Cześć, kochana, muszę ci opowiedzieć, co się ostatnio działo w moim życiu. Od dawna byłam samotna sama w swoim małym mieszkaniu na Starym Mieście w Warszawie, a mój były mąż, Józef, już dawno się rozstał. Nie było to łatwe, ale przynajmniej nie musiałam płacić za darmowe usługi na „szczęśliwe lato”.
– No i co? pytałaś mnie kiedyś, Krystyno. Człowiek nie powinien być sam, a kobieta zawsze potrzebuje mężczyzny przy sobie. Inaczej to po prostu nie gra… A jeśli nikt się nie przygląda, to samotność jest jak niewidzialny wróg. Wiesz, co to jest samotność?
– Co to? pytałaś z ironią, zmęczona własnym gadaniem i rozczarowaniem.
– Samotność to straszny stan! śmiała się moja przyjaciółka Basia, nie zauważając, że wchodzę w nieco inny nastrój. To taki moment, kiedy chcesz podać komuś wodę, a dzieci są twoim jedynym „wodą”.
– Gdzie? wybuchłaś, nie łapiąc się za nogi.
– Gdzie? Gdzie… W Karpaczu! w końcu zrozumiałaś, że Basia ma na myśli, że ona nie śmie się z nikogo, a ja ją rozumiałam. Wszystko, co cię boli, ja przyjmuję na siebie. Jedno jest trudne, a drugie wciąż szuka trochę ukojenia. Pozwólmy się poznać, co? Basia, ten facet naprawdę jest fajny. A kto nie rośnie, ten szybko przybiera na wadze…
Miałam już dziesięć lat, kiedy spotkałem mojego „kucharza” Janusza, który był jakby wyjęty ze starej tradycyjnej knajpy. Pewnego razu przyjechał, ale tylko na jedną noc. Kiedy się dowiedziałam, od razu wzywałam go na podwójne łóżko, a potem i na podwójne sztućce. Chociaż Janusz próbował mnie przekonać, że „raz w życiu można” i że „nic nie jest straszne, jeśli nie ma przy sobie przyjaciela”, to w końcu mnie poddał i zostało po prostu ciche. Rozpadł się mój pierwotny dom.
Mój były mąż postanowił zachować szacunek, zostawiając mój stary dom, starych mieszkańców i dwójkę dzieci przy wsparciu. Dzieci rozeszły się po kraju. Najstarszy syn zamieszkał i pracował w Piotrkowie Trybunalskim. Córka wkrótce wyjechała za granicę do męża. Ja natomiast została sama w przytulnym dwupokojowym mieszkaniu w centrum Krakowa.
Samotne życie mnie nie przygnębiało. Znalazłam pracę jako recepcjonistka w małej firmie, a zarobki pozwalały mi żyć spokojnie, gościć dzieci i Basję. Choć nie mam wielkiego wykształcenia, zawsze znajdowałam sobie zajęcie i nie nudziłam się. Czytałam wiele, pływałam, chodziłam na jogę, lubiłam podróże, a czasem wyruszałam na wycieczki ze znajomymi. Żyłam w przyjemnym tempie.
Aż do momentu, kiedy Basia przestała rozwiązywać mój los…
– Posłuchaj, Krystyno. Facet spoko, ma 61 lat, siedem lat różnicy, dom duży, fajny, gospodarstwo w pełni wyposażone. Krowy, kozy, świnie, kury wszystko w komplecie! To zdrowa dieta: mleko, jajka, mięso. Do stu lat przetrwasz, serio! A on jeszcze miły, wykształcony i gada po książkowo… No spróbujmy. Pozwólmy się poznać, co? namawiała Basia przy spotkaniu, kiedy ja wcale nie chciałam.
– Dobra, Basia, poznaj mojego sąsiada rolnika, tak? Nie ma problemu, nie obiecałam nic. odpowiedziałam.
