Cicha kobieta powiedziała głośno
Kazimierzu Piotrowicz! Ile można wytrzymać?! Drugi raz w tym tygodniu zalewasz mi mieszkanie! krzyczała sąsiadka z dołu, wymachując mokrą szmatą tuż przed nosem Weroniki Krystyny.
Już przeprosiłem! Kaloryfer cieknie, hydraulika wezwałem! tłumaczył się mężczyzna stojący w drzwiach w samych bokserkach i podkoszulku.
Przeprosił! A co ja mam zrobić z sufitem? Tapety świeżo przykleiłam! Wy tam w ogóle na nic nie patrzycie?
Weronika stała za plecami męża, zaciskając pięści. Sąsiadka Danuta Marianna miała rację, ale Kazimierz, jak zwykle, nie chciał słuchać. Kaloryfer faktycznie przeciekał od miesiąca, a on ciągle odkładał naprawę.
No co pani wrzeszczy jak przekupka na targu! nie wytrzymał Kazimierz. Naprawię, mówiłem przecież!
Kiedy naprawisz? Jak mi całe mieszkanie zaleje? Danuta Marianna była wściekła, jej siwe włosy rozczochrały się, a policzki płonęły.
Weronika cicho podeszła do męża, dotknęła jego ramienia.
Kaziu, może jutro rano znajdę hydraulika, dobrego. Mam telefon do jednego fachowca szepnęła.
Zostaw! Sam się tym zajmę! odburknął mąż, nawet się nie odwracając.
Danuta Marianna spojrzała na Weronikę ze współczuciem. Kobiety znały się od ośmiu lat, odkąd Krystynowie wprowadzili się do tego mieszkania, ale przez cały ten czas sąsiadka nigdy nie słyszała, żeby Weronika Krystyna podniosła głos. Zawsze cicha, zawsze uległa, zawsze przepraszająca za męża.
Dobrze, Weroniko Krystyno, wiem, że to nie twoja wina. Ale zróbcie coś w końcu! Danuta Marianna odwróciła się i poszła w stronę klatki schodowej.
Kazimierz trzasnął drzwiami i poszedł do kuchni, gdzie na kuchence stał barszcz. Weronika szła za nim, jak zawsze, w milczeniu.
Czego się nachmurzyłaś? mruknął mąż, siadając się do stołu. Nalej barszczu.
Weronika wzięła chochlę, ale ręce jej drżały. Krople czerwonego barszczu spadły na czysty obrus, który rano prasowała.
Niezdara! burknął Kazimierz. Nawet normalnie nalać nie potrafisz!
Przepraszam szepnęła Weronika i szybko wytrzeła plamę serwetką.
Przy obiedzie mąż opowiadał o pracy, narzekał na szefa, na kolegów, na wszystkich po kolei. Weronika kiwała głową, od czasu do czasu wtrącając: Tak, oczywiście albo Masz rację. Tak było zawsze, przez dwadzieścia trzy lata ich małżeństwa.
Po obiedzie Kazimierz położył się na kanapie oglądać mecz, a Weronika poszła zmywać naczynia. Przez kuchenne okno widać było, jak sąsiadka wiesza pranie na balkonie. Danuta Marianna zauważyła jej wzrok i pomachała ręką. Weronika nieśmiało odwzajemniła gest.
Wieczorem, gdy mąż zasnął przed telewizorem, Weronika cicho ubrała się i zeszła do sąsiadki. Danuta Marianna otworzyła drzwi w szlafroku, z kubkiem herbaty w ręce.
Weroniko Krystyno! Wejdź, wejdź! Herbaty się napijesz?
Dziękuję, nie trzeba. Tylko na chwilę. Chciałam zobaczyć, jak u was z sufitem.
W łazience rzeczywiście było smutno. Na suficie rozlewała się duża żółta plama, a w rogu zaczynała odklejać się taśma tapety.
Okropność! westchnęła Weronika. Danuto Marianno, wybaczcie nam, proszę! Jutro sama znajdę fachowca, sama zapłacę!
Ależ co wy, Weroniko Krystyno! Nie w pieniądzach rzecz. Proszę, po prostu mam już dość. Sami widzicie, jaki wasz mąż ma charakter Zawsze wszystkich obwinia, a sam nic nie chce załatwić.
Weronika spuściła wzrok. Sąsiadka miała rację, ale nie potrafiła tego głośno przyznać.
On się męczy w pracy, denerwuje cicho tłumaczyła.
Weronika, a wy jak żyjecie? nagle zapytała Danuta Marianna. Znam was tyle lat i nigdy nie widziałam, żebyście się uśmiechnęli. Zawsze tacy smutni chodzicie.
Normalnie żyję. Co wy Weronika zmieszała się od bezpośredniego pytania.
Dzieci macie?
Nie. Jakoś nie wyszło.
A chcieliście?
Weronika długo milczała, w końcu skinęła głową.
Chciałam. Bardzo chciałam. Ale Kazimierz mówił, że jeszcze za wcześnie, potem że pieniędzy nie ma, potem że nie jest gotowy. A teraz już za późno.
Danuta Marianna postawiła kubek na stole, podeszła do Weroniki.
A czego wy sami chcecie? Nie Kazimierz, a wy osobiście?
Nie wiem szczerze odpowiedziała Weronika. Już nawet nie pamiętam, czego chcę. Tak długo myślałam tylko o tym, czego on potrzebuje
Weroniko Krystyno, a przecież jesteście piękną kobietą. I wcale nie starą, czterdzieści pięć lat to nie wiek! Dlaczego siebie tak umniejszacie?
Weronika spojrzała na swoje odbicie w lustrze w przedpokoju. Rzeczywiście, twarz jeszcze nie stara, oczy pełne życia, figura szczupła. Ale wyraz twarzy zmęczony, jakby wygaszony.
Nie umniejszam. Tylko tak wyszło. Nie umiem głośno mówić, kłócić się. Mama mówiła, że dobra żona powinna być mężowi posłuszna.
A wasza mama była szczęśliwa?
Weronika zamyśliła się. Mama zawsze cicha, zawsze w cieniu ojca. Tata decydował, rozkazywał, a mama kiwała głową. Ale szczęśliwej jej nie pamiętała.
Chyba nie cicho przyznała.
Widzicie. A wy powtarzacie jej drogę.
Gdy Weronika wróciła do domu, w mieszkaniu było cicho. Kazimierz chrapał na kanapie, w pokoju śmierdziało wódką widocznie po jej wyjściu sięgnął po butelkę. W kuchni w zlewie stała brudna miska, na stole leżały okruchy.
Zaczęła sprzątać odruchowo, ale nagle się zatrzymała. Spojrzała na śpiącego męża, na bałagan, który narobił w pół godziny jej nieobecności. Coś w niej zadrżało, jak napięta struna.
Rano Kazimierz obudził się z kacem, zły i rozdrażniony.
Gdzie śniadanie? burkn


