Kiedy moja córka powitała na świecie swoje siódme dziecko, dotarło do mnie, że granice mojej cierpliwości właśnie zostały przekroczone!

Od dwudziestu lat tkwię we śnie z dziwnym echem zamieszkałam z córką, Zofią, i jej mężem, Władysławem, ale moje serce jest już zmęczone tą codziennością.
Mam 65 lat, jestem babcią siedmiu wnucząt, a wszyscy są jak małe świerszcze, które przez sen grają mi w głowie. Wiele znajomych patrzy na mnie z zazdrością i nierzadko powtarzają, że to błogosławieństwo. Ja jednak w tym dziwnym śnie słyszę tylko nieustanny gwar, tupot stópek i płacze, które mieszają się z dźwiękiem gotującego się rosołu. Zofia jakby nie dostrzegała narastającego tłumu dzieci siedem duszyczek, a każda z nich woła: babciu!
Kiedy szósta wnuczka Jagoda przyszła na świat, usiadłam z Zofią przy wielkim kuchennym stole jak z porcelany. Poważnym głosem, choć w kreskowanych piżamach, próbowałam jej tłumaczyć sprawy antykoncepcji, czego w rzeczywistości nigdy nie wyobrażałam sobie tłumaczyć dorosłej kobiecie. Ale kiedy pod sercem Zofii rosło już siódme dziecko, wszystko zaczęło mi wirować w mojej głowie i całym domu.
Mamy pięć pokoi, ściany oddychają dziecięcym rechotem a mieszka nas w sumie dziewięcioro. Dom wybudowaliśmy z mężem przez lata pracy, cegła po cegle; ziemię kupiliśmy za marne złotówki, a dziś Władysław na tej ziemi ora i sieje, mówiąc z dumą, że jest gospodarzem. Zofia dzielnie pomaga karmi kury, zbiera buraki, doi krowę. Ja, jak śniąca kucharka, od rana mieszam gary, bo klasa szkolna domaga się świeżego chleba i kompotu, a wczorajsza zupa już nikogo nie cieszy. Dzieci rosną w oczach, chcą tylko nowych ziemniaków i pachnących jabłek, których w tym śnie nigdy nie brakuje.
Po szóstej wnuczce marzyłam, że wszystko się zmieni i złapię chwilę ciszy, ale zamiast spokoju kolejny płacz, kolejne pieluchy jak papierowe łódki wypływały na podłogę.
Jedynym wyjściem z labiryntu był telefon do mojego brata, Kazimierza. On mieszka sam w Gdańsku jego córka, Agnieszka, wyjechała do Irlandii i zostawiła pusty pokój i zegar tykający jak w innym świecie.
Pewnego wieczoru Kazimierz zadzwonił i poprosił, żebym do niego przyjechała, bo serce dziwnie mu bije. Pełna obaw, ale i lekkiej ulgi, zapakowałam walizkę. Wsiadłam do pociągu i popłynęłam przez sen przez żółte pola, aż do jego mieszkania. Tam zapiekłam drożdżowe ciasto i przez kilka dni siedzieliśmy przy oknie, czytając stare książki i słuchając Edith Piaf w polskim radiu.
Nagle przypomniałam sobie, jak smakują chwile dla siebie czytać papierową powieść, słuchać cichego szumu drzew i nie myśleć o rosole. Odpoczywam, śnię i wiem, że już nie chcę wracać do kakofonii, do krzyków dziecięcych, do setek pieluch i zimnych obiadów. Chciałabym cieszyć się starością, jakby była w końcu moja nie ukradziona przez dzieci i wnuki. Ale jak mam o tym powiedzieć Zofii?
Zofia dzwoni, głos jej brzmi przez słuchawkę jak echo starej kołysanki wracaj, mamo, bo sama nie daję rady. Cały sen zawisa mi w sercu jak zupa w wielkim garnku nie wiem, co robić. Czekać, aż się zagotuje? Czy zostawić dom i dzieci za oknem, wchodząc w inny świat ciszy i własnych marzeń?

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

jedenaście − dziesięć =

Kiedy moja córka powitała na świecie swoje siódme dziecko, dotarło do mnie, że granice mojej cierpliwości właśnie zostały przekroczone!