Dwa skrzydła

Filip i Wiesława przestali być parą po siedmiu latach związku. Od szkolnej ławki nierozłączni, dzieci jednak nie doczekali się. Może tak miało być. Ukochana babcia Filipa naciskała:
Pobierzcie się godnie, dzieci! Wtedy zstąpi na was boska łaska. Pan Bóg da wam potomków.
Dla Filipa jego babcia była autorytetem. Postanowił więc oświadczyć się swojej partnerce.

Wesele było wystawne. Zamienili obrączki. Pieczątki w dowodach przybili. Lecz podczas przyjęcia zdarzył się pechowy zgrzyt.
Gdy młodej parze podano kieliszki szampana, mieli wychylić do dna na bezłzowe szczęście. Potem wedle zwyczaju cisnąć naczynia o podłogę, by się rozbiły. Kieliszek Filipa rozpadł się w pył, ale naczynie Wiesławy ani drgnęło, potoczyło się po ziemi.
Goście szemrali, komentując głośno:
Ojej, zła wróżba! Dobrego życia nie zaznają.
Filip z Wiesławą tylko się rozśmiali. „A to bzdury!” Uczta potoczyła się dalej.

Gdy wesele ucichło, zaczęło się normalne życie. Ale…
Wiesława, uzyskawszy status prawnej małżonki, zmieniła się. Chciała dominować. Wszystko było nie takie. Czepiała się drobiazgów. Wreszcie orzekła:
Na darmo, Filipie, żeśmy się pobrali. Czy my przypadkiem nie różnimy się jak niebo i ziemia? Lepiej, byśmy się rozstali.

Filip winą obarczał teściową. Była dla niego jak Baba-Jaga z bajki. Zawsze miała mało: uwagi, pieniędzy, miejsca w dwupokojowym mieszkaniu A skoro zięć zamieszkał w jej „krwią zdobytej” kawalerce, teściowa nie przestawała „piłować” go, pouczając o zarabianiu milionów, nie wegetacji za grosze. Filip rok milczał. Wreszcie usłyszał:
Wyprowadź się.
Zapytał żony:
Wiesława, to WASZA i twojej matki decyzja?
Tak! A moja mama tu nic do tego! warknęła Wiesława.
Filip powoli zebrał rzeczy, spoglądając pełen nadziei na żonę. „Może zmieni zdanie?”
Lecz Wiesława nawet brwią nie drgnęła.
Żegnaj! Wybacz, jeśli zawiniłem westchnął Filip.
Żegnaj! Wiesława trzasnęła drzwiami za mężem.

Filip odszedł od domowego ogniska. Lecz nie długo cierpiał.
Młody mężczyzna rychło wpadł w ramiona innej. Był przecież partią wysoki, wysportowany.
Dziewczyna kochała go od dawna. Pracowali razem. Gdy Zofia takie imię nosiła jego nowa sympatia spostrzegła, że Filip chodzi przybity jak po pogrzebie, zaproponowała spotkanie po pracy. Filip przyjął z nudów

Zofia była niezależną, piękną panną o nieskazitelnej opinii.
Spacerowali parkiem, pili kawkę w przytulnej kafejce. Filip zwierzył się Zofii z całego życia. Dziewczyna współczu wzdychała, koiła jego troski. Naraz wyznała:
Filipku, naprawdę nie zobaczyłeś, jak na ciebie patrzę, jak łapię każde twoje spojrzenie? Dawno cię kocham! Ślepyś, czy co?
Filip oczywiście przeczuwał jej uczucia. Spotykali się codziennie w biurze. Gdy się zbliżał Zofia to płonęła, to bladła. Głos więdł jej w gardle. Filip widział w niej kwiat piękny i pachnący, lecz tylko tak. Zofia była przeciwieństwem Wiesławy: spokojna, czuła, ugodowa. Podobało mu się to. Lecz był żonaty! Nie pozwalał sobie na swawole. Teraz, wygnany z domu, pomyślał: „Czemu nie? Ryba sama płynie do garści… Czemu by tego przysmaku nie skosztować?”
Nazajutrz do pracy przyjechali już razem. Koledzy, ujrzawszy parę, porozumiewali się spojrzeniami. „Zofia się dopięła swego.” Wszyscy wiedzieli o jej marzeniach o Filipie. Lecz próg zwany „żoną” nigdy by nie przekroczyła.

Filip zamieszkał u Zofii.
Zofia, jak motyl barwny, unosiła się z radości przy ukochanym. Czyniła zadość jego pragnieniom. Zdawało się jej, że nie ma na ziemi większej rozkoszy! Filip! przyjmował jej troskę rozkosznie. W duszy nazwał ją „Świetlik” promienna była, rozgrzewała jego duszę.
Zofia przedstawiła Filipa rodzicom. Ojciec dziewczyny był urzędnikiem wysokiego szczebla. Spostrzegł, że córka po uszy tkwi w Filipie. Orzekł:
Skoro tak żyjcie razem. Wesele później. Najpierw zobaczę, jakiś ty owoc, zięciu.
Ojciec, oczywiście, nie wiedział o małżeństwie Filipa. Zofia nie śmiała wyznać. Znała ojcows
I wtedy Leszek, czując, że jego złamane skrzydła wreszcie się zrosły, mocno przytulił Różę, Nastkę i malutką Maję, odpowiadając teściowi z błyskiem w oku: „Może i wnuka jeszcze zdążymy, ale na razie cieszmy się tym, co los dał, bo w końcu wszyscy pod jednym dachem jesteśmy, i to z własnego wyboru.”.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

siedemnaście − 2 =

Dwa skrzydła