Pragnienie rodziny

Marek marzył o rodzinie
W życiu nie tylko kobietom nie układa się w sprawach serca mężczyźni też cierpią. Marek był jednym z nich. Stał przed trudnym pytaniem co jest z nim nie tak?

„Trzydzieści osiem lat na karku, a szczęścia jak nie było, tak nie ma. Dwa razy próbowałem raz na papierze, drugi raz bez ślubu. I co? Nic z tego nie wyszło. Gdzie jest moje szczęście? Dlaczego mnie omija? Może źle szukam, może trafiam na nie te kobiety?”

Marek był dobry jak chleb. Zawsze gotów pomóc, zawsze pierwszy, by osłonić innych przed złem. Nawet znajomi mówili mu wprost:

„Marku, ty powinieneś być świętym Mikołajem. Nie starczy ci dobroci dla wszystkich, nie da się każdego ogrzać.”

Ale taka już była jego natura. Mieszkał z rodzicami na wsi, w dużym domu z gospodarstwem. Złota rączka spawał, prowadził ciężarówkę, zbierał meble, naprawiał pralki, znał się na elektryce. Dlatego we wsi był na wagę złota. Ale o to nie chodziło. Pracował na zmianach, zarabiał przyzwoją kasę. A kiedy wracał do domu odpocząć, sąsiedzi zaraz go oblegali. U jednego coś się zepsuło, u drugiego też awaria.

„Synku, dlaczego nie potrafisz odmówić?” narzekała matka. „Przyjeżdżasz zmęczony po robocie, a tu znowu harujesz. Tam zapracujesz się, tu nie ma chwili wytchnienia.”

„Mamo, ludziom też trzeba pomóc.”

„Ludzie są sprytni, synu. Robisz wszystko za free, a oni to wykorzystują. Innych braliby za pieniądze, ale po co ci płacić?”

„E, mamo, nie ubędzie mi od tego.” zawsze odpowiadał.

Gdy miał dwadzieścia dwa lata, ożenił się z Kasią. Była młodsza o dwa lata, ładna i żywa jak iskra. Matce Marka nie przypadła do gustu.

„Za żonę trzeba brać stateczną, cichą dziewczynę, a nie taką jak ta Kasia. Ona w swoim wieku już niejedno widziała, a ty poznałeś ją miesiąc temu i od razu do ołtarza. Kto cię tak gonił?” warknęła matka.

„Za tobą, mamo, nigdy dobrze nie będzie. Cokolwiek zrobię, i tak nie pasuje. No co Kasia ci zawiniła? Żywa? No to dobrze, bo ja taki nie jestem. Są chłopy zaradne, a ja? Ciągle w cudzych cieniach.”

„Dobrze, już milczę.” odparła matka. „Ale potem nie mów, że cię nie ostrzegałam.”

Mieszkali w domu rodziców, choć Marek miał osobne wejście od drugiej strony, więc teściowa nie zawsze widywała synową. Gospodarstwo prowadził Marek z ojcem. Matka doiła tylko krowę.

Gdy wyjeżdżał na zmianę, Kasia zaczynała hulaszcze życie. Wypatrywała, kiedy zgasną światła u rodziców to znaczyło, że poszli spać. Wtedy cicho się ubierała i wychodziła tylną furtką. Nie szła przez bramę, bo teściowa mogła ją zobaczyć przez okno. Przechodziła przez ogród i szła do klubu na tańce. Czasem któryś z miejscowych chłopaków, albo nawet z sąsiedniej wsi, odprowadzał ją potem do domu.

Pewnej nocy teściowej zrobiło się słabo i ojciec Marka poszedł na ich część domu Marka akurat nie było. Drzwi stały otworem, na dworze noc, a Kasi ani śladu. Zamarł.

„Gdzie ta Kasia się podziewa? Męża nie ma, i jej nie ma.” pomyślał i ruszył do sąsiadki.

Zofia, matka Eli, przybiegła pomóc. Teściowa jęczała z bólu głowy, tak że nie mogła otworzyć oczu. Na szczęście Zofia miała przy sobie ciśnieniomierz. Przyniosła leki i zmusiła ją, by je wzięła.

Rano teść poszedł do Kasi, a ta jak gdyby nigdy nic, właśnie wstała.

„Gdzie się ty włóczysz po nocach? Jak się mąż wybiera na robotę, to zaraz masz ochotę hasać?”

„W domu spałam.” skłamała Kasia, nie wiedząc, że teść był u niej o pierwszej w nocy.

„Nie kłam. Przyszedłem o pierwszej”

„A czego ty, stary, chciałeś ode mnie o tej porze? Jak Witek wróci, wszystko mu powiem.” próbowała się wykręcić.

„Twojej teściowej było słabo, myślałem, że pomożesz. Może po felczera byś skoczyła. Musiałem po Zofię iść.”

„Dobra, nie wrzeszcz. Byłam u mamy, bo jej też było niedobrze. Siedziałam tam do trzeciej.” odpowiedziała synowa, a teść się zastanowił może i racja ma.

Markowi rodzice nic nie powiedzieli, ale pewnego razu wrócił z pracy tydzień wcześniej. I to późnym wieczorem. Na stacji spotkał sąsiada, Jacka, który też wracał skądś. Żadnego transportu w ich stronę nie było, więc poszli piechotą trzy kilometry leśną drogą. Samemu byłoby strasznie, ale Jacek miał latarkę, a we dwóch raźniej. I tak lepiej niż czekać do rana na stacji. Jesień była sucha.

Marek zapukał w okno zawsze tak robił, gdy wracał. Tu była ich sypialnia, Kasia zwykle tam spała. Ale tym razem długo nie otwierała. W końcu usłyszał jakieś szuranie, a potem wydawało mu się, że w kuchni otworzyło się okno. Podszedł i zobaczył, jak jakiś facet wyskoczył na zewnątrz.

Marek zaniemówił, a Kasia zrozumiała, że mąż ją przyłapał. Otworzyła drzwi, wypuściła obcego, a ten, schylając głowę, przemknął obok Marka i zniknął w ciemności.

„Kto to był?” zapytał ostro.

„Nikt. Co cię to obchodzi? Facet i już.”

„Nie wiedziałem, że jesteś taka lekkich obyczajów. Męża nie ma, żona w pląsy”

Nazajutrz Kasia zabrała rzeczy i poszła do matki. Marek po pewnym czasie wniósł o rozwód.

„No i co, synu, teraz rozumiesz, czemu ci mówiłam o Kasi? A ty nie wierzyłeś. Proszę bardzo.”

„Odpuść, mamo.” tylko tyle odpowiedział.

A po jakimś czasie Kasia przyszła do niego i rzuciła:

„Mam usunąć dziecko, czy urodzić? Twoje jest.”

„Skoro moje, to rodź. Będę pomagał.”

I tak już dziewięć lat płaci alimenty, kupuje synowi ubrania. Jak tylko Kasia czegoś potrzebuje, od razu leci do niego.

„Krzysiek kurtkę podarł, trzeba nową. Buty mu się rozleciały, daj pieniądze.”

Marek zawsze daje. Matka narzeka:

„Głupi jesteś, nawet nie wiesz, czy to twój syn. Ludzie mówią, że do ciebie niepodobny

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

trzy × 4 =

Pragnienie rodziny