**Miłość na całe życie**
Gdy miałam czternaście lat, na moje barki spadły domowe obowiązki, opieka nad chorą matką i nauka w szkole. Marzyłam, by zostać lekarzem.
Mamo, skończę studia i będę cię leczyć. Na pewno wstaniesz. Jesteś jeszcze młoda mówiłam, choć w ukryciu płakałam z bezsilności w swojej małej izdebce.
Mieszkaliśmy we trójkę w podwsi pod Krakowem. Wszyscy znali się nawzajem, a ojciec nigdy nie pomagał matce, nie mówiąc już o ciepłych słowach. Był szorstki, obojętny. Gdy tylko mama, Weronika, zachorowała, spakował swoje rzeczy i wyszedł z domu.
Najpierw nie zrozumiałam, co się dzieje. Myślałam, że wyjeżdża służbowo, aż stanął w drzwiach i rzucił:
Odchodzę na zawsze. Takie życie nie dla mnie, a już tym bardziej z chorą żoną. Potrzebuję zdrowej kobiety. Ty sobie poradzisz. Pieniądze będę przesyłał.
Myślałam, że żartuje, ale drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Mama leżała i uśmiechała się.
Mamo, jak to? Jak teraz będziemy żyć?
Jakoś przeżyjemy, córeczko. Co on nam dał? Tylko złość. Idź do wujka Marka, powiedz, żeby przyszedł.
Poszłam. Od dawna zauważałam, jak Marek patrzył na mamę inaczej niż ojciec. Zawsze uśmiechnięty, przynosił jej kwiaty i czekoladki, gdy tylko mógł. Pewnego razu, gdy miałam trzynaście lat, podsłuchałam, jak mówił:
Weroniko, kocham cię. Bez względu na wszystko.
A mama tylko westchnęła:
Innemu oddana, wierna zostanę. Daj spokój, Marku.
Gdy dorosłam, zapytałam:
Czemu wyszłaś za ojca, a nie za wujka Marka?
Mama się zdenerwowała i nie odpowiedziała.
Wkrótce stało się najgorsze. Mama złamała nogę, a potem okazało się, że ma narośl na kości. Nie mogła wstać z łóżka. Wtedy ojciec odszedł. Na zawsze.
Gdy poszłam do Marka, od razu zrozumiał, że coś jest nie tak.
Wujku, mama prosi, żebyś przyszedł.
A twój ojciec?
Odszedł. Wczoraj.
Nie musiałam nic więcej mówić. Przyszedł i został. Długo rozmawiali z mamą, a potem po prostu z nami zamieszkał. Dbał o nią jak nikt inny woził po lekarzach, kupował leki. Powoli mama wróciła do zdrowia.
Aga, ucz się dobrze. Zostaniesz lekarzem mówił, wierząc w to mocniej niż ja.
Ludzie plotkowali:
Patrzcie, sąsiad przy chorobie się kręci. Pewnie dlatego mąż uciekł.
Marek udawał, że nie słyszy, ale bolało go to. Z czasem mama znów zaczęła chodzić, najpierw o lasce, potem sama. Aż wreszcie wzięły ślub. Byli najszczęśliwsi.
Gdy urodziła się Zosia, nasza radość była pełna. Ja skończyłam medycynę, rodzice cieszyli się życiem.
Aż pewnego dnia Marek nie obudził się rano. Serce. Mama nie potrafiła bez niego żyć. Odeszła trzy miesiące później.
Zostałyśmy z Zosią same. Wróciłam do rodzinnego domu, by się nią opiekować. Nauczycielki ją chwaliły, uczyła się świetnie. Gdy tylko mogłyśmy, jeździłyśmy na cmentarz.
W końcu ustawiłyśmy pomnik piękny, z ich podobiznami, uśmiechniętymi, przytulonymi do siebie.
Kochali się całe życie powiedziałam pewnego dnia do nieznajomej kobiety, która przyglądała się grobowi.
Taką miłość trzeba upamiętnić odparła.
Wtedy poczułam ulgę. Spełniłam swój obowiązek. Teraz mogłam zacząć własne życie. Od roku spotykałam się z Arturem, kardiologiem. Czekał cierpliwie.
Teraz czas na nas powiedziałam, spokojna, że rodzice są razem. Na zawsze.
*Dzienniki pisane nocą uczą jednego: prawdziwa miłość nie umiera. Tylko czeka, aż się z nią spotkamy.*



