Piasek między palcami

Cisza w domu była gęsta jak smoła, przerywana tylko trzaskiem drewna w piecu. Katarzyna Nowak, kobieta o zmęczonej twarzy pooranej zmarszczkami, śledziła wzrokiem syna, który w milczeniu pakował ostatnie rzeczy do płóciennego worka. Jutro wojsko.

Synku, Wojtku, powiedz mi, co ty widzisz w tej w tej wietrznicy? nie wytrzymała, a jej głos, stłumiony ukrytym bólem, załamał się w szept. Ona ciebie za grosz nie szanuje! Patrzy z góry, a ty tylko o niej myślisz. Dziewczyn we wsi jak mrówków! Na przykład Ania, Kowalska Rozsądna, pracowita, zerka na ciebie, a ty nawet nie zauważasz. Jakbyś ślepy był na wszystko poza tą jedną Magdą.

Wojtek, wysoki, barczysty chłopak z upartą brodą i teraz nachmurzonymi, zwykle dobrymi oczami, nie odwrócił się. Jego palce z wprawą zacisnęły węzeł.

Nie potrzebuję żadnej Ani, mamo. Wszystko postanowione. Od dziecka kocham Magdę. Jeśli ona mnie nie zechce to nie ożenię się wcale. Nie marnuj słów, uspokój się.

Ona cię skrzywdzi, Wojtusiu! Serce mi to mówi! szlochała matka. Ładna, owszem, diabeł wcielony Ale zimna, kapryśna. Jej miejsce w mieście, nie na naszej wsi.

Wojtek w końcu się odwrócił. Jego spojrzenie było nieprzeniknione jak mur.
Koniec tematu.

Tymczasem w sąsiednim domu, pachnącym tanim perfumem i młodością, lustro odbijało zupełnie inny obraz. Magda kończyła wieczorny rytuał: podkreśliła oczy kredką, dokładnie pomalowała usta. Jej wygląd, jaskrawy i wyzywający, krzyczał o pragnieniu, by ją zauważono, schwytano, zabrano daleko stąd.

Magda, gdzie się tak wystroiłaś? dobiegł z kuchni głos matki. Znowu na potańcówkę? A potem hulanki do rana? Chociaż Wojtka zaproś. Chłopak jak złoto! Technikum kończy, nie byle kto. Robotników najął, z ojcem dom stawia mówi, dla przyszłej żony. A sam tylko na ciebie patrzy, zakochany po uszy.

Magda prychnęła, obracając się przed lustrem, podziwiając odbicie.
Twój Wojtek to prostak jakich mało. Dom stawia Młodość raz się żyje, mamo! Trzeba się bawić, a on haruje jak wół, nigdzie nie wychodzi. Młodość minie i nie będzie co wspominać. Nie potrzebny mi on, słyszysz? Ani trochę. Nawet nie próbuj.

I, niczym motyl, wyfrunęła z domu, zostawiając za sobą tylko chmurę drażniącego zapachu.

Jesień tamtego roku była złota i gorzka. Wojtek, otrzymawszy dyplom, dostał też powołanie. Rodzice urządzili skromne, ale serdeczne pożegnanie. Przyszła i Magda z matką jako najbliższe sąsiadki.

Wojtek w nowym, niewygodnym garniturze szukał okazji. Serce waliło mu w gardle. Złapał Magdę w korytarzu, nieśmiało przytuloną do ściany.

Magduś zaczął, a głos mu zdradliwie zadrżał. Mogę pisać do ciebie? Wszyscy żołnierze piszą do swoich dziewczyn. A ja nie mam dziewczyny. Może zgodzisz się być moją? Choć na odległość?

Magda spojrzała na niego z pobłażliwością, jak na miłego, ale natrętnego szczeniaka. Zastanowiła się.
No, pisz. Jak będzie humor odpowiem. Nie będzie nie gniewaj się. Dobrze?

To wystarczyło. Jego twarz rozjaśniła się taką nadzieją, takim blaskiem, że Magda na moment spuściła wzrok. Prawie się zawstydziła.

Odpisywała na jego listy pisane starannym wojskowym charakterem. Ale po szkole rzuciła się w wir miasta, na pedagogikę. Szara wieś została za plecami, wraz z naiwnymi żołnierskimi wyznaniami. Korespondencja urwała się nagle.

Jej matka tylko wzdychała, cicho marząc, by córka opamiętała się, doczekała Wojtka, osiadła, a studia można skończyć zaocznie byle była wola. Ale Magda słuchać nie chciała.

Skończę studia, wyjdę za miejskiego, inteligenta! I nigdy-nigdy nie wrócę do tej zapadłej, zapomnianej przez Boga wioski! wrzeszczała w histerii, gdy matka próbowała wspomnieć o wiejskim zalotniku.

Ale los okrutnie się z niej naśmiewał. Pierwszy egzamin wypracowanie oblała z hukiem. Gorzka ironia: nie miała na kogo zwalić winy. W wiejskiej szkole brakowało nauczycieli. Polski i niemiecki prowadziła jedna osoba Niemka, Elza Hildebrand. Niemiecki znała świetnie, polski ledwie. Magda, jak większość klasy, nie umiała dobrze ani jednego, ani drugiego.

Ale Magda nie umiała długo rozpaczać. Miasto kusiło światłami, szybko znalazła pocieszenie w czarującym i cynicznym Edwardzie. Edek kończył prawo i mieszkał sam w trzypokojowym mieszkaniu, gdy rodzice pracowali na północy.

Magda szybko się do niego wprowadziła. By nie być ciężarem, znalazła pracę w stołówce. Nie jako kucharka woziła wózek z pierogami po halach, czując na sobie oczy robotników.

W mieszkaniu Edka szybko się zadomowiła: posprzątała zaniedbane pokoje, gotowała barszcz i przynosiła z pracy pierogi. Wyobrażała sobie, że jest panią domu, niemal żoną. Mieszkanie jest, mężczyzna perspektywiczny. Może o dzieciach pomyśleć. Kochała Edka do zawrotu głowy. Był ucieleśnieniem miejskiego życia, o którym marzyła.

Mieszkała z nim prawie rok. Aż pewnego wieczoru, zimnego i deszczowego, Edek, rozwalony na kanapie, powiedział bez emocji:
Magda, koniec zabawy. Miłość przeszła, znudziłaś mi się. Wyprowadź się. Rodzice wracają.

W środku coś się urwało i skamieniało. Ale dumna, już nauczona miejskiej brutalności, nie pokazała po sobie. Spokojnie spakowała rzeczy do tej samej walizki i poszła do koleżanki. Dopiero gdy drzwi się zamknęły, po policzkach popłynęły ciche, gorzkie łzy.

A po dwóch tygodniach, u koleżanki, zrozumiała, że z ciałem dzieje się coś dziwnego. Nudności rano, zawroty głowy. Wizyta u lekarza pogrzebała iluzje.

Jest pani w ciąży. Za późno na aborcję stwierdziła sucho starsza ginekolog, patrząc znad okularów.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwanaście − 4 =

Piasek między palcami