Ciebie tu nie ma! głos Elżbiety drżał z wściekłości. Rozumiesz? W tej rodzinie twojego miejsca już nie ma!
Elu, uspokój się już próbował wtrącić Michał, ale żona nie dała mu dokończyć.
Cicho bądź! To twoje wieczne milczenie przez te wszystkie lata dało jej do zrozumienia, że może robić, co się jej żywnie podoba!
Kornelia stała na progu salonu, trzymając podróżną torbę. Twarz miała bladą, usta drżały, ale wzrok był uparty i dumny.
Dobrze już, mamo. Jak każesz.
Mamo?! Elżbieta aż podskoczyła. Córkę mam jedyną, i to nie ty!
Michał ciężko opadł na fotel, zakrywając twarz dłońmi. Kornelia spojrzała na ojca, czekając, czy choć słowo powie w jej obronie. Mężczyzna milczał.
Tato? szepnęła.
Kornelko, może bez tych ostateczności? Michał w końcu podniósł głowę. Pogadajmy po ludzku.
O czym tu gadać? Elżbieta chwyciła ze stołu zdjęcie w ramce i cisnęła je o podłogę. Szkło rozprysło się na drobne kawałki. Obraziła naszą rodzinę! Całe Zamoście językami miele!
Kornelia spojrzała na roztrzaskaną ramkę. Było na nim ich wspólne, noworoczne zdjęcie uśmiechnięta rodzina, radosne miny. Teraz wydawało się okrutną kpiną.
Mamo… Pani Elżbieto poprawiła się Kornelia nie ja jestem winna, że tak wyszło.
Nie winna?! Matka zrobiła krok w jej stronę. Romansujesz z żonatym facetem! Rozwalasz czyjąś rodzinę! A teraz jeszcze dziecko z nim spodziewasz!
Kornelia instynktownie przycisnęła dłoń do brzucha. Ciąża była jeszcze wczesna, ale wieść obiegła już całe ich senne miasteczko.
Kocham go powiedziała cicho.
Kochasz! przedrzeźniała Elżbieta. Czterdziestolatka z trójką dzieci! I co w tobie takiego nadzwyczajnego, że dla ciebie porzuci żonę?
Kornelia zbladła jeszcze bardziej.
On mnie kocha. Będziemy mieszkać razem.
Gdzie? zaśmiała się kąśliwie matka. Tutaj? W moim domu? Myślisz, że pozwolę ci tu przyprowadzić tego… tego…
Elżbieta, starczy wtrącił Michał. To wciąż nasza córka.
Nasza? Żona odwróciła się do męża. Ja takich córek nie rodziłam! Wychowałam, na studia posłałam, pracę pomogłam załatwić. A ona co? Związała się z pierwszym lepszym facetem spod budki z piwem!
Kornelia postawiła torbę na podłodze.
Eryk nie jest pierwszym lepszym. Znamy się ponad rok.
Ach, ponad rok! Elżbieta załamała ręce. Cały rok mnie okłamywałaś! Mówiłaś, że późno w pracy, a ty biegałaś do kochanka!
Nie kłamałam, tylko…
Tylko co? Tylko ukrywałaś? A to się kłamstwem zwie!
Michał podniósł się z fotela i podeszedł do okna. Na zewnątrz mżył deszcz, szare chmury obwiśnięte nad dachami sąsiednich kamienic.
Kornelciu powiedział, nie odwracając się a co ten twój Eryk gada? Naprawdę się rozwodzi?
Naturalnie że się rozwodzi odparła Kornelia. Złożył już papiery do sądu.
Złożył papiery powtórzyła Elżbieta. A rodzinę już rozwalił. Dzieci bez ojca zostaną.
Oni się już dawno nie kochali próbowała wytłumaczyć Kornelia. Żyli jak współlokatorzy. Eryk mówi, że ożenił się z rozsądku, nie z miłości.
Jasne że mówi! Matka parsknęła śmiechem. Wszyscy żonaci tak mówią! Żony nie kochają, dzieci nie chcieli, żenili się z musu! A potem, jak się nakochają z kochanką, wracają do swoich!
Eryk nie jest taki uparła się Kornelia.
Wszyscy tacy! odcięła Elżbieta. Myślisz, życia nie znam? Ileż to takich historii widziałam! Obiecują gruszki na wierzbie, a potem ulatniają się, gdy tylko dowiedzą się o ciąży!
Kornelia drgnęła.
On wie o dziecku. I jest bardzo szczęśliwy.
Szczęśliwy? To gdzie on teraz jest? Czemu nie przyszedł z tobą? Nie broni swojej wybranki?
Jest… jest w delegacji. Wróci za tydzień
Kasia uniosła filiżankę, mrużąc oczy z lekką przekorą: „Jutro wpadniemy do niej przy okazji zakupów na rynku, przecież Mieszkowska zawsze w czwartki kupuje kwiaty u mojej cioci, i zobaczymy, czy twój Wiktor rzeczywiście ma jedną nogę w kawalerce, czy tylko buja cię w trąbę, bo na deszczowy piątek jak nic potrzebujesz konkretów zamiast romantycznych bajek o Rzymie i Wenecji.”
Ewa przytaknęła, patrząc na krople deszczu rozmywające światła ulicy Leśnej, i pomyślała, że może już jutro wszystko, od tatusiowych wzruszających perswazji po mamusiowe krzyki w stylu „tutaj cię nie ma!”, straci znaczenie przy szarej, małomiasteczkowej prawdzie, która wyjdzie z kwiaciarni jak kwiatek do kożucha.
