama kręciła się niespokojnie, mówiąc, że coś ją kłuje igły z chmur, patyki z dzieciństwa? Przecież łóżko dopiero co kupiłam w Ikei na Bemowie, jeszcze nie zdążyło przesiąknąć nawet naszymi zapachami, a już było przekleństwem jej pleców. Szukałam więc kolejnej pierzyny, tej z gęsiego puchu, co pachniała starym domem na Lubelszczyźnie, mając nadzieję, że tym razem słomiane zmartwienie zniknie. Ale nie znikało. Mama szeptała o niewygodzie do świtu.
Rano, kiedy słońce rozlewało się nad Wisłą, wstałam, zaparzyłam sobie mocną kawę jacobs i szykowałam się do pracy w biurze na Domaniewskiej. Nim wyszłam, mama z włosami rozczesanymi jak u starej wróżki spytała mnie przez sen:
A dokądże ty idziesz, córeczko? Kto mi zrobi zastrzyk dzisiaj?
Zamarłam, jakby ktoś polał mnie zimną wodą z zalewu Zegrzyńskiego. Nikt nie wspomniał mi o zastrzykach! Zadzwoniłam do Zbyszka; uśmiał się tylko, a głos jego przetoczył się przez słuchawkę jak tłum na stadionie Legii:
Mama sama wszystko potrafi. Nie przejmuj się, Marysiu.
Uspokoiłam się trochę. Byłam już spóźniona w końcu półtorej godziny to w Warszawie jak mrugnięcie oka i wybiegłam, zostawiając matkę śniącą na pierzynie.
Wieczorem, gdy wróciłam, powietrze było ciężkie jak spleśniały ser. Mama leżała na łóżku; twarz miała bladą, oczy utkwione gdzieś poza sufitem. Ledwie udało mi się ją posadzić. Okazało się, że zjadła całe pudełko ptasiego mleczka, dwie kiszone ogórki, kawałek kiełbasy jałowcowej i jeszcze makowiec z cukierni pod blokiem. Wszystko to było na liście zakazanych rzeczy.
Nie troszczysz się o mnie, Marysiu. Przez ciebie ten świat tak boli. Ty chcesz, żebym zgasła tutaj jak ostatni płomień w latarni na dworcu jęczała mama.
A ja, patrząc jak zapala światło w łazience i siada na brzegu wanny, tylko powiedziałam:
Nie mogę rzucić pracy. Przecież muszę zarobić choć trochę złotych, byśmy miały za co żyć.
Mama pozostaje samodzielna, choć kilka lat temu Zbigniew sprzedał jej mieszkanie przy ulicy Grochowskiej i kupił dla siebie nowe, przestronne trzy pokoje, do których zabrał ją jak pamiątkę po dzieciństwie. Teraz jestem zamknięta z nią w moim śnie, między ścianami, gdzie jej pretensje rosną jak wrzosy na Mazurach. Bywa okropna jej grymasy są jak surowa zima, a jej kaprysy nie mają słodyczy dziecięcych zachcianek. Czuję się jak wrzucona między opowieści z Balladyny, gdzie wszystko jest jednocześnie rzeczywiste i nierzeczywiste. Mama jest straszna, a ja błądzę w tym śnie, szukając wyjścia, które nie istnieje.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

2 × trzy =

Mój brat pojechał na urlop i poprosił mnie, żebym zajęła się naszą mamą. Nie spodziewałam się, jak wiele mnie to będzie kosztować – emocjonalnie i finansowo