Ciasto pojednania

**Placek pojednania**

Kasia, przysięgam, jak ten Pan Janusz jeszcze raz zastuka w sufit, pozwę go za mobbing! Grzegorz stał w przedpokoju, zajadle wycierając ślady psich łap z linoleum. Jego głos drżał ze złości, a koszulka była mokra od potu, mimo że wieczór był chłodny. Burek, winowajczo merdając ogonem, żuł gumową kaczuszkę przy drzwiach.

Grzesiu, ciszej, dzieci śpią Kasia, siedząc na kanapie z drutami do robótek, zmęczonym gestem przetarła skronie. Druty zastygły w miejscu, a na kolanach leżała niedokończona dziecięca czapka. I nie od razu do sądu, to za dużo. On po prostu czepia się. Pogadam z nim, spróbuję wytłumaczyć.

Wytłumaczyć?! Grzegosz cisnął ścierkę do wiadra, a jego oczy zaiskrzyły. Wczoraj w klatce krzyczał, że Burek „śmierdzi” i „niszczy mu kwiaty”! Kasia, nasz pies nawet na rabaty nie chodzi!

Wiem, wiem Kasia odłożyła robótkę, jej głos był cichy, ale napięty. Ale to sąsiad, Grzesiu. Jak zaczniemy wojnę, nie będziemy mieli życia. Upieczę placek, może go udobrucham.

Grzegorz prychnął, patrząc na Burka, który upuścił kaczuszkę i teraz lizał podłogę.

Placek? Pokręcił głową. Dobra, próbuj. Ale jak jeszcze raz napisze skargę do administracji, nie ręczę za siebie.

Kasia i Grzegorz, młoda para z dwójką dzieci ośmioletnim Kubą i sześcioletnią Zosią mieszkali w tej pięciopiętrowce już pięć lat. Gdy wzięli Burka, marzyli o wesołych spacerach i dziecięcym śmiechu, ale pedantyczny sąsiad z góry, Pan Janusz, wypowiedział szczeniakowi wojnę. Teraz ich klatka schodowa stała się areną sąsiedzkich potyczek, a dom pachniał nie tylko psią sierścią, ale i pretensjami.

Wszystko zaczęło się tydzień po pojawieniu się Burka. Kasia, wracając z porannego spaceru, zauważyła, że gerbery w donicach pod klatką, które Pan Janusz podlewał z maniakalną dokładnością, były stratowane. Pomyślała, że to podwórkowe dzieci, ale wieczorem zapukano do drzwi. Na progu stał Pan Janusz szczupły, w wyprasowanej koszuli, z notesem i długopisem, jak detektyw na służbie.

Kasiu, to wasz pies zniszczył moje gerbery? Jego głos był suchy, a okulary błyszczały w mdłym świetle żarówki. Trzy lata je hodowałem, a teraz rabata wygląda jak pobojowisko!

Panie Januszu, przepraszam Kasia zmieszała się, przytrzymując Burka za obrożę. Ale on zawsze na smyczy, pilnujemy go. Może to ktoś inny?

Inny? Pan Janusz zmrużył oczy, coś notując. W klatce śmierdzi psem, ślady łap na każdym piętrze, a pani mówi „inny”! Proszę zająć się psem, bo napiszę skargę!

Kasia wymusiła uśmiech, zamykając drzwi. Burek, nie rozumiejąc, wetknął nos w jej kolana. Wieczorem opowiedziała o tym Grzegorzowi, który obierał ziemniaki w kuchni.

On się ośmielił?! Grzegorz rzucił nóż, jego twarz poczerwieniała. Burek nawet nie szczeka w klatce! Muszę z nim porozmawiać, Kasia, bez ceregieli.

Nie Kasia pokręciła głową, mieszając zupę. To samotny człowiek, czepia się z nudów. Spróbuję go udobruchać, upiekę placek.

Następnego dnia Kasia upiekła jabłecznik z cynamonem i zapukała do drzwi Pana Janusza. Drzwi otwarły się, a jej powitał zapach meblowego polituru i sterylny porządek: ani pyłku, ani zbędnego przedmiotu, tylko donice z fiołkami na parapecie, stary radioodbiornik i idealnie zasłane łóżko.

Panie Januszu, przyniosłam placek Kasia uśmiechnęła się, podając zawiniątko w folii. Może porozmawiamy o Burku? On nie winien zniszczeń, pilnujemy go.

Placek? Pan Janusz zmrużył oczy, ale wziął paczuszkę, wąchając ją jak detektyw. Sprytnie, Kasiu. Dobrze, niech pani wejdzie, ale krótko. Ten pies szczeka rano, brudzi w klatce, śmierdzi. Nie do przyjęcia!

On prawie nie szczeka Kasia mówiła łagodnie, siadając na brzegu krzesła. I ślady sprzątamy. Może to dzieci nadeptały? Albo ktoś inny zniszczył kwiaty?

Dzieci? Pan Janusz prychnął, robiąc notatkę. Dzieci nie mają łap. Proszę zająć się psem, bo podejmę kroki.

Kasia wyszła, czując, że placek nie pomógł. A wieczorem w klatce pojawiła się kartka, napisana starannym pismem na A4: „Proszę usunąć psa z klatki! Niszczy kwiaty i zakłóca porządek! J.K.”. Grzegorz, zobaczywszy to, zrobił się purpurowy i zerwał kartkę.

To wojna, Kasia! Wskazał palcem na papier, stojąc w przedpokoju. Idę mu powiedzieć, co o nim myślę!

Grzesiu, nie Kasia złapała go za rękę, gdy zakładał adidasy. Spróbujmy jeszcze raz. Jak nie wyjdzie, pomyślimy.

Pod koniec tygodnia sytuacja stała się nie do zniesienia. Pan Janusz stukał w sufit za każdym razem, gdy Burek zaszczekał, nawet jeśli było to krótkie „hau” na dzwonek do drzwi. Wieszał nowe kartki: „Pies śmierdzi!”, „Ślady łap niedopuszczalne!”, a raz zadzwonił do administracji, skarżąc się na „antyhigienę i zagrożenie zdrowia”. Kasia, wracając ze spaceru, zastała go mierzącego linijką ślady łap w klatce, jakby zbierał dowody do procesu.

Panie Januszu, co pan robi? Zamarła, trzymając Burka na smyczy, który radośnie ciągnął się do sąsiada.

Zbieram dowody wyprostował się, poprawiając okulary. Te ślady są od waszego psa, pięć centymetrów średnicy! Zrobiłem zdjęcia, wyślę do administracji!

To nie Burek Kasia podniosła głos, jej cierpliwość się kończyła. On ma mniejsze łapy, to szczeniak! I kwiatów nie niszczy, chodzimy na podwórko!

Nie on? Pan Janusz prychnął, notując coś. To kto?I tak minęły kolejne dni, aż pewnego poranka Kasia zobaczyła przez okno, jak Pan Janusz podśpiewuje sobie pod nosem, szykując karmnik dla ptaków, a Burek merda ogonem jakby nic się nie stało, i wtedy zrozumiała, że najtrudniejsze sąsiedzkie burze zawsze kończą się choćby małą słoneczną przerwą.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

jeden + siedem =

Ciasto pojednania