Otworzyła usta, by powiedzieć Kasi coś o złych przeczuciach, ale zamiast słów wybrzmiało tylko westchnienie, wściekłe i zmęczone jak stłuczona szyba w starym oknie kamienicy.
Deszcz dudnił o parapet, a ona w duchu powtarzała w kółko słowa matki, aż zmieniły się w bezładną mantrę: *nie ma cię, nie ma cię, nie ma cię*, i nagle zdała sobie sprawę, że oto właśnie stoi u progu życia, które albo będzie jej własną, choć może nieidealną rodziną, albo wielką, hańbiącą pomyłką, a decyzja, której tak się obawiała, już zapadła sama, w rytm zacinających kropli na szybie.
Spakowane wziątki czekały w przedpokoju, herbata stygła, gotowy plan Kasi wisiał w powietrzu jak wyrok, a ona myślała: *no to jazda, Ewka, albo rybki, albo pipki* i czy ten Wiktor, z jego niby rozkręcanym interesem w Krakowie i niby chęcią założenia nowego gniazdka, okaże się księciem z bajki, czy raczej zwykłym szczurem z rynsztoka, miało się wyjaśnić już nazajutrz przy straganie z gerberami.
Szarpnęła za rękaw sweter, nagle przebita zimnym dreszczem niepewności, ale głowa podniosła się dumnie, jak wtedy w salonie Nowaków: postanowiła, że walkę o szczęście, własne i tego maleństwa, podjąć musi, choćby świat miał się walić i padać, jak teraz za oknem Kasiowego mieszkania na czwartym piętrze.
Czekał ją poranek pełen niewiadomych, rozmowa, której bała się jak ognia, i długi dzień bez rodzicielskiego „kocham cię, córeczko”, ale skoro Elżbieta wyrzuciła ją jak zepsuty mebel, to nie pozostało nic innego, jak stanąć twardo na własnych nogach i spojrzeć pani Mieszkowskiej prosto w oczy, żeby zobaczyć, czy kryją wściekłość oszukanej żony, czy może politowanie dla naiwnej dziewczyny z prowincji.
Wzięła głęboki oddech, pociągnęła łyk herbaty, która zdążyła ostatecznie ostygnąć, i raz jeszcze powtórzyła w myślach: *on mnie kocha, on mnie kocha, on mnie kocha*, ale tym razem fraza brzmiała jak zalękniona modlitwa, nie utwierdzenie, i serce zabiło mocniej, gdy wyobraziła sobie zdziwione, może nawet znudzone spojrzenie żony Wiktora spod zmokniętego parasola.
Będzie musiała odłożyć na bok cały ten gorycz i strach, bo teraz liczyła się tylko ta jedna rzecz prawda, którą miała zdobyć jak tajną broń, żeby albo wywalczyć swoje szczęście z Wiktorem, albo szybko uciekać przed jeszcze większym piekłem, zanim w brzuchu zacznie wiercić się życie, domagające się spokoju i pewności jutra.
Więc kiedy Kasia pociągnęła ją za rękaw, pytając: „No to idziemy? Rano, przed jej pracą?”, Ewa skinęła głową z determinacją, w której tlała rozpaczliwa nadzieja, i odrzekła tylko: „Idziemy”, zdając sobie sprawę, że po wyjściu z kwiaciarni cioci Steni może już nigdy nie być tym samym człowiekiem, co teraz, drżącym w Kasiowej kuchni nad zimną herbatą.
Zegar wybił dziesiątą, za oknem rozszalała się ulewa, a telefon w kieszeni zamigotał wiadomość od „W.”: „Kochanie, tęsknię, Kraków mokry jak pod wodospadem, ściskam, jutro zadzwonię”, ale ona, zamiast wzruszenia, poczuła tylko dziwne ściśnięcie w gardle, pytając samą siebie, czy te czułości to wyraz miłości, czy zwykły, wyrachowany rytuał oszusta.
Zasunęła powieki, szukając w ciemnościach odwagi, i nagle zobaczyła siebie sprzed roku: zakochaną, pełną wiary w przyszłość, śmiejącą się na Nowy Rok między rodzicami na zdjęciu, które dziś leżało rozbite na podłodze w salonie Nowaków, i łza, uparcie powstrzymywana, wymknęła się spod rzęsy, spływając po policzku jak deszcz po szybie.
Kasia przysunęła pudełko chusteczek, nie pytając o nic, i Ewa wytarła twarz, spluwając w duchu na wszystkie krytyczne głosy, od matki po sąsiadki, i postanowiła, że nie przeprosi za swoje wybory, nawet gdyby miała zostać mamą-samotką w oczach całego Sandomierza; w końcu to jej życie i jej dziecko, a kariera ofiary chochlika nie była w jej stylu.
Nazajutrz, stojąc z mokrym włosem pod parasolem cioci Steni na rynku, z wątpliwą determinacją w sercu i Kasią chwytającą ją mocno za łokieć, śledziła wzrokiem elegancką kobietę wybierającą bukiet róż, właśnie panią Mieszkowską, i zanim zrobiła krok naprzód, albo do ucieczki, westchnęła cicho: *Boże, spraw, żeby choć raz mamusia się myliła*.
Zbliżyły się do kobiety, jej spojrzenie było ciepłe i otwarte, a pierwsze słowa: „Dzień dobry, słyszałam wiele o tobie, E
Kiedy następnego dnia stanęły przed żoną Wiktora, kobieta tylko wzruszyła ramionami: „Kochanie, ten oszust właśnie wczoraj wrócił do mnie tyś z koleją na liście, sprawdź numer w jego komórce”.



