Nie ma tu normalnych

Słuchaj, opowiem Ci historię, którą ledwo mogę uwierzyć, że się wydarzyła, ale tak naprawdę to było w samym sercu Mazur, przy jeziorze Śniardwy.

Tosia Nowak zeskoczyła z łodzi pachnącej żywicą i mokrą roślinnością przy brzegu i od razu poczuła, że nie wróci już tam, skąd przybyła. Powietrze było wilgotne, przesycone zapachem sosny, mchu, ryby i jakiegoś nieokreślonego aromatu, jakby cała przyroda oddychała w jednym rytmie.

Witaj, przywitał ją przewodnik w kamizelce rybackiej, chłopak o imieniu Marek Zieliński. To baza Żywe Wody. Rozstaw namiot, gdzie ci wygodnie. Toaleta tam po lewej. Jeśli chcesz pomóc, jutro o ósmej rano spotykamy się na brzegu i sprzątamy teren.

Tosia skinęła głową. Słowo pomóc nie wywołało strachu, ale cisza cisza. Po raz pierwszy od miesięcy nikt nie zadawał jej pytań: Jak się masz?, Już się ogarnęłaś?, Znowu będziesz prowadzić zajęcia?. Nikt nie patrzył na nią ze współczuciem ani z niepokojem.

Rozbiła namiot na niewielkim wzniesieniu przy samym brzegu. Usiadła na pniu, zdjąła buty i zanurzyła stopy w lodowatej wodzie. Po raz długi nie popłakała się.

Dwie tygodnie później Tosia nosiła wiadra, kopała rowy, myła garnki. Ręce były podrapane, plecy bolały od ciężkiego sprzętu, ale w głowie panowała cisza. Na bazie krążyli studenci, biolodzy, byli programiści, artyści i wolontariusze z całej Polski trochę dziwacy, trochę zagubieni.

Pewnego wieczoru podeszła do niej Jagoda Kowalczyk, dziewczyna z rudymi dredami i głosem jakby z chórka ludowego.

Czym byłaś? zapytała.
Nauczycielką historii sztuki w Uniwersytecie w Toruniu.
Dlaczego odjechałaś?
Syn zmarł rok temu, utopił się. Nie miałam już słów.

Jagoda nie wydała okrzyku, tylko skinęła:

Rozumiem. Mój tata zmarł na raka w grudniu. Wyjechałam tutaj, bo inaczej zwariowałabym.

Tu nie zwariują? dopytała Tosia.
Zwariować można wszędzie, ale tutaj nie straszy to tak bardzo.

Tosia po raz pierwszy się uśmiechnęła. Zaczęła rysować na kartkach z recyklingu: rzekę, ptaki, ludzi przy ognisku, a czasem swojego syna w kamizelce rybackiej z wiosłem, który się uśmiechał.

Pewnego dnia jej rysunki powiesiono na sznurze przy stołówce. Wieczorem każdy przyniósł coś własnego zdjęcia, wiersze, wyroby z kory.

Ogłaszam Dzień Samowyrażenia! zakrzyczał Andrzej Wróblewski, wysoki, nieco kudłaty koordynator. Pokażcie, kim byliście, kim jesteście, kim chcecie być!

A Ty? spytała Tosia.
Byłem marketerem, teraz noszę topór i naprawdę to lubię. odpowiedział z uśmiechem.

Oboje roześmiali się i przestali wstydzić swoich blizn.

Trzeci miesiąc przyniósł niepokój, ale nie z lasu, a z miasta. Na łódce przybyły matka i siostra Tosi Maria i Weronika w jaskrawych kurtkach, z ogromnymi torbami i twarzami pełnymi krytyki.

Tosiu! Zwariowałaś?! krzyknęła matka przy jej namiocie. Gdzie jesteś? To ludzie dzicy! Co ty sobie wyobrażasz! Czy to w ogóle legalne?

Weronika przeglądała się, jakby szukała, gdzie się pożalić.

Martwiliśmy się o ciebie! Nie odbierasz telefonu, nie odpisujesz, zniknęłaś jak nastolatka. A przy okazji masz prawie czterdzieści lat! Jesteś nauczycielką!

Tosia milczała, a ludzie przy ognisku zamarli. Jagoda podeszła od tyłu i dotknęła jej ramienia:

Chcesz?
Nie, dam radę sama.

Matka wciąż lamentowała:

My myślełyśmy, że jesteś w depresji. Chcemy cię zabrać do domu, rozmawialiśmy z terapeutą, mówi, że potrzebujesz rehabilitacji.

To właśnie moja rehabilitacja, mamo.

Nie bądź głupia. Śpisz w namiocie! Noszisz wodę! Chodzisz z obcymi!

Oni nie są obcy. A ty dawno mnie nie słuchasz.

Weronika wtrąciła:

To ty nas nie słyszysz, Tosiu. Jesteśmy twoją rodziną!

Gdzie byliście, kiedy leżałam pod kocem tygodniami? Kiedy nie mogłam wstać? Kiedy codziennie myślałam, że lepiej byłoby umrzeć zamiast niego?

Staraliśmy się pomóc! odpowiedzieli.

Nie. Dzwoniliście i mówiliście: Zbierz się, jesteś silna. Silna to nie pomoc, to wymówka, żeby nie być przy tobie.

Na chwil

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć × dwa =

Nie ma tu normalnych