Niepokorna
Krysia od dziecka marzyła, by zostać lekarzem. Mieszkała z rodzicami w małej wiosce, do szkoły biegła trzy kilometry przez pola. Tam stała szkoła, przychodnia, poczta i aż trzy sklepy.
Szkoła była duża i nowa, dziewczynka uczyła się z zapałem, wszystko przychodziło jej łatwo, kończyła właśnie piątą klasę.
Kryśka, wstawaj, co tak się wylegujesz? krzyknęła matka, wchodząc do domu z wiadrem świeżo wydojonego mleka. Spóźnisz się, budziłam cię, gdy szłam do obory.
Ojej, mamo, masz rację! zerwała się Krysia i w dwie minuty umyła, ubrała, chwyciła tornister i wypadła z domu bez śniadania. Halina ledwie zdążyła zawinąć parę racuszków i wepchnąć jej do ręki.
Biegnąć trzy kilometry to nie żarty. Liczyła słupy telegraficzne, biegła sama reszta dzieci dawno już poszła. Zmęczona, zwalniała, by po chwili znów ruszyć truchtem.
Spóźnię się, na pewno spóźnię martwiła się.
Do szkoły wpadła z dzwonkiem, wbiegła na drugie piętro i weszła do klasy. Ledwie usiadła, gdy w drzwiach pojawiła się pani Bożena nauczycielka polskiego.
Kryśka, co ty, jakby cię wilki goniły? szepnęła Iza, sąsiadka z ławki. Zaspałaś? U ciebie to rzadkość.
No, zaspałam odparła i zaczęła się lekcja.
Tego dnia w szkole wszystko było jak zwykle. Krysia wysiedziała do końca, a potem wracała z koleżankami do wsi. Dogonili ich chłopcy popychali się, żartowali, wesoło doszli do domów.
Krysia otworzyła drzwi kluczem schowanym pod gankiem, zdjęła buty i wpadła do środka. Zazwyczaj o tej porze nikogo nie było: ojciec w pracy, matka też roznosiła listy. Gdy miała już iść do swojego pokoju, usłyszała z małej izby duszący kaszel. Zamarła.
Kto to? przemknęło jej przez głowę. Domowik? Mama opowiadała, ale nigdy w to nie wierzyłam.
Wbiegła do swojego pokoju i zatrzasnęła drzwi. Przebierając się, nasłuchiwała. Gdy wyszła do kuchni, kaszel znów się odezwał wyraźnie męski.
Tato w pracy Kto to może być? bała się zajrzeć za zasłonę.
Przekąsiła coś szybko i wybiegła na dwór, szukając matki. Usiadła na ławce. Mijał ją Mirek, sąsiad z siódmej klasy.
Mirek! zawołała. Chodź tu!
Czego chcesz?
U nas ktoś kaszle. Boję się. Rodziców nie ma.
Jak to? Kto?
Nie wiem! Rano nikogo nie było. A teraz słyszę. Chodź ze mną!
No dobra.
Weszli razem. Cisza. Krysia wskazała zasłonę. Mirek odsunął ją na łóżku leżał wychudzony mężczyzna.
Dzień dobry, a pan kto? spytała Krysia zza pleców Mirka.
Dzień dobry zachrypiał. Jestem Genek. Twój wujek.
Krysia nie pamiętała żadnego Genka. Zamknęli zasłonę i wyszli.
No, wujek. A ty się bałaś. Idę już, mama czeka.
Gdy Halina wróciła, Krysia zarzuciła ją pytaniami.
To twój wujek Genek, mój młodszy brat. Siedział długo w więzieniu, teraz wyszedł, chory jak śmierć. Nie pamiętasz go, byłaś mała. Ledwo doszedł, a twój ojciec powiedział: Niech zostanie, może ziołami go okrzepniemy. Ale chyba nie przeżyje.
Genek, młodszy brat Haliny, był w młodości urwisem. W wieku szesnastu lat z kumplami włamał się do sklepu we wsi. Nie było pieniędzy, ale wynieśli cukierki, ciastka, papierosy i wódkę. Schowali w opuszczonej leśnej chacie i upili się. Szybko ich złapali Genek dostał trzy lata. Przeniesiono go do dorosłego więzienia, a gdy wyszedł, miał dwadzieścia pięć lat i ledwo zipał.
Krysia długo nie mogła zasnąć, słysząc kaszel wuja. Przypomniała sobie, że we wsi mieszka babcia Jagna, znachorka.
Trzeba jutro do niej wpaść pomyślała. Może zna zioła, które pomogą.
Po szkole poszła do Jagny.
Witaj, babuniu, muszę uratować wujka. Jest bardzo chory.
Staruszka posadziła ją na ławie, nalała herbaty, podała pierogi.
Mów, dziecko, co się stało?
Krysia opowiedziała wszystko. Jagna poszła po półkach, wyjęła woreczki i coś napisała na kartce.
Masz, wszystko opisane, jak zaparzać i podawać. Tu jest miód, też pomoże.
Dziękuję, babciu!
Wróciła do domu. Gdy Halina przyszła, pokazała jej zioła.
Mamo, będziemy leczyć wujka Genka! Ja się tym zajmę.
Halina tylko skinęła głową nie wierzyła w zioła.
Każdego ranka Krysia wstawała wcześniej, parzyła zioła i stawiała je wujkowi na stołku.
Krysiu, ty niepokorna mówił Genek, patrząc na nią z wdzięcznością.
Krysia chodziła do Jagny po rady.
Dobrze robisz, dziecko. Niech wstaje powoli, niech chodzi boso ziemia daje siłę.
Genek zaczął siadać na łóżku, potem wstał, zrobił parę kroków. Jadł teraz lepiej, Halina gotowała pożywnie.
Wujku, wstawaj! pewnego dnia rozkazała Krysia. Lato, mam wakacje. Codziennie będziemy ćwiczyć.
Och, ty niepokorna wzdychał.
Pewnej nocy Genek spojrzał na ikonę w kącie i po raz pierwszy w życiu pomodlił się.
Boże, przebacz mi. Pomóż tej dziewczynce uleczyć moją duszę i ciało. Widzisz, jak mi oddaje swoje ciepło. Nie zabieraj jej.
Codziennie Krysia wyprowadzała wujka na podwórko. Szedł o lasce, a ona niosła stołek gdy się męczył, siadał. Potem zaczął chodzić boso po trawie. Halina i mąż dziwili się cierpliwości córki.
Latem poszli nad rzekę. Genek wszedł do wody.
Dobrze, Krysiu, taki chłod!
Pod koniec lata kaszel minął. Genek pomagał w gospodarstwie wypędzał krowy, odśnieżał. Znalazł pracę w tartaku.
Pewnego dnia Krysia przyszła tam i skrytyPewnego dnia Krysia przyszła tam i skrytykowała bałagan w świetlicy, a gdy robotnicy wrócili, zastali wszystko lśniące czystością, bo zawsze działała bez słów, po cichu, jak sen, który zmienia rzeczywistość.



