Nie ich to matka, tym pięciorgu… Ale czy śmiałbyś powiedzieć…

Nie była im matką, tej piątce Ale któż by to powiedział

Jegorowi odeszła żona. Nie podźwignęła się po ostatnim porodzie.

Możesz się gryźć, możesz nie gryźć, ale pięcioro dzieci zostało. Najstarszy, Mikołajek, miał dziewięć. Iljusza siedem. Bliźniacy Szymon i Lechu po cztery. A najmłodsza, Olenka, córeczka długo wyczekiwana, ledwie trzy miesiące

Nigdy nie smucić się, gdy dzieci proszą o jedzenie. A gdy już wszystkie ułożone, o północy siedzi w kuchni, kurzy papierosa

Na początku Jegor sam się krzątał, jak mógł. No, szwagierka przyjeżdżała, trochę pomogła. Krewnych więcej nie mieli. Chciała zabrać Szymona z Lechem, mówiąc, że będzie ci lżej. Potem przyszli jacyś dwaj z opieki społecznej.

Proponowali oddać wszystkie dzieci do domu dziecka. Jegor nie zamierzał nikomu oddawać swoich. Jak to oddać własne dzieci obcym? I jak potem żyć? Ciężko, oczywiście, ale co robić? Rośną powoli, w końcu wyrosną.

Starszym czasem udawało się nawet lekcje sprawdzić. Z Olenką było najwięcej kłopotu, to jasne. Ale tu już i Mikołaj z Iljuszem jakoś pomagali.

A i pielęgniarka środowiskowa, Nina Iwanowna, często przychodziła, dbała. Raz obiecała Jegorowi przysłać nianię. W końcu trudno mężczyźnie z niemowlakiem. Mówiła, że dziewczyna dobra, pracowita. W szpitalu jako niania pracuje.

Swoich dzieci, co prawda, nie ma, jeszcze nie zamężna. Ale braci i siostry wychowywała pomagała, z dużej rodziny była, z sąsiedniej wsi. I tak pojawiła się w ich domu Lucyna.

Niewysoka, krzepka, z okrągłą twarzą i niemodnym warkoczem sięgającym pasa. I małomówna. Nie powie słowa za dużo. A jednak wszystko się w domu Jegora zmieniło. Dom zajaśniał wszystko umyte, wyczyszczone.

Ubranka dziecięce połatała, uprała. I za Olenką zdążyła się zaopiekować, i ugotować-usmażyć. W szkole i przedszkolu od razu zauważyli zmiany. Dzieci czyste, schludne, guziki już nie przyszyte czarną nitką na biało, łokcie nie przetarte.

Raz Olenka zachorowała, dostała gorączki. Lekarka powiedziała, że wyzdrowieje, byleby opieka. A Lucyna noce przesiedziała przy niej, sama ani razu się nie położyła. Wyleczyła dziewczynkę. I jakoś tak niezauważenie została w domu Jegora

Młodsi już zaczęli wołać ją mamo, stęsknieni za matczyną czułością. A Lucyna nie skąpiła pieszczot. I pochwali, i po główce pogładzi. I przytuli. No bo dzieci, jak dzieci

Starsi, Mikołajek z Iljuszem, z początku się boczyli, żadnego imienia nie używali. A potem po prostu mówili Lucyna. Ani niania, ani mama po prostu Lucyna. Żeby, znaczy, pamiętać, że swoja mama była No i wiekiem ledwie im za matkę by pasowała.

Rodzina Lucyny była przeciwna.

Po co taki ciężar sobie na kark wieszasz? Chłopców w wiosce mało?

Chłopcy są odpowiedziała ale Jegora mi żal I dzieciaki się przyzwyczaiły, teraz szukać nowej

I tak żyli. Piętnaście lat minęło jak sen Dzieci się uczyły, rosły. Nie zawsze gładko zdarzało się, że i nabroili. Jegor się gniewał, po pas sięgał. A Lucyna go szarpnęła, mówiąc, poczekaj, ojcze, najpierw sprawę rozgryźć trzeba

I pokłócą się, i pogodzą, bywało. Tak, że nikt już w wiosce nie nazywał jej Lucyną. A Ludmiłą Wasylówną wołali, szanowali. Mikołajek w tym roku już żonaty był, pierwszego dziecka czekali.

Młodzi żyli osobno, Mikołaj w PGR-ze pracował. I nie byle jakim mechanizatorem był, co nie rok to dyplom, to premia, ot tak. Iljusz w mieście kończył studia, Lucyna szczególnie nim się chlubiła inżynierem będzie syn.

Wszystko razem robili i psocili w dzieciństwie, i stawali za sobą murem, gdy coś się działo. Olenka do dziewiątej klasy przeszła, też duma Lucyny. I śpiewać, i tańczyć mistrzyni, żadne święto bez niej się nie obędzie.

A Jegor po raz setny myślał, jak to dobrze, że Nina Iwanowna żonę mu wybrała Tego lata Lucyna jakoś poczuła, że coś nie tak z jej organizmem, coś niedobrze. Wiek, nigdy nie chorowała, a tu nagle w oczach się ćmi, mdłości

Jegora z jego papierosami zaczęła na ganek wyganiać, źle się jej robiło. Z początku myślała przejdzie, ale nie. Musiała w końcu do lekarza iść.
Do domu wróciła cicha i zamyślona. Od pytań Jegora się odgarnęła, mówiąc, głupstwa, wszystko w porządku.

Ale wieczorem, gdy wszyscy zasnęli, zawołała Jegora na ganek.

Siadaj, ojcze, pogadać trzeba Wiesz, co mi lekarz powiedział? Dziecko będzie Za późno już cokolwiek robić, trzeba zostawić Powiedziała i twarz rękami zakryła. Wstyd, co za wstyd

Jegor tylko zdziwił się taką nowiną. Tyle lat nie było dzieci i proszę!

Jaki wstyd, matko, starsi już prawie się rozlecieli, we dwoje, czy co, zostaniemy? Widzisz, natura wszystko dobrze ustawiła! Więc przygotowujemy się!

Jak dzieciom powiedzieć? Powiedzą, stara już, a tu jeszcze to

Jaka stara? Trzydzieści dziewięć, toż to nie lata!

Oj, sama nie wiem, co robić, co robić Wstyd

Dobra. Sam powiem. Jutro i powiem. Akurat wszyscy się zbiorą.

I powiedział. Gdy tylko przy stole zasiedli, tak i oznajmił. Że, mówi, moje kochane dzieci, niedługo będziecie mieli jeszcze brata. Albo siostrę. Ot tak.

Lucyna głowę spuściła, w talerzu coś niby wypatrywała, zaczerwieniła się aż po łzy.

Mikołaj, który z okazji niedzieli z młodą żoną u nich gościł, tylko się zaśmiał.

Super, matko! Brawo! To razem z moją rodzicie! Będzie im, maluchom, wesoło rosnąć!

Szymon też się ucieszył:

Dawaj, mamo! Jeszcze brat potrzebny!

A Lechu zaprotestował:

Nie Dziewczynkę. Bo chłopców u nas dużo, a dziewczynka jedna. Rozpieszczona księżniczka

Olenka tylko spojrzała na Lecha.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

5 × cztery =

Nie ich to matka, tym pięciorgu… Ale czy śmiałbyś powiedzieć…