Zajęcie nie zmieni się, jak mówią, a Basia nie odłożyła sprawy na bok, tylko szybko zorganizowała spotkanie. Rolnik okazał się całkiem przyzwoity. Duży, muskularny, nosił czyste, zadbane buty, paznokcie pięknie przycięte. Był trochę dumny, ale też pokorny. Nazywał się Piotr i miał rosyjskie imię, ale w Polsce i tak pasowało.
Po pierwszym spotkaniu zaczęliśmy się przyjaźnić, a Basia wpadła na pomysł, że może potrzebuję drugiej duszy przy domu. Piotr wydawał się stabilny, chciałby wziąć się ze mną za rękę i założyć gospodarstwo.
Kiedy wpadłam do niego do domu w Karpaczu, zobaczyłam gospodarstwo, które nie wyglądało za bardzo przyjaznie. Krowy ryczały, świnie tupią, a ogród był w sumie nie do ogarnięcia. Pracownicy to dwie osoby jedna Azjatka, druga Polka. Sprzedaż nie kończyła się, a telefon dzwonił w sprawie mięsa i mleka. Wszystko wydawało się trochę za bardzo „biznesowe”. Piotr mówił:
– Widzisz, Kasiu, mam dużo roboty. Potrzebuję pomocy. Pracownicy są w porządku. Chcesz zrobić coś ładnego? Sama musisz się wtrącić. Dojerać krowy, kóz, jajka zbierać. A w domu nie ma nic, oprócz podłóg! Oczywiście wiem, że kobieca ręka i oczy są lepsze niż męskie. Pracujmy razem, co?
Wróciłam do domu i zastanowiłam się, po co mi to wszystko? Mam piękny dom w mieście, pracę, małą działkę, na której latem chcę hodować warzywa, a zimą podgrzewać się w kominku. Kupiłam sobie samochód wciąż mam wóz o pojemności 8 litrów, który przyda się na zakupy. Co mam zrobić z gospodarstwem, żeby nie musieć sprzątać chleba i kury i nie mieszać się w porządku? Muszę jeszcze przygotować obiad dla męża, zrobić zakupy, zadbać o dom i utrzymać czystość. Oczywiście dochód z tego biznesu jest dobry, ale nie żyję tak źle. Coś mi się przyda, ale wciąż brakuje pieniędzy na emeryturę i oszczędności.
Właśnie tyle jest potrzebne, żeby żyć wygodnie. A czy w przyszłości będę musiała sięgać po grabie w ogródku, szyć koszulki, czy wciągać dwa piętra? Czy to naprawdę jest potrzebne? Wieczorem zadzwoniłam do Basi.
– Basia, nie obrażaj się. Chcę odmówić Januszowi zaręczenia. Może ktoś znajdzie szczęście w takim mężczyźnie, a ja wolę nie mieć tego w planach. On nie jest taki, jak go widziałam, Basia. Nie szuka żony, tylko siłę w pracy. Nie chcę z nim być, bo nie chcę, żebyś mnie przywiązywała.
Długo rozmawialiśmy, a Basia prawie nie płakała ze smutku, ale pod wpływem jej obietnicy, że rozmawiamy i że nie muszę szukać kolejnych facetów, poczułam ulgę. Napisałam do Piotra wiadomość, że nie chcę spotykać się częściej, bo nie mam ochoty na takie podziały. Piotr odebrał mój telefon po kilku dniach i od razu zaproponował spotkanie. Po tym spotkaniu wpadłam w osiem rano, umyłam się, wypiłam kawę z bułką i spojrzałam w okno, myśląc, że nie widziałam dzieci od dawna, muszę odwiedzić syna, a córkę przyprowadzić na dzień narodzin. Potrzebuję jeszcze kupić małą torebkę i ciepłą kurtkę. Muszę zadzwonić do Lenki, żeby umówić się na spotkanie…
Zastanawiam się jeszcze, czy wszystkie te rzeczy mają sens. Czy naprawdę potrzebuję bycia trochę egoistyczną? Czasami jest to zdrowy egoizm kobiecy.
No tak, kochana, to tyle. Trzymaj się i daj znać, co u ciebie. Pozdrawiam serdecznie.



