Nowo narodzone szczęście 🌺🌼🌸

Panie, przestań pan chodzić za mną krok w krok! Mówiłam już, że noszę żałobę po mężu. Nie prześladuj mnie pan! Boję się pana! prawie krzyczałam.

Pamiętam, pamiętam Ale mam wrażenie, że ta żałoba jest bardziej nad panią samą. Wybaczcie nie ustępował mój wielbiciel.

Przebywałam w sanatorium. Pragnęłam ciszy i śpiewu leśnych ptaków, nie zaś natrętnych zalotów. Mój mąż zmarł nagle. Potrzebowałam ochłonąć, oswoić się z nieodwracalną stratą.

Z mężem, Olkiem, zaczęliśmy remontować mieszkanie. Oszczędzaliśmy, odmawialiśmy sobie wszystkiego, aż tu nagle Olekowi zrobiło się słabo, karetka nie zdążyła pomóc. To był drugi zawał. Po pogrzebie zostałam bez drugiej połowy i bez remontu. Za to z dwoma nastoletnimi synami. Ręce mi opadały. Jak przeżyć tę stratę?

W pracy zaoferowali mi pobyt w sanatorium. Opierałam się. Nie chciałam nawet wychodzić z domu. Koledzy nalegali:

Nie jesteś pierwszą wdową i nie ostatnią. Masz dzieci. Trzeba żyć! Jedź, Marysiu, odpocznij. Uporządkuj myśli.

Więc pojechałam, choć z ciężkim sercem.

Minęło czterdzieści dni od śmierci męża. Ból wciąż nie ustępował.

W sanatorium zamieszkam z wesołą dziewczyną, Wiką. Promieniała radością, co mnie nawet irytowało. Nie miałam ochoty dzielić się z nią swoim smutkiem. Po co zawracać głowę młodej dziewczynie? Do niej zalecał się animator. Wiadomo, w takich miejscach zawsze pełno samotnych, rozwiedzionych lub owdowiałych mężczyzn. Mnie nie oszukasz Przestrzegałam Wikę przed tym uwodzicielem. Na pewno żonaty, może nawet po raz drugi czy trzeci.

Wika się tylko śmiała:

Oj, nie straszcie mnie, Marysiu! Ja już w życiu niejedno widziałam

I doświadczona Wikusia wieczorami uciekała na randki. Ja przez tydzień nie wychodziłam z pokoju. Czytałam książkę, choć nie pamiętam o czym, wpatrywałam się w telewizor, choć nie widziałam ekranu.

Pewnego ranka obudziłam się w znakomitym nastroju. Wyjrzałam przez okno cudownie! Pomyślałam, że przejdę się po lesie, posłucham ptaków, odetchnę świeżym powietrzem. I wtedy spotkałam go.

Zauważyłam go wcześniej w jadalni. Ten niski mężczyzna z bezczelnym spojrzeniem od razu mi się nie spodobał. Był o głowę niższy. Brrr Niesympatyczny typ.

Ale był schludny, starannie ogolony, ubrany jak od święta. Przy każdym obiedzie kłaniał mi się z przesadną uniżonością. Odwzajemniałam skinieniem głowy z grzeczności. Aż pewnego razu podszedł do mojego stolika.

Smutno pani? zapytał aksamitnym głosem.

Nie odparłam sztywno.

Nie oszukujmy się, proszę pani. Na twarzy maluje się pani smutek. Może mogę pomóc? nie ustępował natręt.

Zgadł pan. Żałoba po mężu. Jeszcze jakieś pytania? sięgnęłam po serwetkę i uniosłam się z krzesła, dając do zrozumienia, że rozmowa skończona.

Przepraszam, nie wiedziałem. Współczuję. Ale może się poznamy? Walenty śpieszył się, jakby bał się, że ucieknę.

Marysia burknęłam i wstałam.

Od tej pory Walenty przy każdym posiłku siadał przy moim stoliku i wręczał mi bukiecik dzwonków. Te kwiaty rosły tu wszędzie. Przyznaję, było mi miło. Ale nie zamierzałam wdawać się w romans.

Walenty nie rezygnował. Zaczął towarzyszyć mi na wieczornych spacerach. Co więcej, specjalnie wkładałam buty na płaskim obcasie, żeby nie było dysonansu. A Walenty wcale nie przejmował się swoim niskim wzrostem ani błyszczącą łysiną. Pewnie uwodził kobiety głosem. Nigdy nie słyszałam tak magnetycznego barytonu. Chyba wpadłam w mistrzowsko zastawioną sieć.

Zaczęliśmy chodzić na wieczorne potańcówki, jeździć do miasta po owoce Mój adorator raz po raz próbował zaprosić mnie do swojego pokoju. Ale ja, jak drewniany żołnierzyk, nie ulegałam.

W końcu Walenty przypomniał mi:

Maryśka, jutro wyjazd. Może wpadniesz do mnie wieczorem na herbatkę? Hm?

Pomyślę odparłam wymijająco.

Nadszedł ostatni wieczór. Postanowiłam nie robić Walentowi nadziei, choć wiedziałam, jak to się skończy

Stół był pięknie nakryty, pełen smakołyków. Pewnie pożyczył sztućce z jadalni pomyślałam z rozbawieniem. Walenty z galanterią podsunął mi krzesło. Nie wiadomo skąd wzięło się szampan.

Zaczynamy, Marychno? Nie wiem, jak jutro się rozstaniemy. Zostaw adres. Na pewno przyjadę powiedział z nutą smutku.

Zapomnisz w drugi dzień. Znam was, mężczyzn. Za co pijemy, Walusiu? byłam gotowa na wszystko.

Nie domyślasz się? Za miłość, Maryś, za miłość! wzniósł toast.

Obudziliśmy się w objęciach. Boże, czemu tak się opierałam przez cały pobyt? Dlaczego od razu nie poszłam do niego? Stracony czas! Jednym słowem zakochałam się jak dziewczynka. A dziś trzeba pakować walizki i wracać do domu.

Żegnałam się z Wiką. Siedziała na łóżku i płakała.

Co się stało, Wicusiu? zapytałam.

Jestem w ciąży, Marysiu. Nie wiem, od kogo szlochała.

Ten twój animator narozrabiał? próbowałam dociec, kto jest ojcem.

Nie wiem. Poznałam jeszcze jednego Z sąsiedniego domu wczasowego. Żonaty tłumaczyła się doświadczona Wika.

Oj, Wicuś. Dzwonić do rodziców, niech przyjadą. Jak oni cię tak samą puścili? Chodźmy do dyrektora, może coś poradzi pouczałam.

Wika wybiegła w łzach. Tak, dziewczyno, jeszcze się w życiu nacierpisz

Pakowałam się z ciężkim sercem. Te dwadzieścia cztery dni stały się takie bliskie. Zwłaszcza Walusiu

Podjechał autobus. Walenty przyszedł mnie pożegnać. Z bukietem dzwonków. Zaczęłam płakać, mocno go przytuliłam. To już koniec. Przepiękny, lecz krótki romans. Gdy

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

19 − szesnaście =

Nowo narodzone szczęście 🌺🌼🌸