**Dziennik, 12 maja 2024**
Wracając z delegacji w okolicach Radomia, jechałem autostradą, rozmyślając o życiu. Dzień był pochmurny, zaczął kropić deszcz, a szyba w mgnieniu oka pokryła się kroplami. Samochody z naprzeciwka mijały jeden za drugim.
Byłem w terenie służbowo pracuję jako komornik w większej wsi. Wyjechałem na trzy dni, ale sprawy załatwiłem szybciej, więc wracałem do domu. Tym bardziej że żona, Kasia, miała urodziny. Kupiłem jej nowe ubrania, trochę kosmetyków oczywiście, sprzedawczyni doradziła, bo sam niewiele się na tym znam
Jechałem całą noc, zmęczenie dawało się we znaki, a do tego jeszcze ten deszcz.
Skrócę drogę pomyślałem. Pojadę przez sąsiednią wieś, będzie bliżej. Autostrada to zbędny objazd. Droga tam gruntowa, ale nic już ranek.
Tak też zrobiłem. Z Kasią żyjemy od dziesięciu lat, syn, Szymek, ma właśnie dziesięć lat. Żona zaszła w ciążę od razu, chociaż urodził się przed czasem. Ale co tam chłopak rośnie dzielny, bystry jak rzadko który.
Czułem zmęczenie, ale do domu było jeszcze z piętnaście kilometrów. Świt wstawał, ale deszcz tylko przybierał na sile. Nagle głuchy łomot w maskę. Hamuję gwałtownie. Przelatuje mi przez głowę:
Dobrze, że nie pędziłem. Chyba kogoś potrąciłem. Las obok, może jakieś zwierzę wyskakuję z auta.
Na drodze leżała kobieta, parasolka rzucona na bok. Ogarnął mnie strach. Potrąciłem człowieka. Może żyje? Pochyliłem się, podniosłem ją i zaniósłem na tylne siedzenie.
Żyje, na szczęście jechałem wolno pomyślałem, a potem zwróciłem się do niej: Jak się pani czuje? Zawiozę panią do szpitala, wieś już blisko wskazałem na widoczne w oddali domy.
Kobieta złapała się za nogę.
Nie trzeba szpitala, nic poważnego. Tylko trochę boli, pewnie stłuczenie.
Kim pani jest? spytała, podnosząc głowę.
Spojrzałem jej w oczy i zamarłem. Ona też była w szoku i to podwójnym.
Patrzyliśmy na siebie, aż w końcu oboje otrząsnęliśmy się.
Iza? wykrzyknąłem.
Marek? zdziwiła się równie mocno.
No, proszę, takie spotkanie powiedziałem. Więc tu jesteś? A ja cię szukałem. A ty tylko piętnaście kilometrów ode mnie.
Sam



