Ser przyjaciółki mamy

Ser ciotki Zosi

Nikt dokładnie nie pamięta, skąd wzięła się ciocia Zosia przyjaciółka mamy. Wydawało mi się, że istniała od zawsze, jak ciemność, karaluchy i Kuba Wojewódzki. Tata podejrzewał, że to tajny agent rządu, wcielony w szeregi zwykłych ludzi do eksperymentów społecznych. Dziadek był przekonany, że ciocia Zosia to piąty jeździec Apokalipsy, wyrzucony z ekipy za zbytnią gorliwość. Nawet mama nie potrafiła wyjaśnić, skąd się znali. Ciocia Zosia była jak ten dziwny klucz na wiązce: nie wiadomo, do czego służy, ale wyrzucić szkoda.

Nie miała ani męża, ani dzieci, za to miała mnóstwo wolnego czasu. Takie kobiety są groźniejsze niż epidemia. Zalejesz jej nogi betonem, wrzucisz na dno Bałtyku a i tam rozkręci biznes, aż cała morska fauna wyrośnie sobie nogi i ucieknie na ląd.

Gdy chodzi o zmysł handlowy, ciocia Zosia miała raczej zakrzep. Co roku fundowała nam nowy projekt, a ucieczka przed nim była niemożliwa, nawet za granicę. Miała paszport, wizę do strefy Schengen i płynnie mówiła w trzech językach, ale w żadnym z nich nie rozumiała słowa nie.

Kiedyś sprzedawała kubańskie kosmetyki, od których mamie urosły jedwabiste wąsy i rozwinęło się uzależnienie. Potem robiła męską bieliznę z syntetycznej merynosowej wełny tu już cierpiał tata. Obiecywała mu męską siłę i domagała się recenzji po miesiącu noszenia. Tata dał ją po trzech dniach. Podobno tego wieczora dzwonił do niego Tomasz Karolak i prosił o autograf.

Dziadkowi też się dostało. Ciocia Zosia wciskała mu suplementy na oczyszczenie jelit i uregulowanie ciśnienia. Dziadek potem tydzień gościł w wiadomościach, a przez miesiąc w prognozie pogody, gdy tylko wyszedł na spacer.

Pomysłów miała bez liku: mydło z wyciągiem z barszczu Sosnowskiego, zdrowe słodycze z kolendry i ostrożenia, wyroby z węgorza. Potrafiła godzinami opowiadać o zaletach swoich produktów, aż słuchacz zaczynał się cofać w ewolucji i stawał na czworakach. Gdy wiara w Boga, naukę i rozum odchodziła w niepamięć, bizneswoman proponowała zniżkę. I ofiara się poddawała. Nam, jako najbliższym przyjaciołom, szczęście dopisywało podwójnie dostawaliśmy darmowe próbki.

Miesiąc temu ciocia Zosia zaczęła robić domowy ser i przynosić go nam we wszelkich możliwych postaciach. Zapachu nie da się opisać słowami. Chyba jeszcze z dziesięć lat nasze mieszkanie nie będzie się nadawać ani do sprzedaży, ani do wynajmu podobnie zresztą jak cała klatka. Tylko dziadek się ucieszył: nikt już nie kazał mu prać skarpet, a nawet chwalono go za twardy charakter.

Ser był dziwny. Łamał zęby u tarki, eksplodował w mikrofalówce i całkowicie znikał w piekarniku. Czasem mieliśmy wrażenie, że atakuje inne produkty w lodówce i przekształca je na swoje podobieństwo.

Raz spróbowałem dodać go do makaronu i polać keczupem. Efekt? Wzbogacony uran. Teraz naszej rodzinie zakazano wyjazdów za granicę na siedem lat.

Mama prosiła, żebyśmy byli cierpliwi. Ciocia Zosia zapewniała, że pierwsze koty za płoty, a następna partia będzie bomba. Usłyszawszy to, dziadek przez tydzień chodził z młotkiem i groził, że wykreśli nas z testamentu, jeśli choć okruch sera trafi na jego talerz. Tacie było trudniej kochał mamę bardziej niż życie (sam sobie winien), więc wyboru nie miał.

A mnie ciocia Zosia pouczyła, że dzisiejsze dzieci mają już całą tablicę Mendelejewa w organizmie, więc mogę jeść czekoladę razem z opakowaniem. A zamiast krwi mam olej palmowy. Ona za to oferowała stuprocentowo naturalny produkt zapewniała mamę, a o dziadkowym liczniku Geigera, który wariował, mówiła: To nie autorytet!.

Ale stała się rzecz niezwykła. Ser wcale nie był taki zły. Owszem, przed degustacją wypiliśmy po litrze węgla aktywnego i zabezpieczyliśmy wszystkie możliwe drogi ewakuacji. Ale ze smakiem nie było co walczyć ku naszemu zaskoczeniu, okazał się delikatny, maślany, z lekką nutą przypraw i orzechowym posmakiem. Mama zrobiła kanapki, tata dodał ser do sałatki, a nawet dziadek, zwabiony zapachem, nie odmówił sobie kilku kęsów.

Ciocia Zosia chyba wygrała. Po raz pierwszy w życiu jej słowa nie rozminęły się z rzeczywistością, a projekt zdobył uznanie. Prawda wyszła na jaw tylko przed mamą przyznała się, że ser robił nie ona, tylko jej nowy mąż, szef kuchni, którego ciocia Zosia o mało nie dobiła na pierwszej randce, serwując mu serową zupę. Facet trzy dni spędził pod kroplówką, a gdy się ocknął, ogłosił, że doznał oświecenia. Między życiem a śmiercią zrozumiał swoje powołanie: ratować świat przed pomysłami cioci Zosi. Jeśli coś jej strzeli do głowy, on zrobi to sam, a jej pozwoli zbierać pochwały. Nawet się z nią ożenił pewnie z poczucia obowiązku wobec ludzkości.

Od tamtej pory uważnie śledzimy ich związek. I gorąco modlimy się, żeby tej parze dobrze się układało.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

1 + pięć =

Ser przyjaciółki mamy