Mój mąż, Konrad, miał babcię prawdziwą panią Krystynę z charakterem tak ostrym jak chrzan na wielkanocnym stole. Każde letnie wakacje spędzał w jej domu pod Toruniem. Babci wcale nie przeszkadzała obecność wnuczka, wręcz przeciwnie sama prowadziła wtedy swój mały biznes spod lady. Nikt nie wiedział, jak to wszystko rozpracowywała, ale zioła lecznicze sprzedawała do aptek po całej Polsce, a zarabiała jak, nie przymierzając, królowa życia.
Owszem, wnuka kochała, na jedzenie nie żałowała domowe pierogi, kluski, a nawet zupa ogórkowa zawsze na wypasie, ale na lody czy paczkę chipsów zapomnij. Na głupoty pieniędzy nie wydajemy, powtarzała, a wszyscy w rodzinie myśleli, że oszczędza na jakieś ważne inwestycje albo emeryturę marzeń w sanatorium. Mieszkała w starym domu z wielkimi szafami, pełnymi tajemniczych szuflad pozamykanych na kłódki jak w jakaś kryminalna intryga Agathy Christie.
Konrad jako dzieciak nie raz zachodził w głowę, co babcia w tych szafach trzyma, ale ona zawsze go zbywała: To służbowe, do pracy, nie twoja sprawa. Potem nastały czasy kapitalizmu pełną gębą Janusze biznesu i Grażyny przedsiębiorczości rosły jak grzyby po deszczu, a babcię wyprzedzili ci, co mieli więcej sprytu i znajomości. Krystyna postanowiła więc zostać lokalną szeptuchą. Bez grosza za usługi, ale klienci z kasą do niej walili drzwiami i oknami.
Odwiedzaliśmy ją czasem jeszcze za życia. Była już wtedy jak Matka Polka-mnich żyła jak ascetka, w ciuchach, które pamiętały PRL, jedzenie w ilościach homeopatycznych. Zawsze nie chciała niczego przyjmować, nawet kawałka sernika Nie rozpieszczajcie mnie, dzieci, dobre nawyki trzeba pielęgnować.
Po jej śmierci dom przeszedł w spadku na Konrada. Jak przyjechaliśmy na Warmię, żeby ogarnąć, co po niej zostało, w spiżarni czekało nas istne eldorado przeterminowanych konserw, kiszonych ogórków i dżemów z paprotką. Wszystko jeszcze z czasów, gdy nie było internetu, a klienci w podzięce zostawiali dary, których babcia ironicznie nie tknęła.
Ale to szafki były sensacją: gdy je w końcu otworzyliśmy, przeżyliśmy lekki szok. Całkiem jakbyśmy weszli do muzeum luksusu lat 90. płaszcze z oryginalnej wełny, modne czapki, szklanki z RFN, niezliczone komplety pościeli, porcelana, perfumy… Wszystko magazynowane jakby zamierzała otworzyć własny dom aukcyjny. Żadnych oszczędności w banku, wszystko zamienione na rzeczy, które po latach już tylko rozbawiłyby kolekcjonera.
Nigdy nie pojmiemy, po co babcia Krystyna gromadziła tyle tych skarbów, które z czasem miały wartość raczej sentymentalną niż złotówkową. Ot, zagadka kobiety z wielką duszą i wielkimi szafami, której logika wymyka się współczesnym standardom.


