Do kogo? Janina Kowalska wraz z Mikołajem wyszła na ganek i patrzyła na przybysza.
Do pani Janiny Kowalskiej! Jestem wnuczką, a właściwie prawnuczką. Córką Aleksandra najstarszego syna pani Janiny.
Janina siedziała na ławce zalanej słońcem, ciesząc się pierwszymi ciepłymi dniami. Wiosna wreszcie nadeszła. Jedynie Panu Bogu było wiadomo, jak Janina przetrwała tę zimę.
Nie przeżyję kolejnej takiej zimy! pomyślała z ulgą. Nie bała się już odejścia. Wręcz czekała na ten moment. Pieniądze dawno odłożyła, ubranie kupiła. Nic już jej na tym świecie nie trzymało.
***
Kiedyś miała wielką rodzinę męża, Stanisława Nowaka, wysokiego, silnego mężczyznę, i czworo dzieci trzech chłopców i dziewczynkę. Żyli zgodnie, pomagali sobie, rzadko się kłócili. Dzieci po kolei dorastały i rozjechały się w świat.
Dwaj najstarsi poszli na studia, później osiedlili się w miastach. Średni nigdy nie był pilnym uczniem, ale wyrósł na człowieka, który odniósł sukces w biznesie i wyjechał za granicę. Córka także nie została w rodzinnej wsi poleciała do Warszawy i wkrótce wyszła za mąż.
Z początku dzieci często odwiedzały rodziców. Pisały listy, a gdy pojawiły się telefony komórkowe dzwoniły. Przyszły wnuki. Janina raz po raz pakowała starą walizkę i jechała pomagać w opiece.
Z czasem jednak i wnuki wyrosły z jej troski. Coraz rzadziej ją zapraszano, coraz rzadziej dzwoniono. A o przyjeździe do rodzinnego domu dzieci całkiem zapomniały nie było na to czasu. Praca, rodzina, własne dorastające dzieci.
Powodem do odwiedzin stała się dopiero wiadomość o śmierci Stanisława Nowaka. Wydawało się, że taki silny mężczyzna dożyje setki. Ale los zdecydował inaczej.
Po pogrzebie dzieci rozjechały się. Na początku dzwoniły do matki, lecz z czasem i te rozmowy ucichły.
Janina próbowała dzwonić sama, lecz szybko zrozumiała, że nie jest im potrzebna, i odpuściła. Tak minęło ostatnich dziesięć lat. Raz na rok któryś z dzieci przypomniał sobie o niej, wtedy przez tydzień chodziła z uśmiechem.
Pewnego dnia Janina znów siedziała na ławce i rozmyślała.
Dzień dobry, ciociu Janino! za płotem stał młody mężczyzna i uśmiechał się szeroko. Nie poznaje mnie pani?
Janina zmrużyła oczy:
Mikołaj? To ty?
Tak, ciociu! uradowany wszedł na podwórze.
Mikołaj był synem sąsiadów, którzy nie potrafili przeżyć dnia bez kłótni. Jak długo Janina go pamiętała zawsze był głodnym, zaniedbanym chłopcem. Z litości dokarmiała go, oddawała ubrania po swoich dzieciach i pozwalała nocować, gdy rodzice urządzali kolejną awanturę.
Nie wytrzymali długo w takim życiu. Odeszli. Mikołaja zabrano do domu dziecka, a potem ślad po nim zaginął.
Gdzie ty byłeś przez te wszystkie lata? spytała wzruszona.
Najpierw w domu dziecka, potem służba, a później studia. Wróciłem do rodzinnej wsi. Będę ją odbudowywał!
Co tu już odbudowywać? machnęła ręką Janina. Wszyscy wyjechali.
Nic to! Dam radę!
I tak zaczęło się dla Janiny nowe życie. Mikołaj zatrudnił się u Malinowskiego największego rolnika w okolicy.
W wolnym czasie remontował swój stary dom po rodzicach, a Janinie pomagał w gospodarstwie. Kobieta znów się uśmiechała. Nazywała Mikołaja synkiem. Tak minęły trzy lata.
Wyjeżdżam, ciociu powiedział pewnego dnia z wymówką. Malinowski zupełnie oszalał. Każe harować, a płacić nie chce. Jadę na zarobek. Nie gniewaj się!
Co ty, Mikołaju, o jakim gniewie mowa? Jedź z Bogiem!
I znów Janina została sama. Czasem samotność dawała się we znaki. Tak mijały dni w oczekiwaniu na koniec. A jednak coś ją tu trzymało.
****
Dzień dobry, ciociu Janino! rozległ się znajomy głos. Kobieta podniosła wzrok i zobaczyła za płotem Mikołaja.
Mikołaj? Czy to naprawdę ty?
Ja, ciociu! wysoki, dobrze ubrany mężczyzna wszedł na podwórze. Wróciłem! Na dobre!
Ojej! Co za radość! zakrzątała się Janina. Wchodź, wchodź! Zaraz nastawię czajnik!
Czajnik to dobrze! roześmiał się. Tylko najpierw wpadnę do domu. Nie wiedziałem, że cię zastanę, nie wziąłem prezentów!
W pół godziny później szczęśliwa Janina i równie uradowany Mikołaj siedzieli przy stole, pili herbatę z pięknych filiżanek i nie mogli się nagadać.
Już myślałam, że czas na tamten świat, Mikołaju otarła łzę.
Gdzie tam! pogroził palcem. Teraz dopiero zaczniemy żyć! Zarobiłem trochę, założę własne gospodarstwo. Nie masz prawa odejść!
Gospodarze! Jest ktoś w domu? dźwięczny głosik przerwał ich rozmowę. Janina wyjrzała przez okno i zobaczyła młodą dziewczynę w krótkim płaszczyku i szpilkach.
Do kogo? Janina z Mikołajem wyszli przed dom.
Do pani Janiny Kowalskiej! Jestem prawnuczką. Córką Aleksandra najstarszego syna pani Janiny.
Kobieta i mężczyzna wymienili spojrzenia.
Dzwoniłam, ale telefon był wyłączony! Postanowiłam przyjechać na chybił trafił.
No to wchodź! zdezorientowana Janina zaprosiła dziewczynę, a Mikołaj podbiegł po walizkę.
Janina i Mikołaj patrzyli, jak Weronika z apetytem zajadała ciasto i opowiadała o sobie.
Nie lubię miasta. Chcę mieszkać na wsi! Ale rodzice nie rozumieją. Dziadek Aleksander zaproponował, żebym u was pomieszkała. Mówi, że jak przeżyję tu trochę, to mi przejdzie! Dzwonili do pani. I tata, i ja. Ale nie mogliśmy się dodzwonić. Wybaczcie! Nie będę ciężarem! Mam pieniądze! A tata i dziadek przysłali prezenty!
Mieszkaj, ile chcesz! w końcu powiedziała Janina. To dla mnie radość!
Minął miesiąc. Janina obserwowała, jak Weronika sprawnie pracuje w ogrodzie. Nie widać było po niej miasta!
Z pomocą Mikołaja dziewczyna przekopała zaniedbany ogród,



