Naprawdę zamierzasz wyjść za mąż za kogoś, kogo poznałaś w internecie? Ludwika Piotrowska przeszywała przyszłą synową wzrokiem ciężkim jak policjant sprawdzający fałszywe banknoty. Jej oczy, zimne i oceniające, wędrowały po prostym warkoczu Kingi, skromnej sukience. Przecież nawet się dobrze nie znacie!
Kinga poczuła, jak dreszcze przebiegają jej po plecach. Siedzieli w maleńkiej kuchni w bloku z wielkiej płyty, gdzie wychował się Marek. Pomieszczenie było ciasne, ale przytulne i lśniące czystością. Pachniało wanilią i starym parkietem.
Mamo, daj spokój wtrącił się Marek, obejmując narzeczoną za ramiona. Poznaliśmy się nie w internecie, tylko w klubie książki. Najpierw pisaliśmy, potem rozmawialiśmy. Pół roku! A Kinga jest wspaniała!
Poznali się przypadkiem Kinga prowadziła bloga o zapomnianych powieściach. Marek, programista z cichą pasją do klasyki, natknął się na jej wpis o Zbrodni i karze. Dyskusja przeniosła się na prywatne wiadomości, potem na długie rozmowy. Okazało się, że śmieją się z tych samych żartów, cenią ciszę, szczerość, zapach starych stron. Pierwsze spotkanie pod pomnikiem Mickiewicza nie było randką, tylko naturalnym przedłużeniem rozmowy. Przy niej czuł się tak, jakby wracał do domu. Ona dostrzegła w nim nieśmiałego mężczyznę z głębią w spojrzeniu.
Wspaniała prychnęła Ludwika, celowo głośno stukając łyżeczką o porcelanową filiżankę. Tylko że z innego miasta, bez pracy tutaj, a tak w ogóle kto ją tam wie, co ma w głowie Syna wychowałam, wykształciłam, a tu nagle jakaś
Kinga zacisnęła zęby, ale milczała.
Zrozumiała już jedno: teściowa widzi w niej nie człowieka, tylko zagrożenie obcą dziewczynę, która chce zabrać syna spod matczynej opieki. Ludwika Piotrowska żyła według sztywnych zasad, bez pardonu dla słabości. Po śmierci męża pięć lat temu jeszcze mocniej otoczyła syna opieką.
Każda próba zbliżenia się kończyła się niepowodzeniem.
Gdy Kinga, wkładając całe serce, upiekła szarlotkę z cynamonem i anyżkiem jak u babci, Ludwika, odłamała malutki kawałek i mruknęła:
Za słodkie. U nas się tak nie robi.
Kiedy oferowała pomoc przy sprzątaniu, usłyszała suche:
Nie trzeba. Ja wiem, gdzie co leży. Potem będę szukać pół roku.
Pozostawiony sam na sam z Kingą w pokoju wypełnionym modelami statków i podręcznikami do fizyki, Marek tylko rozkładał ręce:
Nie bierz tego do siebie. Mama jest po prostu taka. Kochająca, ale kolczasta jak jeż.
Staram się odparła cicho Kinga, patrząc przez okno na identyczne balkony. Ale mieszkać w stanie zimnej wojny to straszne męczenie, a wyprowadzić się od niej nie możemy tak szybko.
Nie poddawała się jednak. Wierzyła, że do każdej twierdzy można znaleźć klucz.
Pewnego sobotniego ranka Ludwika, wycierając półki, wyciągnęła stary album. Kinga poprosiła o pozwolenie i usiadła obok. Zauważyła, jak teściowa dłużej zatrzymuje wzrok na pożółkłym zdjęciu, gdzie stała uśmiechnięta obok wysokiego, ciemnowłosego mężczyzny.
Kto to? zapytała ostrożnie.
Ludwika drgnęła, jakby przyłapana na czymś zakazanym.
Mój brat, Andrzej westchnęła, a w jej głosie po raz pierwszy zabrzmiała nie złość, ale smutek. Pokłóciliśmy się. Dwadzieścia lat temu, jeśli nie więcej.
O co? Kinga zaryzykowała, bojąc się spłoszyć tę chwilę.
O głupoty. Działkę po rodzicach. Oboje uparci jak osły. Powiedział mi coś przykrego, ja jemu i tyle. Mieszkamy w jednym mieście, a jakby na innych planetach.
Kinga milczała, ale w głowie już rodził się plan. Marek kiedyś wspominał, że matka stała się jeszcze bardziej zamknięta po tej kłótni.
Tydzień później, spotykając w klatce gadatliwą sąsiadkę, ciocię Zosię, Kinga przypadkiem zagadnęła o rodzinę męża.
Ach, Ludka i jej brat! załamała ręce sąsiadka. Nierozłączni byli! Andrzej mieszka teraz w nowym osiedlu, niedaleko. W zeszłym roku ciężko chorował, miał operację serca. Dzieci w Warszawie, on sam jak palec.
Wieczorem, gdy Marek czytał, a Ludwika robiła na drutach, Kinga zaczęła ostrożnie:
Ludwiko Piotrow



