Wracałam od matki, która mieszkała w sąsiedniej wsi. Był wieczór, gdy autobus przyjechał na dworzec autobusowy. Zaczęłam przedzierać się przez tłumy pasażerów na placu w kierunku wyjścia i wtedy usłyszałam:
– Ciociu, czy Ty przypadkiem nie chcesz mieć dziecka?
Nie wierzyłam własnym uszom, ale serce mnie bolało. Nie mogłam mieć własnych dzieci i z tego powodu zostawił mnie mąż. A teraz mam 48 lat i jestem samotna, ale marzenie o dzieciach mnie nie opuszcza. Podjęłam decyzję o przyjęciu dziecka z domu dziecka, już zaczęłam zbierać dokumenty i nagle to: „Nie chcesz mieć dziecka?”.
Nagle rozejrzałam się i zobaczyłam chudą dziewczynkę z dzieckiem na ręku:
– Tak! Tak łatwo ją oddajesz?
– Tak po prostu, nie mam nic, co mogłabym dać jej do jedzenia. Skończyło się mleko, a ona nie chce jeść kaszki…
– Jak masz na imię?
– Jestem Lena, a to jest moja siostra Weronika. Ma cztery miesiące, je tylko mleko, ale niewiele, więc jej pokarm jest tani, weź ją proszę.
– Jestem ciocia Ewa. Lena, czy Twoi rodzice nie mieliby nic przeciwko, gdybym zabrała Twoją siostrzyczkę, żeby ją nakarmić?
– Mamy tylko tatusia. Wyszedł dwa dni temu i do tej pory nie wrócił. Myślę, że ucieszyłby się, gdyby miał kogoś, kto zająłby się Weroniką, zawsze krzyczy na nią, że płacze. Ciociu, czy nie chcesz wziąć dziecka?
Ze słów Leny i wyglądu dzieci wynikało, że pochodzą z rodziny dysfunkcyjnej. Ich twarze były brudne, a ubrania nieodpowiednie do pogody. Trzeba było natychmiast coś zrobić. W mojej głowie kołatała się myśl, że te dzieci zostały mi podarowane z góry i że nie na próżno przygotowałam dokumenty adopcyjne. W pierwszej kolejności należy znaleźć ojca, który pozostawia swoje dzieci na dłuższy czas bez opieki.
– Lena, daj mi Weronikę. Chodź, pokaż mi, gdzie mieszkasz, może ojciec już przyszedł, muszę zapytać go o zgodę.
– Chodź, to niedaleko. Lena nagle posmutniała i do oczu napłynęły jej łzy.
– Lena, co się stało? Dlaczego płaczesz?
– Ciociu Ewo, tak mi przykro, że muszę oddać moją siostrę, bardzo ją lubię, ale tak będzie dla niej lepiej… Sąsiadka powiedziała, że i tak niedługo zabiorą nas do domu dziecka.
– Ale może wtedy zamieszkasz ze mną, żeby nie musieć rozstawać się z siostrą?
– Czy to możliwe? Jestem dużą dziewczynką.
– Jest to całkiem możliwe, o ile ojciec wyrazi na to zgodę, a wydział spraw opiekuńczych zatwierdzi taką możliwość. Czy nie szkoda zostawić tatusia?
– Będę odwiedzać tatę, ale nie chcę z nim mieszkać, wolałabym pójść do sierocińca, ciągle go nie ma, a do domu wraca pijany, wrzeszczy i gotuje tylko kaszę. A kiedy przychodzą jego goście, zabieram Weronikę na spacer, aż do zmroku, kiedy ich już nie ma. W tym momencie zaczęły mi łzawić oczy.
Powoli dotarliśmy do ich domu i spotkaliśmy się z ojcem przy bramie. Mężczyzna miał silnego kaca. Z jego wyglądu można było wywnioskować, że pił dłużej niż jeden dzień. W tym momencie za butelkę sprzedałby nie tylko dzieci, ale wszystko. W jakiś sposób udało mi się wytłumaczyć temu człowiekowi, że chcę adoptować jego dzieci. Mimo że czuł się źle, pomyślał o tym i powiedział:
– Ile byś za chciała żeby je zabrać? Ile potrzebujesz?
– Dwadzieścia tysięcy! – odparłam.
– Zgadzam się! Ale po ponownym wystawieniu wszystkich niezbędnych dokumentów. Skoro dzieci są u Ciebie, to i tak ich nie potrzebuje.
– Pozwól im odejść, ale pamiętaj, dwadzieścia tysięcy i nie mniej. Spodziewam się tego.
– Dobrze, obiecuję.
Nagrałam całą rozmowę na magnetofon i poszłam z nią do kuratorium. Natychmiast odebraliśmy ojcu prawa rodzicielskie i złożyliśmy wszystkie dokumenty adopcyjne. Funkcjonariusze aresztu poradzili mu, żeby nic nie płacił, tylko żeby był wdzięczny, że nie postawiliśmy go przed sądem. To był cenny „zakup”, którego dokonałam przy wyjściu z dworca autobusowego.




