Ser przyjaciółki mamy

Swojski ser cioci Grażyny

Nikt dokładnie nie pamięta, skąd wzięła się ciocia Grażyna przyjaciółka mamy. Wydawało mi się, że istniała od zawsze, jak ciemność, karaluchy i Andrzej Duda. Tata uważał ją za agentkę tajnego rządu, wgraną między zwykłych ludzi w celu eksperymentów społecznych. Dziadek zaś był przekonany, że ciocia Grażyna to piąty jeździec Apokalipsy, wyrzucony z zespołu za zbytnią gorliwość. Nawet mama nie potrafiła wyjaśnić, skąd się znały. Ciocia Grażyna była jak zagadkowy klucz na wiązce: nie wiadomo, do czego służy, ale strach go wyrzucić.

Ciocia Grażyna nie miała ani męża, ani dzieci, za to miała mnóstwo wolnego czasu. Takie kobiety są groźniejsze niż epidemia. Zalejesz jej nogi betonem, wrzucisz na dno Bałtyku a i tam rozkręci działalność, aż cały podwodny świat wyrośnie sobie nogi, by uciec na ląd.

Gdy chodzi o zmysł handlowy, ciocia Grażyna miała raczej zator. Co roku fundowała nam nowy projekt, od którego nie dało się uciec nawet za granicę. Miała paszport, multum wiz, mówiła płynnie w trzech językach, ale w żadnym nie rozumiała słowa nie.

Kiedyś sprzedawała kubańską kosmetykę, od której mamie wyrosły jedwabiste wąsy i rozwinęło się uzależnienie. Potem robiła męską bieliznę z syntetycznej merynosowej wełny tu cierpiał tata. Obiecywała mu męską witalność i domagała się feedbacku po miesiącu noszenia. Tata dał go po trzech dniach. Podobno tego wieczoru zadzwonił do niego Kuba Wojewódzki i poprosił o autograf.

Dziadkowi również się dostało. Ciocia Grażyna sprzedawała mu suplementy na oczyszczenie jelit i uregulowanie ciśnienia. Dziadek potem tydzień pojawiał się w wiadomościach, a miesiąc w prognozie pogody, gdy tylko wyszedł na dwór.

Pomysłów ciocia Grażyna miała mnóstwo: mydła z wyciągiem z barszczu Sosnowskiego, zdrowe słodycze z kolendry i ostropestu, wyroby z węgorza. Potrafiła godzinami opowiadać o zaletach swoich produktów, aż słuchacz zaczynał się cofać w rozwoju i stawał na czterech łapach. Gdy wiara w Boga, naukę i rozum ostatecznie słabła, bizneswoman proponowała rabat. I ofiara się poddawała. Nam, jako bliskim przyjaciołom, szczególnie się poszczęściło dostawaliśmy darmowe próbki.

Miesiąc temu ciocia Grażyna zaczęła robić domowy ser i znosić go do nas we wszelkich możliwych postaciach. Zapachu nie dało się opisać. Nasze mieszkanie pewnie przez dekadę nie nadaje się ani na sprzedaż, ani na wynajem podobnie zresztą jak cała klatka. Tylko dziadek się ucieszył: już nikt nie kazał mu prać skarpet, a nawet chwalono go za zasadniczość.

Ser był dziwny. Łamał zęby u tarki, wybuchał w mikrofalówce i znikał w piekarniku. Czasem mieliśmy wrażenie, że atakował inne produkty w lodówce i zamieniał je w swoje kopie.

Raz spróbowałem dodać go do makaronu i polać keczupem. Efektem był wzbogacony uran, i teraz naszej rodzinie zakazano wyjazdów za granicę na siedem lat.

Mama prosiła o cierpliwość. Ciocia Grażyna zapewniała, że pierwszy kot za płoty, a następna partia będzie bomba. Gdy to usłyszał, dziadek tydzień chodził z młotkiem i groził, że wykreśli nas z testamentu, jeśli w jego talerzu znajdzie się choć okruszek sera. Tacie było trudniej kochał mamę bardziej niż życie (sam sobie winien), więc wyboru nie miał.

A co do mnie? Ciocia Grażyna stwierdziła, że dzisiejsze dzieci mają w sobie całą tablicę Mendelejewa i mogę jeść czekoladki razem z opakowaniem. A zamiast krwi mam olej palmowy. Jej ser za to był stuprocentowo naturalny przekonywała mamę, a o dziadkowym liczniku Geigera, który wariował, mówiła: To nie autorytet!.

Ale stało się coś dziwnego. Ser wcale nie był taki zły. Oczywiście, przed degustacją każdy połknął litr węgla aktywnego i przygotował się na ewentualną ewakuację. Ale ze smakiem nie było problemu ku naszemu zaskoczeniu, okazał się delikatny, maślany, z lekką nutą ziół i orzechowym posmakiem. Mama zrobiła kanapki, tata dodał ser do sałatki, a nawet dziadek, zwabiony zapachem, nie pogardził paroma kawałkami.

Ciocia Grażyna chyba zwyciężyła. Po raz pierwszy jej słowa nie rozmijały się z rzeczywistością, a projekt zyskał uznanie. Prawda wyszła na jaw tylko przed mamą: ser robił nie ona, lecz jej nowy mąż szef kuchni, którego ciocia Grażyna o mało nie zabiła na pierwszej randce, serwując mu serową zupę. Mężczyzna trzy dni leżał pod kroplówką, a gdy oprzytomniał, oznajmił, że doznał oświecenia. Między życiem a śmiercią zrozumiał swoje powołanie: ratować świat przed pomysłami cioci Grażyny. Gdy tylko wpadnie jej coś do głowy, on zrobi to sam, a jej pozwoli przypisywać sobie zasługi. Nawet się z nią ożenił pewnie z poczucia obowiązku wobec ludzkości.

Od tamtej pory uważnie obserwujemy ich związek. I gorąco modlimy się, żeby tej parze dobrze się wiodło. Bo czasem nawet najdziwniejsze rzeczy, przy odrobinie cierpliwości, mogą okazać się… całkiem niezłe.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

osiemnaście − 7 =

Ser przyjaciółki mamy