Samotny ojciec

W DOWIE

Kazimierz zakochał się w Elżbiecie jeszcze w szkole podstawowej. Niska, drobna, z mnóstwem rudych piegów na nosie. Taką ją zobaczył po raz pierwszy i już wtedy, w szóstej klasie, przepadł za nią bez pamięci.

Elżbieta była od niego młodsza o trzy lata. Uczyła się zawsze na piątkach, była skromna i nieśmiała. A Kazimierz z każdym rokiem przywiązywał się do niej coraz bardziej. Podglądał ją na przerwach, gdy skakała na skakance z koleżankami na szkolnym podwórku. Lekka, jak jasny motyl.

Gdy wrócił z wojska, tego samego dnia przyszedł do Elżbiety z bukietem kwiatów, by prosić o jej rękę.

Ojciec Elżbiety był surowym, poważnym mężczyzną. Długo rozmawiał z Kazimierzem w osobnej izbie, a potem, z uśmiechem na twarzy, podał mu dłoń córki.

Wesele było huczne. Przyjechali nawet najdalsi krewni. Młodych życzono przez trzy dni. Oczy Elżbiety błyszczały szczęściem, a Kazimierz był dumny. Uważał, że dostał najlepszą pannę we wsi.

Dwa lata później, z pomocą rodziców, Kazimierz postawił dom. Elżbieta fruwała z radości na trzy miesiące przed narodzinami pierwszego dziecka mogli się wprowadzić do własnego domu.

Urodziła się dziewczynka, nazwali ją Weronika, na cześć babci Elżbiety. Dziecko było zdrowe i silne, ale dla Elżbiety poród okazał się ciężką próbą.

Przez cały rok po narodzinach córki Elżbieta chodziła blada i jakby pozbawiona sił. Kazimierz woził ją po lekarzach, a ci tylko wzruszali ramionami i powtarzali: trzeba czasu, by organizm się zregenerował.

Gdy Weronika skończyła półtora roku, Elżbieta dowiedziała się, że znów jest w ciąży. Lekarze radzili jej przerwać. Mówili, że organizm nie jest gotowy, może nie donosić. A nawet jeśli, to może nie przeżyć porodu.

Kazimierz przekonywał Elżbietę, by posłuchała lekarzy, ale ona była nieugięta.

Nie zabiję własnego dziecka! Ono nie jest winne, że chce się urodzić. Będzie, co będzie mówiła Elżbieta. Wszystko w rękach Boga!

Ostatni miesiąc ciąży Elżbieta spędziła w szpitalu. A w domu tęskniła mała córeczka i nie mógł znaleźć sobie miejsca zrozpaczony mąż. Sercem czuł nadchodzące nieszczęście.

I serce go nie oszukało. Elżbieta nie przeżyła porodu, po prostu stanęło jej serce. Ale na świat zdążyły przyjść dwie cudowne bliźniaczki.

Kazimierz pogrążył się w nieutulonym smutku. Na pogrzebie, stojąc przy grobie, patrzył na czarny wał ziemi pustym, nieprzytomnym wzrokiem. A przed oczami przewijało mu się całe życie z Elżbietą, szczęśliwe dni, jej uśmiech. W uszach dźwięczał jej radosny śmiech. Gdy trumnę opuszczano do grobu, Kazimierz runął na kolana i zawył jak zranione zwierzę.

Jak? Jak ja bez ciebie? Co mam teraz robić? Po co mi dalej żyć? Łzy spływały mu po policzkach, a w duszy była tylko pustka. Zamiast serca czarna dziura.

Po pogrzebie zaczął pić. Mocno, bez opamiętania, na umór. Pił, by o niej nie pamiętać, by nie słyszeć w głowie jej głosu.

Rodzice Elżbiety zabrali dziewczynki do siebie. Uważali, że Kazimierz pewnie nie podźwignie się z żałoby i nie będzie w stanie być im dobrym ojcem.

Czterdziestego dnia po śmierci Elżbiety Kazimierz, znów upiwszy się do nieprzytomności, zasnął w sieni. I śni mu się sen. Wchodzi do domu Elżbieta, w białej sukience, włosy rozpuszczone na ramionach, a w nich połyskują promienie wschodzącego słońca. Podeszła do niego, pogłaskała go po głowie i tak czule, tak cicho powiedziała, jak dawniej:

Kaziu, kochanie, co ty wyprawiasz? Nie wstyd ci? Zmrużyła swoje zielone oczy i pogroziła palcem. Dziewczynki prawie ojca nie widzą, tęsknią. Ty, Kaziu, jesteś im potrzebny, tak jak ja byłam potrzebna tobie. Jeśli mnie kochasz, nie porzucaj naszych córek, kochaj je tak, jak kochałeś mnie.

Kazimierz obudził się, a w głowie nie było już upojenia, za to przez okno przebijało się słońce, ogrzewając jego policzek ciepłymi promieniami. Gdy tylko wzeszło, poszedł do domu rodziców Elżbiety, ogolony, w wyprasowanej koszuli. Sam poważny, z mądrością w spojrzeniu, jakby od razu postarzał się o pięćdziesiąt lat. W milczeniu pocałował rękę matki Elżbiety, mocno uściskał jej ojca, zabrał dziewczynki i wrócił do swojego domu.

Od tamtej pory żyli we czwórkę. Starał się być dla nich i ojcem, i matką. Nauczył się gotować, prać, cerować. A warkocze zaplatał lepiej niż niejedna kobieta.

W szkole dziewczynki były chwalone uczyły się dobrze, były posłuszne i uważne. A jeśli ktoś je skrzywdził, Kazimierz rzucał się na obronę jak jastrząb.

Sąsiedzi często pytali Kazimierza, dlaczego się nie ożeni po raz drugi. W końcu to jeszcze młody, przystojny mężczyzna. I zdrowia mu nie brakowało. A on patrzył na nich zdziwiony i odpowiadał, że już jest żonaty.

No popatrzcie, mam w domu trzy panny, a ja mam jeszcze jedną przyprowadzić? Nie, z czterema bym nie dał rady

Tak, żartami, nieprzespanymi nocami, niedojedzonymi kawałkami chleba i ciężką pracą, wychował Kazimierz swoje trzy córki piękności. Gdy dziewczynki były już w liceum, sąsiadka zaczęła go odwiedzać. To suszone grzyby przyniesie, to śledzia. I tak i siak zaloty stroiła. Widział, że nie odpuści, a nie chciał jej urazić. Pewnego wieczora zaprosił ją do domu i zapytał:

Którą z moich córek najbardziej lubisz?

A ona na to:

A córki mi do niczego niepotrzebne! Wkrótce skończą szkołę i rozlecą się. A ty co, całe życie sam chcesz spędzać? Ja ciebie kocham, nie twoje córki.

Kazimierz popatrzył na nią:

Masz mój portret i podał jej zdjęcie. Kochaj mnie sobie w domu, ile chcesz.

I tak sąsiadka odeszła z kwitkiem.

Dziewczynki dorosły, poszły na studia, ale ojca nie zapominały. W każdy weekend przyjeżd

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

2 + jedenaście =

Samotny ojciec