Grażyna stała przed lustrem w białej sukni, dotykając koronek jak aureoli, która mogła stać się całunem. Suknia leżała doskonarodzeniowe Jadwiga, jej matka, trzy tygodnie dłubała przy każdej fałdce, przy każdym koraliku. Teraz to piękno obwisało na niej jak senny ciężar.
Grażynko, gotowa? zajrzała ciocia Bożena, przyjaciółka matki. Goście schodzą się, limuzyny czekają.
Gotowa skłamała Grażyna, poprawiając welon. Ciociu Bożenko, może jednak odwołamy? To jakoś… nie w porządku…
Co ty wygadujesz, dziecinko! klasnęła w dłonie kobieta. Twoja matka włożyła tyle serca, tysiące złotych wydała! Stół ugotowany jak na wesele. A twój Marek… ciocia Bożena pokręciła głową. Sam sobie winien. Nie miał prawa ulotnić się w ostatniej chwili!
Jadwiga weszła do pokoju z czerwienią pod oczami, ale z żelazną miną.
Koniec jęków, Grażynko! powiedziała twardo. Nie pozwolę temu durniowi zepsuć nam imprezy. Zrobimy wesele! Niech cały Poznań zobaczy, jaką mam cudną córkę!
Mamo, ależ to komedia! Wesele bez pana młodego! Co ludzie pomyślą?
A co mają pomyśleć? Jadwiga poprawiła córce kolczyki. Pomyślą: „Jadwiga Śmigielska heroiczna, nie siada z załamanymi rękami, tylko pokazuje, że jej córka zasługuje na więcej!” Ot, co pomyślą!
Grażyna westchnęła. Matka była w swoim stylu gdy coś postanowiła, argumenty były bezsilne. Postanowienie zapadło zeszłej nocy, gdy Marek zadzwonił i oświadczył, że przeszkadza mu haczyk na wolność.
Mamo, pomyśl, jaka kompromitacja! spróbowała jeszcze Grażyna.
Kompromitacja to czekać na niegodziwego gamonia całymi latami! My pokażemy, że damy radę bez niego! Jadwiga odwróciła się do drzwi. Koniec gadania. Idziemy!
W sali czekało już ze czterdzieści osób. Krewni, sąsiedzi, koleżanki Jadwigi z urzędu. Szeptali, wymieniając współczująco-wścibskie spojrzenia. Grażyna czuła się jak w teatrze absurdu.
Och, Grażynko, ależ ty piękna! podbiegła kuzynka Władysława. A gdzie… no, wiesz… jak sprawy?
Jak widzisz rzuciła Grażyna sucho.
Jadwiga weszła na małe podwyższenie dla zespołu i zastukała łyżeczką o kieliszek.
Kochani moi! zaczęła. Dziś wyjątkowy dzień. Moja córka Grażyna wychodzi za mąż… za swoje nowe życie! Za wolność od niegodnych! Za prawo do szczęścia!
W sali zaległa cisza. Ktoś zakałształ niepewnie.
Jadziu, oszalałaś na amen? zaszeptała ciotka Nina, siostra matki.
Wręcz przeciwnie! Pierwszy raz rozum mam jasny! odparła Jadwiga. Grażynko, chodź tutaj!
Grażyna niechętnie podeszła. Matka objęła ją za ramiona.
Oto ona! Piękność! Mądra, dobra, złote rączki! A ten… jak mu tam… Marek, nie był jej wart! Niech wszyscy wiedzą nie płaczemy, świętujemy!
Mamo, przestań syknęła Grażyna przez zęby.
Nie przestanę! Jadwiga wzniiosła kielich. Za moją córkę! Za to, że w porę pojęła, z kim wiązać się nie warto!
Goście niepewnie podnieśli kieliszki. Ktoś mruknął: Za Grażynkę, ktoś inny tylko cicho pociągnął łyk.
A teraz za stoły! ogłosiła Jadwiga. Będzie zabawa!
Grażyna usiadła na honorowym miejscu. Obok stał pusty fotel, ustrojony wstążkami miejsce pana młodego. Widok był żałośnie śmieszny.
Słuchaj, może ten fotel schowamy? zaproponowała ciocia Bożena.
Ani mowy! odcięła Jadwiga. Niech widzą, kogo tu zabrakło! Niech się nad tym głowią!
Podano sałatki. Goście jedli w milczeniu, rzucając bezbarwnymi słowami. Atmosfera napinała się jak struna.
No, czemuście tacy jak po pogrzebie? wstała Jadwiga. Grażynko, córeńko, opowiedz, jak się pokłóciłaś z Markiem!
Mamo, nie! jęknęła dziewczyna.
Musisz! naciskała Jadwiga Śmigielska. Niech poznamy prawdę!
Grażyna spojrzała na pełną salę, na twar
Małgorzata stanęła przed lustrem w białej sukni, z trudem wierząc że jej świat tak właśnie się układa, mimo że materiał układał się doskonale mama Zofia trzy tygodnie dbała o każdą fałdkę, o każdy koralik, a teraz to piękno spowijało ją jak całun.
Małgosiu, gotowa? w drzwiach stanęła ciocia Halinka. Goście już nadjeżdżają, samochody czekają.
