Gdy Katarzyna płaciła za zakupy, Wojciech odsunął się na bok. Gdy tylko zaczęła pakować torby, wyszedł ze sklepu. Katarzyna znalazła go przed wejściem, palącego papierosa na chodniku.
Wojtku, weź torby, proszę poprosiła, podając mu dwie ciężkie siatki.
Wojciech spojrzał na nią, jakby kazał mu popełnić przestępstwo, i zapytał zdumiony:
A ty co?
Katarzyna zamarła. Co znaczyło a ty co?? Czy to nie oczywiste, że mężczyzna powinien pomóc? Dziwne, by kobieta dźwigała ciężary, gdy on idzie z pustymi rękami.
Wojtku, są ciężkie odparła.
No i? upierał się.
Widział, że się denerwuje, ale z zasady nie zamierzał brać toreb. Przyspieszył kroku, wiedząc, że go nie dogoni. *Brać torby? Co ja jestem, osioł juczny? Albo służący? Jestem mężczyzną! Sam zdecyduję, czy coś noszę. Niech sobie dźwiga, nie umrze!* myślał. Tego dnia miał ochotę upokorzyć żonę.
Wojtku, dokąd idziesz? Zabierz torby! krzyknęła Katarzyna, ledwo powstrzymując łzy.
Torby były naprawdę ciężkie to on napchał wózek. Dom był niedaleko, może pięć minut drogi, lecz z takim bagażem droga wydawała się wiecznością.
Katarzyna szła, walcząc ze łzami. Liczyła, że tylko żartował i wróci, ale on oddalał się coraz bardziej. Chciała rzucić wszystko, lecz machinalnie szła dalej. Gdy dotarła pod blok, usiadła na ławce, wyczerpana. Pragnęła płakać ze złości i zmęczenia, lecz powstrzymała łzy uliczna rozpacz to wstyd. Ale przełknąć taką zniewagę? Nie. On nie tylko ją obraził, lecz celowo upokorzył. A przecież przed ślubem był taki troskliwy Wiedział, co robi.
Dzień dobry, Kasiu! głos sąsiadki wyrwał ją z zamyślenia.
Dzień dobry, pani Halino odpowiedziała, wymuszając uśmiech.
Pani Halina, mieszkała piętro niżej i była przyjaciółką babci Katarzyny. Gdy babcia odeszła, pomagała jej we wszystkim. Nie miała już nikogo matka żyła w innym mieście z nowym mężem i dziećmi, ojciec dawno zniknął. Pani Halina stała się jej rodziną.
Bez namysłu Katarzyna postanowiła oddać jej zakupy. W końcu dźwiganie nie poszło na marne. Emerytura pani Haliny była skromna, a Katarzyna lubiła ją rozpieszczać smakołykami.
Chodźmy, pani Halino, pomogę pani zanieść powiedziała, znów chwytając ciężkie siatki.
W kuchni sąsiadki zostawiła wszystko, mówiąc, że to dla niej. Gdy pani Halina zobaczyła śledzie, pasztet, brzoskwinie w syropie i inne przysmaki, które uwielbiała, lecz rzadko mogła sobie pozwolić, wzruszyła się tak bardzo, że Katarzyna poczuła wyrzuty sumienia. Pożegnały się pocałunkiem, a Katarzyna wróciła do domu.
W drzwiach spotkała męża, który wyszedł z kuchni, coś przegryzając.
Gdzie torby? zapytał Wojciech, jakby nic się nie stało.
Jakie torby? odparła tym samym tonem. Te, które mi pomogłeś nieść?
No weź, nie dramatyzuj! próbował żartować. Wkurzyłaś się?
Nie odpowiedziała spokojnie. Tylko wyciągnęłam wnioski.
Wojciech spięty. Spodziewał się krzyków, awantury, płaczu Lecz jej chłód go zaniepokoił.
Jakie wnioski?
Nie mam męża westchnęła. Myślałam, że wyszłam za mąż, a tu okazało się, że za głupka.
Nie rozumiem udał obrażonego.
Czego nie rozumiesz? spojrzała mu w oczy. Chcę męża, który jest mężczyzną. A ty, jak widać, chcesz żony, która jest mężczyzną. Przerwa. Więc potrzebujesz raczej męża.
Twarz Wojciecha poczerwieniała ze złości, zaciśnięte pięści. Lecz Katarzyna tego nie widziała była już w sypialni, pakując jego rzeczy.
Wojciech bronił się do końca. Nie chciał odejść. Nie pojmował, jak drobiazg mógł zniszczyć małżeństwo.
Przecież wszystko było w porządku! Co złego, że sama niosłaś torby? protestował, gdy rzucała mu ubrania do walizki.
Twoja walizka mam nadzieję, że dasz radę sam ją unieść odparła, ignorując go.
Wiedziała, że to tylko pierwsze ostrzeżenie. Gdyby przełknęła brak szacunku, upokorzenia by się mnożyły. Dlatego zamknęła rozdział, zatrzaskując za nim drzwi.



