Zaciekły Skąpiec

Tym razem opowiadam ci o Józefie Kowalczyku, który mieszkał w małej miejscowości Nowodworze, otoczonym sosnowym lasem. Domek, w którym się ujawniała jego srodze gdyńska charakterystyka, był typowym blokiem, jak reszta budynków w dzielnicy. Lata 60. to czas, w którym Nowodworzanie pracowali w pobliskiej fabryce meblarskiej, a zarobki i nadwyżki praktycznie każdego rodziny były kartka z kolorytowo imieniem „szczęście”.

Józef Kowalczyk, uznawany za mistrza ciepłej ręki i wyczucia jakościy w produkcji mebli, w domu przekraczał granice racjonalnego. Z wyrazu tak nieprzeniknionego, jak szpilki w szafie, kazał całej rodzinie liczyć grosze, jakby to były zetony do bahrażu. Małgorzata Kowalska, jego żona, kiedyś aktywna w chórze i tanecznom, teraz przypominała zasłoniętą chustką muchę zmorzała domową pracą, a życie wychodziło jej jak kropli wody z karafki.

Ich syn, Krzysiu, choć z dwunastego roku życia, już rozumiał, że ich dom to nie miejsce do wspólnej zabawy, lecz muzeum skrucie. „Jak wydałeś kasę np. na słodycze?!” Dzień Twojej niedezwagialności!” krzyczał ojciec, wskazując tubą liście z ruberyty, które padły jak krople murwality. Małgorzata, osłabiona przez lata cierpienia, kołyszała głową w milczeniu.

Dzień po dniu Krzysiu siedział, oparty o drzwi, obserwując jak ojciec z wagą zważa białą smietanę na kartofele, a potem wrzuca troche więcej jednak na siebie. „Tylko na smażenie, nie na chleb!” mówił, choć on sam by z zimnej warzywnej zupy mógł iść do domu. Krzysiu, choć jęcząc w myślach, nie śmiał się sprzeciwić.

Jakiś dzień, znad lasu, przyniósł mu domową ciurkę maleńkiego czarnego kota. „Co Ty zrobiłeś?!” zapanował Józef, a chustka, którą Krzysiu miał na szyi, zaczęła szarpć tak długo, aż kot zniknął w chmurze. Małgorzata, widząc łzy tego chłopca, poczuła, jak to, co kochała, unosi się jak liść w wietrze.

Podczas kolacji Małgorzata odważyła się padnąć na czworaki, by błagać: „Zjedźmy nawet np. wyżywienie dla Krystiana, który chodzi w starym sztyleciu… Inni dzieci już się po nim śmieją…”. „Nie masz elegancki krawat, zostaw staro!”, wycedził Józef, a potem ją połamał na szafie. Krzysiu, siedząc za ścianą, tak cicho, jakby było w nocy, płakał.

Lat po latach, Krzysiu, przeszedł szkołę i pojechał na studia techniczne w Rzeszowie. Tam spotkał Wiktora, kolegę, który proponował bilet do kina, ale Krzysiu odmówił. „Na co marnować złotówki? Jeszcze przyda się…”, odpowiadał z twarzą ojca, jakby był kiborem.

Wiódł życie jak szkielet, ale życie odebrało mu coś więcej serce. Ilekroć był w domu, smętnością nie przewyższał nawet szpital z dala od skarbu. Aż do dnia, kiedy zmieniły się jego losy spotkał Oliwki, nową studentkę, która powiedziała: „Idźmy choć jednokrotnie do kina, bo coś się dzieje…”. Kiedy zapłaciła za bilety, Krzysiu poczuł, jak z nim budują nowy Józef…

Ich ślub odbył się bez zbędnych wydatków, bo Krzysiu, choć kochał ją głęboko, nie chciał wydawać więcej, niż roczna pensja. Ale Oliwka zaczynała rozumieć, co tej oszczędności kryje.

„Kochanie, kupmy choć firan, bo tyle czasu ty i ja tu przeprowadzamy!”, pacnęła ją jednym szybkim okrzykiem.
„Czyż to nie ryzyko?!”, wspomniał Krzysiu, tracąc z myślą kołysanki dzieciństwa.

I tak, lata szły, a ona czuła, jak dom przemienia się w szpital do wpadania. W końcu, kiedy już nie mogła dłużej, Oliwka wyjechała, zostawiając Krzysiu z pustym pokojem, a kwestią: „A czy pomyślałeś, czym jest życie?…”, jakby obraz wizerował, co Józef Kowalczykmu się wydarzyło.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dziewięć − jeden =

Zaciekły Skąpiec