Gotowa skłamała, prostując welon. Ciociu, może jednak odwołamy? To takie niedobre…
Co mówisz, dziecko! obruszyła się kobieta. Twoja mama tyle wysiłku włożyła, tyle złotych wydała! Goście przyjechali, stoły zastawione. A twój Marek… ciocia Halinka pokręciła głową. Sam sobie winien! Nie wolno było uciekać w ostatniej chwili!
Mama weszła do pokoju z oczyma czerwonymi od płaczu, ale z twardym spojrzeniem.
Koniec, Małgosiu! Dosyć marudzenia! powiedziała stanowczo. Nie pozwolę temu głupcowi zepsuć nam uroczystości. Zrobimy wesele, niech cały Kraków zobaczy, jaką piękną córkę mam!
Mamo, ależ to absurd! Wesele bez pana młodego! Co ludzie pomyślą?
A co mają myśleć? Mama podeszła, poprawiła Małgosi kolczyki. Pomyślą, że Zofia Kozłowska ma rozum, że nie siedzi w domu i nie szlocha, tylko pokazała wszystkim, że jej córka zasługuje na najlepsze! Ot, co pomyślą!
Małgorzata westchnęła. Mama była nieugięta gdy coś postanowiła, nie dało się jej odwieźć. A postanowiła poprzedniego wieczoru, gdy Marek zadzwonił i oznajmił, że nie jest gotów na małżeństwo.
Mamo, wyobraź sobie, jaka hańba! spróbowała jeszcze raz Małgorzata.
Hańba to czekać całe życie na niegodnego faceta! My pokażemy, że żyje się bez nich! Mama odwróciła się do drzwi. Koniec gadania. Idziemy!
W sali zebrało się już około czterdziestu osób. Krewni, sąsiedzi, koledzy z pracy mamy. Wszyscy szeptali, rzucając współczujące spojrzenia. Małgorzata czuła się jak w teatrze absurdu.
Och, Małgosiu, jaka śliczna jesteś! podbiegła kuzynka Ola. A gdzie… no właśnie… jak tam wiadomości?
Jak widzisz odparła sucho.
Mama weszła na niewielki podest, gdzie zazwyczaj grali muzycy, i zastukała łyżeczką w kieliszek.
Kochani! zaczęła. To dzień niezwykły. Moja córka Małgorzata wychodzi za mąż… za swoje nowe życie! Za wolność od niegodziwych ludzi! Za prawo do szczęścia!
W sali zapadła cisza. Ktoś zakrztusił się.
Zosia, oszalałaś? szepnęła jej siostra Nina.
Przeciwnie! Po raz pierwszy wróciłam do rozsądku! odparła mama. Małgosiu, chodź tu!
Małgorzata niechętnie podeszła do mamy. Ta objęła ją za ramiona.
Ot, moja piękność! Mądra, dobra, złote rączki! A tamten… jak mu… Marek, Mareczek, był jej niegodny! I niech wszyscy wiedzą my nie płaczemy, my świętujemy!
Mamo, przestań syknęła Małgorzata.
Nie przestanę! Mama uniosła kieliszek. Za moją córę! Za to, że na czas pojęła, z kim nie wiązać losu!
Goście niepewnie wznieśli kieliszki. Ktoś mruknął: „Za Małgorzatę”, ktoś inny jedynie pociągnął łyk.
A teraz siadamy do stołu ogłosiła mama. Będziemy się weselić!
Małgorzata usiadła na swym miejscu na czele stołu. Obok stał pusty fotel, przystrojony wstążkami miejsce pana młodego. Widok był żałosny.
Słuchaj, może ten fotel schowamy? zaproponowała ciocia Halinka.
Ani myślę! odparła mama. Niech wszyscy widzą, kogo tu zabrakło! I niech wyciągną wnioski!
Przyniesiono sałatki. Goście jedli cicho, zamieniając się nic niemówiącymi uwagami. Atmosfera była napięta jak struna.
Czemu tacy smutni? wstała mama. Małgosiu, opowiedz, jakście się z Markiem pokłócili!
Mamo, nie trzeba! szlochała córka.
Trzeba! obstawała Zofia. Niech wszyscy prawdę poznają!
Małgorzata spojrzała na pełną salę ludzi, na ich ciekawskie i wspierające miny, i nagle coś w niej pękło.
Dobrze powiedziała, wstając. Opowiem. Marek wczoraj zadzwonił i oznajmił, że zmienił zdanie. Powiedział, że nie ma siły brać odpowiedzialności, że wciąż musi żyć dla siebie. A my trzy lata chodziliśmy! Trzy lata wyczekiwałam oświadczyn, snułam plany, marzyłam o dzieciach!
W sali zrobiło się bardzo cicho.
I wiecie co? ciągnęła Małgorzata, czując jak złość dodaje jej mocy. Mama ma rację! Dosyć czekania, aż mężczyźni zechcą o naszym szczęściu decydować! Ja sama mogę być szczęśliwa! Bez Marka, bez każdego chłopa, który nie wie, co ma!
Trafnie mówisz, córuś!
Aksamit ślubnej sukni zsuwał się po jej ramionach jak spłoszony ptak, pozostawiając skórę wystawioną na chłód poranka i dotyk czegoś nowego, czystego jak pierwszy śnieg jej własnej, dopiero co odkrytej samowystarczalności, lśniącej w tym pustym mieszkaniu niczym skrywany latami skarb.



