Ile goryczy trzeba przełknąć, ilu bliskich stracić, przez co przejść, by dotrzeć do prawdziwego szczęścia?
Zastanawia się nad tym często Bożena, która ma czterdzieści osiem lat i wciąż czeka na coś dobrego. Jej życie nie było usłane różami, ale nie traciła nadziei. A teraz stała, mrugając powoli, wpatrzona w płomienie pożerające ich dom. Iskry strzelały wysoko w nocne niebo, a światło ognia oświetlało zebranych ludzi. W końcu nadjechała straż pożarna.
**Strata wszystkiego**
Strażacy w pośpiechu rozwijali węże, aż wreszcie potężny strumień wody wdarł się w wir płomieni. Zrobiło się duszno, Bożena, przyciskając chusteczkę do nosa, ze zgrozą patrzyła na swoją spaloną przeszłość. Spłonęło wszystko: meble, kuchnia, ubrania cały ich świat. Nic nie udało się uratować. Dom, w którym mieszkała z mężem ponad dwadzieścia pięć lat, stał się popiołem.
Bożenko, chodź do mnie, twój Wiesiek już siedzi u nas na podwórku z moim mężem ciągnęła ją za rękaw Zofia, sąsiadka, z którą przez lata żyły w zgodzie.
Siedzi, nawet nie myśląc, że przez niego wszystko spłonęło. Ledwo go obudziłam, gdyby nie to szeptała Bożena, a łzy spływały po jej policzkach. O, Zosiu, dopiero teraz zrozumiałam, jak bardzo przywiązałam się do tych ścian machnęła ręką w stronę pogorzeliska. Do każdego przedmiotu, do zdjęć, do wspomnień
Nic się nie martw, Bożenko, wszystko jeszcze będzie. Masz niecałe pięćdziesiąt lat, jesteś jeszcze młoda pocieszała ją Zofia.
Weszły na podwórko, gdzie siedział Wiesiek, mąż Bożeny, i Stanisław, mąż Zofii. Wiesiek dopiero otrząsał się po wczorajszej libacji, ale widział, że pożar mocno nim wstrząsnął.
Bożka, co się stało? zapytał żonę. Dlaczego się zapaliliśmy?
Dlaczego? Bo zasnąłeś z papierosem w ustach. Upadł pod łóżko, a kiedy cię budziłam, płomienie już się rozchodziły mówiła przez łzy. Ile razy cię ostrzegałam? I co mamy? Nic.
Wiesiek siedział przygnębiony, po jego twarzy też spływały łzy. Patrzył zamglonymi oczami na dom, który kiedyś własnoręcznie zbudował.
Bożka, wybacz mi, na litość boską. Już nie będę pił, przysięgam przy sąsiadach. Na Boga przeżegnał się. Pojedziemy do domu moich starych. Niby rudera, ale podreperujemy. Obiecuję, Bożka.
Jego rodzice dawno odeszli, pozostawiając zaniedbany dom. Bożena i Wiesiek grzebali w pogorzelisku, ale nic nie znaleźli. Wiesiek dotrzymał słowa od tamtej pory nie pił. Być może stres go odmienił.
**Zostały tylko wspomnienia**
Bożena szła ze sklepu i przystanęła przed swoim pogorzeliskiem. Wspomnienia nagle ją przygniotły, usiadła na ocalałej ławeczce przed furtką. Jak to było, gdy z Wieskiem wprowadzili się tu przed ćwierćwieczem? Pamiętała, jak wybierali tapety, farby, meble. W sylwestra Wiesiek stawiał choinkę pod sufit, a oni skakali wokół niej, ubierając bombki. Ach, jak cieszyły się córki! Pierwszego stycznia biegły sprawdzić, co przyniósł im Święty Mikołaj.
*Ile dziecięcych tajemnic i śmiechu pamiętały te ściany…* myślała Bożena. *A ile moich łez i zmartwień? Stąd córki biegły do szkoły, stąd odleciały w dorosłość.*
**Nie udało się ułożyć życia**
Dwie córki, prawie rówieśnice, były z pierwszego małżeństwa. Wyszła za mąż za Janka, gdy jeszcze nic nie rozumiała. Okazało się, że nie pasują do siebie nie potrafili ułożyć nawet codzienności. Janek był niedojrzały, nie mógł się nacieszyć wolnością. A ona, ledwo zaszła w ciążę, siedziała w domu, podczas gdy on włóczył się po okolicy. Urodziła dwie córeczki, wciąż mając nadzieję, że się ogarnie. Mieszkali wówczas w mieście powiatowym, gdzie Janek znał wszystkich.
Gdzie tam, ogarnąć się wypowiedziała głośno, nawet nie zauważając, że mówi do siebie. Nie posłuchałam matki, a ona wiedziała, co mówi.
Janek miał motocykl. Pewnego dnia wracali z rodzicami z wsi, córki były u teściowej. Wpadli w wypadek. Zginął na miejscu, a ona długo leżała w szpitalu. Musiał mieć ją w opiece mocny anioł wyzdrowiała, dzieci nie zostały sierotami.
Były to lata dziewięćdziesiąte. Straciła pracę i postanowiła wrócić z dziećmi na wieś, do matki. W pobliżu mieszkał Wiesiek z rodzicami, którzy często popijali, czasem i on z nimi.
Pewnego dnia zobaczył Bożenę z córkami i od razu się zakochał. Była urodziwa, zgrabna. Pewnego wieczoru podszedł i zaproponował spacer.
Bożka, chodź, pogadamy spotkał ją kiedyś po pracy.
Poszli, rozmawiali, choć krótko.
Wyjdź za mnie odezwał się pewnego dnia. Bardzo cię kocham, a twoje dziewczynki będę traktował jak własne. Buduję dla nas dom.
Zgodziła się. Wiedziała, że go nie kocha, ale chciała stabilności dla córek. Wiesiek był pracowity, kochający. Tylko rodzice ciągnęli go w dół nie zawsze potrafił odmówić. Może pił, bo czuł, że Bożena nie kocha go tak, jak on ją.
Dlaczego mi się tak nie wiedzie? myślała, siedząc na ławce. Kiedy wreszcie będę szczęśliwa? Jedno mnie cieszy córki wyrosły na dobrych ludzi.
**Kolejne nieszczęście**
Ale to nie był koniec. Wiesiek wyremontował dom po rodzicach, nie pił jakby olśnienie go nawiedziło. Życie zaczęło się układać. Aż pewnego dnia dostał udaru. Niedługo potem Bożena pochowała go.
Płynęły szare, nudne dni praca, dom. Radość przynosiły tylko odwiedziny dzieci i wnuków.
Pewnego przedświątecznego dnia Bożena wybrała się do miasta. Chciała kupić prezenty i jedzenie. Przechodząc koło postoju taksówek, wsiadła do jednej. Kierowca miły, rozmowny mężczyzna podał jej wizytówkę.
Nazywam się Mikołaj powiedział. Jeśli będziesz potrzebować pomocy, dzwoń.
Schowała kartkę, zapominając o niej. W sylwestra przyjechaliNa wiosnę, gdy kwitły jabłonie w ogrodzie, Bożena i Mikołaj stanęli przed ołtarzem, a jej wnuki rzucały płatki róż pod ich stopami, jakby życie wreszcie postanowiło się uśmiechnąć.



