Sprawa wygląda tak: niedługo odwiedzą nas goście, więc musicie się gdzieś na chwilę wynieść.

Było tak: lada dzień mieli do nas przyjść goście, więc musicie gdzieś iść.

Było tak, lada dzień mieli do nas przyjść goście, więc musicie gdzieś iść. Sami rozumiecie, że z wami żadne święto się nie uda. Synku, to gdzie mamy pójść? Nie mamy tu nikogo spytała mama. No, skąd mam wiedzieć? Przecież sąsiadka ze wsi kiedyś was zapraszała, to może tam pojedźcie.

Władysław Nowak i Bronisława Kowalska po sto razy żałowali, że posłuchali syna i sprzedali swój dom.

Może tam było ciężko, ale to był ich dom. Tam byli gospodarzami. A tutaj?

Bały się wychodzić ze swojego pokoju, żeby nie wzbudzić gniewu synowej Katarzyny. Drażniło ją dosłownie wszystko. Jak chodzą, szurając kapciami. Jak piją herbatę, jak jedzą.

Jedyną osobą w mieszkaniu, dla której byli potrzebni, był wnuk Tomek.

Dorosły chłopak, przystojniak, ale kochał swoich staruszków do szaleństwa. I jeśli matka podniosła przy nim głos, natychmiast spotykała się z jego reakcją.

Ale syn Witold czy bał się żony, czy po prostu było mu wszystko jedno nigdy nie stanął w obronie rodziców.

Tomek nawet jadał kolacje z babcią i dziadkiem. Tylko że rzadko bywał w domu. Był na praktykach. Dla wygody mieszkał bliżej pracy, w akademiku. Przyjeżdżał tylko na weekendy.

Staruszkowie czekali na wnuka, to było jak święto. A tu już i Nowy Rok za pasem. Tomek przyjechał wczesnym rankiem, tylko po to, żeby wszystkich z nim powitać.

Wszedł do pokoju swoich staruszków.

Przyniósł każdemu ciepłe, ładne skarpety i rękawiczki. Wiedział, że ciągle marzną, więc postanowił ich tym ucieszyć. Dziadkowi zwykłe rękawiczki, babci z haftem.

Bronisława przytuliła rękawiczki do twarzy i rozpłakała się.

Babciu, co się stało? Nie podobają ci się?

Ależ skąd, kochany. Są najpiękniejsze. Takich drogich w każdym sensie w moim życiu jeszcze nie było.

Przytuliła wnuka i ucałowała. Tomek zaczął całować dłonie babci. Robił to od dziecka. Jej ręce zawsze czymś pachniały. To jabłkami, to ciastem. Ale przede wszystkim ciepłem i miłością.

Dobrze, kochani, wytrzymajcie tu beze mnie trzy dni. Pojadę z chłopakami odpocząć, a potem wrócę.

Odpoczywaj, kochany powiedziała babcia. My poczekamy.

Tomek spakował torbę, pożegnał się ze wszystkimi i wyszedł. Staruszkowie wrócili do swojego pokoju.

Po godzinie usłyszeli, jak Katarzyna wrzeszczy na męża, że mają przyjść goście, a w domu starzy. Niech ich gdzieś wyniosą. Wstyd przed ludźmi, nie można się rozluźnić.

I gdzie potem gości położyć spać. Witold próbował coś odpowiedzieć, w stylu a gdzie ja ich podzieję?, ale Kasia nawet słuchać nie chciała.

Staruszkowie siedzieli cicho jak myszy, nawet po herbatę nie wyszli do kuchni. Władysław wyciągnął z ukrycia wafle, podzielił się z żoną.

Usiedli przy oknie i w milczeniu zaczęli jeść. Bały się nawet odezwać. W oczach Bronisławy drżała łza. Jak boleśnie i smutno jest dożyć stanu, w którym jest się nikomu niepotrzebnym.

Na dworze robiło się coraz ciemniej. Do pokoju wszedł Witold.

Było tak, lada dzień mieli do nas przyjść goście, więc musicie gdzieś iść. Sami rozumiecie, że z wami żadne święto się nie uda.

Synku, to gdzie mamy pójść? Nie mamy tu nikogo spytała mama.

No, skąd mam wiedzieć? Przecież sąsiadka ze wsi kiedyś was zapraszała, to może tam pojedźcie.

Jak mamy jechać? Autobus już nie jeździ, a i nie wiemy, gdzie jest dworzec. I czy ona w ogóle jeszcze żyje.

No nie wiem, krótko mówiąc, Kasia powiedziała, że macie godzinę na spakowanie się.

Witold wyszedł. Władysław i Bronisława patrzyli na siebie. Każde powstrzymywało łzy. Zaczęli się pakować, a tu i podarunki wnuka się przydały.

Ubrali się cieplej. W milczeniu wyszli z domu. Na dworze było już prawie ciemno. Ludzie wokół krzątali się, spiesząc po swoich sprawach.

Bronisława wzięła męża pod rękę i powoli ruszyli w stronę parku. Po drodze wstąpili do małej kawiarenki. Zamówili herbatę i kanapki, bo cały dzień nic nie jedli.

Przesiedzieli w kawiarni prawie godzinę. Strasznie nie chciało im się wychodzić. Na dworze wiał wiatr, zaczął padać śnieg. Zbliżała się noc, a mróz stawał się coraz silniejszy. W parku była mała altanka. Para postanowiła się w niej schronić.

Przynajmniej jakiś dach nad głową. Usiedli, przytuleni do siebie. Bronisława przyglądała się rękawiczkom na swoich dłoniach. Władysław spojrzał na żonę i powiedział:

Dobrze, że nasz wnuk ma dobre serce, w przeciwieństwie do swoich rodziców.

Tak, obiecaliśmy Tomkowi, że wytrzymamy, a nie potrafiliśmy odparła babcia.

Czas mijał, śnieg nie ustawał. W oknach migotały choinki. Wielu w domach już siedziało przy stole, żegnając stary rok. Nagle u stóp Bronisławy i Władysława pojawił się pies.

Takie śliczne spaniel. Zaczął skomleć. Wspiął się łapkami na kolana babci. Ta uśmiechnęła się i pogłaskała go.

Przyjacielu, a ty co tu robisz sam? Zgubiłeś się? spytała Bronisława.

Nagle z oddali dobiegł kobiecy głos.

Lordzie, do mnie, gdzie jesteś? Czas do domu. No gdzie jesteś? Kochanie, gdzie jesteś?

Dziewczyna usłyszała, jak zaszczekał jej pies.

Lordzie, Lordzie! Idę do ciebie. Co się stało?

Dziewczyna dotarła do altanki. Jej pies stał łapkami na kolanach starszej pani i szczekał. Patrząc na staruszków, Ola zrozumiała, że siedzą tu już długo.

Przepraszam, Lord jest łagodny, nikogo nie skrzywdzi. Wybaczcie pytanie, ale dawno tu siedzicie?

Dawno, córeczko, masz ślicznego pieska, dobrego.

A dlaczego nie idziecie do domu? Przecież jest strasznie zimno i za godzinę Nowy Rok.

Staruszkowie milczeli.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

cztery × 5 =

Sprawa wygląda tak: niedługo odwiedzą nas goście, więc musicie się gdzieś na chwilę wynieść.