Losu nie oszukasz

I wszelako losu nie oszukasz

Najlepsze przyjaciółki, Zosia i Kinga, przyjaźniły się od dzieciństwa, mieszkały w tej samej wsi, a wszyscy uważali, że ich przyjaźń to woda sodowa nie uderzyła do głowy. Obie urodziwe, choć Zosia wydawała się delikatniejsza i spokojniejsza, a Kinga jak ogień, żywiołowa i wojownicza.

W liceum wszyscy wiedzieli, że po Zosi wzdychał Tomek, lecz ona nie traktowała poważnie jego zalotów. Prawda, że łechtało to jej dumę chłopak chodził za nią krok w krok, przynosił kwiaty, choć byle jakie, codziennie prosił na spacer i nawet wyznał miłość. Ale Zosia tylko uśmiechała się w odpowiedzi temu przystojnemu, lecz nieśmiałemu Tomkowi. I może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby nie stanął między nimi zadufany w sobie Krzysztof, który chciał zdobyć wszystkie ładne dziewczyny naraz.

Ciemnowłosy, o piwnych oczach Krzysztof dumnie kroczył szkolnymi korytarzami, nie dając spokoju dziewczynom. Obie przyjaciółki też się w nim zakochały, początkowo nawet żartowały:

Wyobraź sobie, Zosiu, jaka szczęśliwa będzie ta, która dostanie takiego przystojniaka za męża śmiała się Kinga.

A Krzysztof czuł, że podoba się obu, uważał się za Don Juana, umawiał się z nimi na zmianę. Tydzień z jedną, tydzień z drugą. W końcu i dziewczyny zaczęły się na siebie złościć przez niego. To rywalizowanie podsycało tylko jego ego. Lubił je drażnić, choć i o uczuciach nie zapominał.

Pewnego dnia przyjaciółki pokłóciły się o Krzysztofa na zabój i czekały, kogo w końcu wybierze. Gdy Zosia spotkała go, oznajmiła:

Krzyśku, spodziewam się twojego dziecka. Co zrobimy?

Serio? zdziwił się, drapiąc się po głowie. No cóż, co robić? Pobierzemy się, nie ma nad czym myśleć. Dziecko musi mieć ojca. Mam nadzieję, że zgodzisz się wyjść za mnie? Innej rady nie ma

Los podjął za nich decyzję, i Krzysztof się ustatkował. Tydzień później mieli szkolny bal. Wtedy przyjaciółki niespodziewanie się pogodziły, porozmawiały i niby wszystko wyjaśniły. Zosi wydawało się, że rozmowa z Kingą była szczera, życzyły sobie nawzajem szczęścia. Ale myliła się Kinga odeszła z ukrytą urazą i żarotliwą złością w sercu.

Było wesele Krzysztofa i Zosi, we wsi hucznie i wesoło, a potem zaczęli żyć małżeńskim życiem. Żyło im się dobrze, spokojnie, urodził się syn Maciuś. Mieszkali w swoim domu, który Zosia odziedziczyła po babci. Krzysztof starał się, wyremontował, rozbudował był zdolnym stolarzem. Ale pracował jako kombajnista i znał się na mechanice.

Nastały ciężkie czasy, kryzys uderzył, Zosia pracowała w księgowości, ale ją zwolnili. W PGR wszystko się zamykało, już i kombajnistów redukowali, choć Krzysztofa na razie oszczędzono, wysyłając na długi urlop.

Krzyśku, co robić? Maciuś wyrasta z ubranek, a w tym roku idzie do pierwszej klasy. Buty na nim ledwo trzymają się, kalosze popękały. A zaraz zima przyjdzie, wszystkie ciepłe rzeczy trzeba będzie kupić na nowo mówiła zgnębiona Zosia.

Krzysztof zgadzał się z żoną ich prawie siedmioletni Maciuś szybko niszczył ubrania. A kryzys dosięgnął ich PGR. Główna księgowa, Wiesława, współczuła Zosi, bo była bardzo sprawna w pracy, chwytała wszystko w lot. Spotkawszy ją w sklepie, powiedziała:

Zosiu, córka mi mówiła, że w powiecie, w Urzędzie Skarbowym, potrzebują sekretarki. Prawda, że pracy tam mnóstwo. Córka sama by poszła, ale jest w ciąży, już jej nie przyjmą, rodzić za trzy miesiące.

Oj, dziękuję, Wiesiawo Stanisławo! Jutro rano pojadę autobusem ucieszyła się Zosia.

Rano wyruszyła do powiatu i, przekroczywszy próg Urzędu Skarbowego, usiadła na ławce, czekając, aż zaproszą ją do kadr. Wiedziała już, że pensja niewielka, obowiązków dużo, ale to jej nie przerażało gdy nie ma się nic, nie boi się pracy. W końcu wezwano Zosię do gabinetu.

Dzień, dobry powiedziała nieśmiało.

Dzień dobry, proszę wejść, usiąść odcięła młoda kobieta w okularach, a głos wydał się Zosi znajomy.

Kobieta miała na sobie elegancki garnitur, jaskrawo pomalowane usta i okulary. Spojrzała w monitor, potem podniosła głowę, a Zosi aż serce podskoczyło.

Kinga?! wykrzyknęła radośnie. No nie wierzę! Co za spotkanie!

Zosia też się zdziwiła Kinga. Ile to lat minęło, a ty taka sama. Wychodzi na to, że to ty ubiegasz się o tę posadę dodała już z lekką wyższością.

Tak, ja odparła Zosia wesoło.

A jak będziesz dojeżdżać ze wsi do powiatu codziennie? ton Kingi był powściągliwy, zbyt spokojny.

Jak? Autobusem, jeżdżą często. Lepiej powiedz, Kinga, jak sama się masz? Wyrwałaś się po szkole do miasta na studia.

Tak. Skończyłam ekonomię, potem wróciłam tu i znalazłam pracę. Awansowałam, jak widzisz kieruję tu działem odpowiedziała Kinga spokojnie.

Brawo szczerze pochwaliła ją Zosia. Widzisz, jak dobrze wyszło, razem się uczyłyśmy, teraz może i pracować będziemy razem.

Kinga odchyliła się na oparcie fotela, arystokratycznym gestem poprawiła włosy.

Obawiam się, że nic z tego, Zosiu odparła uprzejmie. Potrzebujemy kogoś z powiatu, pracy mnóstwo, trzeba zostawać po godzinach, a ty musisz łapać autobus. Czasem i w weekendy. Poza tym już mamy kandydata, dziś przyjdzie na rozmowę. Więc, Zosiu, nie wyszło.

W gabinecie zapadła cisza. Kinga wpatrywała się w monitor, a Zosia poczuła się tu niepotrzebna, jakby nie było o czym mówić.

Dlaczego od razu nie powiedziałaś, że ktoś już jest? No trudno, pójdę wstała powoli i skierowała się do drzwi. Może wiesz, gdzie jeszcze szukać pracy?

Nie wiem. Ż

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

siedem + czternaście =

Losu nie oszukasz