Na krawędzi przetrwania

„Na łasce ptaków”

Pani Halino, dziś o szóstej jest wywiadówka Jakuba. Trzeba iść do szkoły, bo z Wojtkiem nie zdążymy. Żeby pani nie zapomniała, zadzwonię przed piątą i przypomnę oznajmiła synowa Kasia z przedpokoju, jednocześnie poprawiając szminkę.

Kasieńko, niech lepiej wy sama idziecie. Słuch mam słaby, a tam tyle rodziców. Wszyscy coś gadają, a ja tylko się denerwuję odparła Halina Stefanowa, wychodząc z pokoju.

Pani Halino, no przecież Wojtek pracuje do nocy, a ja mam raporty. I tak pani siedzi w domu! Znowu to samo warknęła zirytowana Kasia.

Kasiu, ja nie siedzę bezczynnie. Sprzątam, chodzę po zakupy, gotuję obiad dla Kuby A mam już przecież sześćdziesiąt siedem lat upierała się Halina.

Widzę, że pani dziś ma ochotę na awanturę. Będzie mi pani wypominać, że gotuję zupę wnukowi! A to pani jedyny wnuk, trzeba dodać! Wojtek, no powiedz coś! Kasia była już wściekła, zwracając się do męża.

Mamo, no serio. Idź i już. Posiedzisz, posłuchasz. Jak będą zbierać na coś pieniądze, od razu pisz, przeleję. Przecież to nic wielkiego Nie rozumiem, po co ta kłótnia spokojnie odpowiedział Wojtek, syn Haliny.

Nie mogę dzisiaj. Miałam swoje plany cicho powiedziała Halina.

No to niech pani zajmuje się swoimi planami! Wszyscy przyjdą rodzice, a nasz syn jak sierota! Dziękuję za zepsuty humor! krzyknęła Kasia i wybiegła z mieszkania, trzaskając drzwiami.

Właśnie, że wszyscy rodzice powiedziała Halina i wróciła do pokoju.
Wojtek pokręcił się chwilę w przedpokoju, poprawił krawat przed lustrem, wziął laptopa i również wyszedł.

Wychodzę. Kuba, nie spóźnij się do szkoły na pierwszą lekcję. Po tych słowach drzwi znów zatrzasnęły się głośno.
W mieszkaniu zapanowała cisza…

Dwunastoletni Kuba był już gotowy do wyjścia. Kilka minut do szkoły postanowił spędzić grając na konsoli. Miał słuchawki na uszach i nie słyszał, co działo się w domu. A właściwie nie słyszał nic…

…Halina Stefanowa siedziała w swoim pokoju na małej kanapie i patrzyła przez okno. Przez pięć lat, które spędziła w tym ciasnym pokoiku, zdążyła dokładnie poznać widok za szybą. Róg kamienicy naprzeciwko, brzoza, krzaki dzikiej róży i kawałek placu zabaw wszystko to znała aż za dobrze. Bo większość wolnego czasu spędzała właśnie tak siedząc i wpatrując się w okno. Od dawna czuła, że w mieszkaniu syna traktują ją jak niańkę i służącą. I tak właśnie było. A przecież kiedyś żyła zupełnie inaczej…

…Halina urodziła się w zwyczajnej rodzinie. Od dziecka była skromną i grzeczną dziewczynką. Wszystko miała jak inni: szkołę, potem studia, pierwszą pracę po rozdysponowaniu. Nie została jednak w obcym mieście. Wróciła w rodzinne strony.

Znalazła pracę w lokalnej fabryce. Tam poznała przyszłego męża. Młody kierownik działu, Jan, od razu zwrócił na nią uwagę. Ona też mu się spodobała. Po kilku miesiącach wzięli ślub. Później urodził się synek Wojtuś.

Halina marzyła jeszcze o dziewczynce. Ale szczęśliwe plany się nie spełniły. Pewnego dnia do fabryki przyjechała młoda technolog z miasta. Mówili, że ma za zadanie wdrożyć nowe procesy produkcyjne. Elżbieta, bo tak miała na imię, faktycznie wdrożyła te procesy. A przy okazji odebrała Halinie męża.

Na początku kobieta wierzyła, że mąż wróci. Ale Jan sam złożył pozew o rozwód, mówiąc, że zawsze marzył o życiu w dużym mieście. A tu taka okazja Elżbieta kobieta z klasą, z mieszkaniem i miejską metryką. Jednym słowem, Jan wyjechał, by zacząć nowe życie, zostawiając Halinę z małym synkiem. Co prawda płacił alimenty regularnie, ale życiem syna nigdy się nie interesował.

Halina Stefanowa nigdy specjalnie nie narzekała na los. Ciężko pracowała, chciała dać synowi wszystko, co najlepsze, i wychować go na porządnego człowieka. Jedyn

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

cztery + sześć =

Na krawędzi przetrwania